Św. Maksymilian: chcę pracować, cierpieć i umrzeć dla Chrystusa - zdjęcie
14.08.16, 06:25najprawdopodobniej ostatnie zdjęcie św. Maksymiliana M. Kolbego wykonane w ostatnich dniach stycznia 1941 roku w Niepokalanowie. Widoczny na zdjęciu niemiecki oficer był komendantem obozu dla przesiedleńców w Niepokalanowie, który kończył służbę w tym miejscu i wracał do Niemiec. Przed wyjazdem poprosił Maksymiliana o wspólną fotografię.

Św. Maksymilian: chcę pracować, cierpieć i umrzeć dla Chrystusa

Dozwól mi chwalić Cię, Panno Przenajświętsza. Dozwól, bym dla Ciebie i tylko dla Ciebie żył, pracował, cierpiał, wyniszczył się i umarł” – te słowa św. Maksymilian M. Kolbe zapisał na długo przez wybuchem II wojny światowej. Stały się one dewizą jego życia. Analizując jego życiorys uczciwie trzeba przyznać, że wypełnił je od początku do końca. Jaki był ten koniec wszyscy wiedzą. Maksymilian zmarł śmiercią męczeńską w celi głodowej obozu Auschwitz dokładnie 14 sierpnia 1941 roku. Ofiarował swoje życie w zamian za innego więźnia. Ale ta droga do męczeństwa nie zaczęła się na placu apelowym w ostatnich dniach lipca 1941 roku. Jej początek trzeba przesunąć na pierwsze dni wojny. Cofnijmy się zatem do początku września 1939 roku.

 

Posłuszeństwo

Już pierwszego dnia wojny niemieckie samoloty zbombardowały Warszawę. Przelatywały także nad położonym ok. 45 km na zachód od stolicy Niepokalanowem – gigantycznym klasztorem-wydawnictwem, który w sierpniu 1939 roku zamieszkiwało ponad 760 zakonników. W Niepokalanowie wydawano m.in. „Rycerza Niepokalanej”, ale także pismo codzienne „Mały Dziennik”. Co zrozumiałe gazeta zajmowała się także polityką, a na jej łamach ukazywały się artykuły krytykujące politykę Adolfa Hitlera. Ojciec Maksymilian wybuch wojny przyjmował jednak spokojnie. „Mały Dziennik” nie przestał się ukazywać, ale postanowiono zniszczyć archiwalne egzemplarze, by nie wpadły w ręce Niemców. Maksymiliana zaprzątało co innego. Martwił się o los współbraci. Jeszcze przed rozpoczęciem działań wojennych jeździł do Warszawy do prowincjała z prośbą o radę, co zrobić z Niepokalanowem i ogromną liczbą zakonników. Pytał też o swój los. Wspomina ojciec Kornel Czupryk: Jak Niemcy nadchodzili we wrześniu 1939 r., radzono nad tym, co zrobić. (...) Na konferencji ojców jeden z nich powiedział, że trzeba, by o. Maksymilian został dla dobra Niepokalanowa, choćby za to życiem przypłacił. Ojciec prowincjał polecił zostać. Ojciec Maksymilian – widząc w tym posłuszeństwo – został. Nie prosił o wyjazd.

Ostatni numer „Małego Dziennika” przygotowano na poniedziałek 4 września. Wtedy także zapadła decyzja o ewakuacji klasztoru w Niepokalanowie. Zakonnicy mieli rozjechać się do swoich domów i tam przeczekać najgorsze. Mówi brat Cyprian Grodzki: Od samego rana 5 września szykowano legitymacje i dowody osobiste dla braci. Wieczorem po kolacji o. Maksymilian bardzo serdecznie przemówił do zakonników. Zachęcał nas do wytrwania w dobrem, byśmy Niepokalanów stworzyli we własnym sercu, byśmy byli rycerzami Niepokalanej w każdym miejscu, gdzie ona raczy nas postawić. Zapytywał nas: Drogie dzieci, czy wstrzymacie się od palenia papierosów? – Wstrzymamy – brzmiała chóralna odpowiedź. – Czy nie będziecie pić wódki? – Nie będziemy – wołali bracia. – Przyrzekacie? – Przyrzekamy – potężny okrzyk siedmiuset braci rozległ się w refektarzu. – Niech wam Niepokalana błogosławi. Od tej pory, przez całą noc, cały dzień następny, a i do 7 września (...) rozchodzili się bracia grupkami w kierunku na Warszawę i Żyrardów. (...)

