W Stanach Zjednoczonych w najlepsze trwa kampania prezydencka. Wśród Republikanów coraz silniejszą pozycję ma Donald Trump. Perspektywa jego zwycięstwa tak przeraziła wielu Amerykanów, że deklarują w takim wypadku wyjazd z kraju. Nie może nie nasunąć się tu skojarzenie z polskimi lemingami, mającymi wyjeżdżać w przypadku zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego.
Amerykańskie wybory prezydenckie odbywają się w momencie ważnego przetasowania na arenie światowej. Ceny ropy, europejskie sankcje i zaangażowanie militarne za granicą podkopują geopolityczną pozycję Rosji. Chińska gospodarka dostała wyraźnej zadyszki, która może przekształcić się w większy kryzys. Unia Europejska zamiast wzmacniać swoją pozycję, musi bronić się przed dezintegracją Strefy Euro, Strefy Schengen i przed Brexitem. W tym czasie gospodarka Stanów Zjednoczonych wyraźnie się ożywia. Wydaje się, że Amerykanie powinni być zadowoleni. Ale wyniki prawyborów pokazują, że są bardziej wkurzeni niż kiedykolwiek.
<<< KUP KSIĄŻKĘ W NASZEJ GALERII A DOSTANIESZ PREZENT >>>
Amerykański Kukiz
O Donaldzie Trumpie można powiedzieć, że jest kandydatem znikąd. Ten miliarder z branży nieruchomości nie ma żadnego doświadczenia politycznego, nie piastował żadnych funkcji publicznych. Co więcej, nie prezentuje żadnej poważnej wizji politycznej, żadnego pomysłu na politykę zagraniczną czy kompleksowe reformy ekonomiczne. Jego hasło „Uczyńmy Amerykę znowu wielką” nie niesie za sobą żadnych konkretów poza kuriozalnymi pomysłami budowy muru na granicy z Meksykiem czy niewpuszczaniu muzułmanów do kraju. Za to jego kampania pełna jest pyskówek i obrażania dziennikarzy. Można, zachowując pewną miarę, porównać go do Pawła Kukiza, też nieposiadającego doświadczenia i programu.
Co najdziwniejsze, sam Trump mocno odbiega od republikańskiej bazy wyborczej. Nie jest zbyt religijny, często zmienia żony na młodsze, nie planuje likwidacji Obamacare, ale za to chce opodatkować banki. Tworzy za to wokół siebie otoczkę jedynego antyestablishmentowego kandydata. Swój przekaz opiera głównie na niechęci wobec imigrantów, wielkich korporacji i mediów. I także w tym przypomina Pawła Kukiza, budującego swoją popularność głównie na antysystemowości. W przypadku Donalda Trumpa można zaryzykować twierdzenie, że uruchamia pokłady antyimigranckiej i antyislamskiej, amerykańskiej, specyficznej wersji nacjonalizmu. I w tym po raz kolejny przypomina lidera KUKIZ’15.
Bez alternatywy
Frustracje kierownictwa Partii Republikańskiej pogłębia jeszcze brak wyraźnej alternatywy dla kontrowersyjnego miliardera. Na głównego kandydata establishmentu wyrasta senator z Florydy, Marco Rubio. Jednak mający kubańskie pochodzenie młody polityk ma opinię plastikowego i niestałego w poglądach. Podpadł też wyborcom, popierając pomysł abolicji dla nielegalnych imigrantów. Silną pozycję ma też senator z Teksasu Ted Cruz. Ma on mocną pozycję wśród konserwatywnych ewangelików, jednak nie potrafi wyjść poza swój radyklany elektorat. Problem jest też fakt, że urodził się w Calgary w Kanadzie, i nie jest pewne, czy w ogóle może być prezydentem. Sondaże pokazują, że prawie 60% republikanów nie chce Donalda Trumpa, jako swojego kandydata. Problemem jest fakt, że nie mają dla niego odpowiedniego przeciwnika.
Wydawać by się mogło, że problemy Republikanów prowadzą do łatwego zwycięstwa demokratycznego kandydata do Białego Domu. Nic bardziej mylnego. Partia Demokratyczna też boryka się ze swoimi radykałami. Na godnego rywala Hillary Clinton wyrasta 74 letni senator z Vermont, Bernie Sanders. Określa się on mianem socjalisty, nienawidzi banków i porywa za sobą młodych wyborców. Na razie oboje kandydatów wyprzedza Donalda Trumpa w sondażowych symulacjach, jednak nie jest pewne czy większość Amerykanów zechcą zagłosować na 74 letniego socjalistę lub niepopularna byłą Sekretarz Stanu, na której ciążą oskarżenia dotyczącego wykorzystania służbowej poczty elektronicznej. A na początku wyścigu o republikańską nominację też nie dawano Trumpowi żadnych szans.
Lepszy Duda niż Trump
Popularność Donalda Trumpa wydaje się być częścią szerszego zjawiska w świecie Zachodu. W Polsce mamy Pawła Kukiza, we Włoszech mają Beppe Grillo, w Holandii Geerta Wildersa, w Wielkiej Brytanii do podobnej roli szykuje się burmistrz Londynu Boris Johnson. A to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż niemal w każdym kraju Unii Europejskiej w siłę rosną populistyczne partie jak Alternatywa dla Niemiec czy Front Narodowy. Jeśli Trump wygra wybory prezydenckie w USA, to chyba nawet zwycięstwo Marine Le Pen nie jest niemożliwe. Dlatego polskie lemingi powinny się cieszyć, że w momencie kryzysu, władzę przejął umiarkowany PiS, a nie na przykład Janusz Korwin-Mikke.
Bartosz Bartczak
