Wiadomości
Jest taka grupa społeczna, która na prof. Zbigniewa Mikołejkę działa jak płachta na byka. Wszystko co złe, od tej grupy pochodzi. Zresztą jest ona zła sama w sobie i nic już tego nie zmieni. Przez hałas, tłok na chodniku czy w komunikacji miejskiej, po biegające po trawnikach dzieci. To wszystko przez matki. Matki małych dzieci. „Wózkowe”, z wózkiem i wrzeszczącym bachorem niczym taran pokonujące chodniki polskich miast: „Nigdy niedomknięte furtki. Dzieciaki puszczone samopas, gdziekolwiek, a najlepiej na mój trawnik. To ich durne puszenie się świeżym macierzyństwem, które uczyniło z nich - przynajmniej we własnym mniemaniu - królowe balu. Patrzę więc, jak to idą i gdaczą, jak stroją fochy, uważając się za Bóg wie co. Jak pytlują nieprzytomnie, gdy tymczasem ich potomstwo obrzuca się piachem albo wyrywa sobie nawzajem włosy. Dzieci najwyraźniej potrzebne im do tego, aby coś znaczyć” – charakteryzował swojego wroga prof. Mikołejko w 2012 roku. Od tego czasu naukowiec zdania nie zmienił