W klasztorze pozostała tylko nieliczna grupka braci. Zmierzające w kierunku Warszawy bombowce kilka razy zrzuciły bomby w pobliskiej Paprotni. 7 września kilka z nich spadło także na klasztor. Opowiada brat Cyprian Grodzki: Od 12 [września] oczekiwaliśmy nadejścia Niemców (...). Noce były niespokojne. Nad Sochaczewem unosiła się łuna i słychać było huk armat. (...) W międzyczasie dwa razy o. Maksymilian udawał się do ojca prowincjała do Warszawy, naświetlając mu sytuację i prosząc o dyrektywy. Zanim powrócił, grupki braci samorzutnie zdecydowały się na pozostanie w klasztorze, do końca gotowi na wszystko.

 

Pierwsze aresztowanie

Trzy dni później - 15 września - Niemcy zajęli Sochaczew i szybko szli na Warszawę. Opowiada brat Juwentyn Młodożeniec: 19 września 1939 roku po rannym rozmyślaniu i mszy św. około godz. 10 rano wojsko niemieckie wkroczyło na teren Niepokalanowa. Kazano nam wszystkim zebrać się koło nowego refektarza. Na głos dzwonka zebraliśmy się i ustawiliśmy w piątki. Wówczas jeden z żołnierzy powiedział, że dwóch braci może pozostać do obsługi rannych żołnierzy polskich. (...) Na polu przy szosie warszawskiej żołnierze niemieccy załadowali nas na auta ciężarowe i przywieźli do Rawy Mazowieckiej; tu przenocowaliśmy w kościele. Na drugi dzień autami zawieźli nas do Częstochowy. Dnia 20 września wieczorem opuściliśmy Częstochowę, wyruszając pociągiem na zachód. (...) Ojciec Maksymilian w czasie podróży mówił do nas mniej więcej te słowa: „Nie wiemy, dokąd jedziemy i co z nami się stanie, bądźmy na wszystko przygotowani, co Niepokalana od nas będzie sobie życzyła. Oddajemy się Niepokalanej, niech Ona nami pokieruje według swego życzenia”.

Grupa aresztowanych 37 zakonników rano 24 września dotarła do obozu w Amtitz [obecnie Gębice koło Gubina – TK]. Bracia zamieszkali w obozowych namiotach. W październiku wyrzeźbili sobie z gliny figurkę Niepokalanej i rozpoczęli nabożeństwa różańcowe. Mówi brat Alfons Banaszek, franciszkanin, mechanik: W obozie w Amtitz ojciec Maksymilian mówił do nas: „Dawniej uczyliśmy ludzi poznawać, jak kochać Niepokalaną, a teraz Niepokalana rozesłała nas, abyśmy swoim życiem pokazali, jak Jej służyć”.

Brat Filemon Kozielczyk, franciszkanin: Ojciec Maksymilian pragnął, by cały ten pobyt nasz

w obozie był misją i cieszył się bardzo, że misja ta tak dobrze się udała, bo co chwila inna grupa żołnierzy przychodziła nas oglądać, fotografować i dowiadywać się szczegółów o nas. Byli to bowiem ludzie, którzy zakonników nigdy nie widzieli. Ile trudności – mawiał nieraz – musielibyśmy pokonać, chcąc przyjechać tu na misje w czasie normalnym, gdy tymczasem bez starań żadnych u władz przywieziono nas tu, żywią nas bezpłatnie i utrzymują.

W czwartek 9 listopada franciszkanów załadowano do wagonów i wywieziono z Amtitz. Trafili do obozu w Ostrzeszowie. Komendant obozu Hans Mulzer był protestanckim pastorem. Traktował zakonników z życzliwością. Pozwolił nawet na to, by do obozu został wpuszczony ksiądz z komunią dla franciszkanów. 8 grudnia w Święto Niepokalanego Poczęcia NMP zakonnicy zostali niespodziewanie zwolnieni z obozu. Następnego dnia dotarli do Niepokalanowa. Wspomina brat Kamil Banaszek, franciszkanin, był m.in. sekretarzem o. Maksymiliana: (...) Na wiadomość o powrocie z obozu w Amtitz uwięzionych i przyjeździe o. gwardiana przeszedłem z lasku, gdzie wówczas przebywałem. Przyjął mnie u siebie w celi (...), serdecznie przywitał, a widząc, że jestem smutny, powiedział: Nie trap się, będzie wszystko dobrze. Nie możemy obecnie wydawnictw prowadzić, będziemy ludziom pracą rąk pomagać. Będziemy ściągać braci. Jutro puścimy motor, uruchomimy warsztaty, zaopiekujemy się wysiedlonymi. Znowu dla Niepokalanej, dla dusz będziemy pracować. (...) Widziałem go na tle ruin Niepokalanowa – tego dorobku jego życia (...) wyśnionego, wymodlonego (...). Widziałem go na tle zdemolowanych działów, stosów czasopism i archiwów, po rozbijanych figur Niepokalanej i połamanych krzyży w dziale dewocyjnym – spokojnego (...), pełnego zapału dla dalszej pracy dla swego ideału – dla Niepokalanej.

 

Najważniejsza robota: modlitwa

Ojciec Maksymilian natychmiast po powrocie z niewoli zarządził w klasztorze stałą adorację Najświętszego Sakramentu. Mówi brat Jozafat Król, franciszkanin: (...) Dokładał wszelkich starań, by Jezus miał zawsze adoratorów punktualnie się stawiających. Adorację odprawiali

wszyscy bracia bez względu na ważność i terminowość pracy. (...) Niemców wizytujących klasztor i zwiedzających działy pracy prowadził do kaplicy, mówiąc: pokażę naszą najważniejszą robotę i pokazywał braci adorujących Przenajświętszy Sakrament. (...)

Niemcy zorganizowali na terenie klasztoru obóz dla wysiedlonych z regionu poznańskiego. W grupie ponad 3500 ludzi było 1500 osób narodowości żydowskiej. Niepokalanów musiał więc zmienić swój profil. Ojciec Maksymilian w liście do braci przebywających poza klasztorem: (...) Niepokalanów w wielu wypadkach stara się przyjść z pomocą ludności okolicznych wiosek, dworom i folwarkom. Rozpoczęta jeszcze przed wojną działalność naszej

infirmerii prowadzona jest bez przerwy w dalszym ciągu, z tą tylko różnicą, że po wojnie frekwencja zwiększyła się bardzo znacznie i w obecnym czasie dziennie udziela się porad i pomocy różnego rodzaju przeciętnie 60–70 osobom, apteczka przygotowuje codziennie lekarstwa mniej więcej dla 20 osób. W szpitaliku dla osób świeckich, mieszczącym się nad kuchnią nowego refektarza, leży około 30 chorych. Są to przeważnie wysiedleni, których również nasza infirmeria obsługuje. (...)

Prócz tego usługi na zewnątrz świadczyły inne działy. Mechaniczny remontował maszyny rolnicze, pełną parą pracowały stolarnia, krawczarnia, dział obuwniczy. Ojciec Maksymilian w tym samym liście: (...) Bracia prowadzą kuchnię i przygotowują śniadania, obiady i kolacje dla około 1500 ludzi wysiedlonych. Piekarnia wypieka codziennie dla nich chleb, wysiedleni zajmują następujące budynki: Kwadrat, „COP”, Nowicjat, Internat i Ekspedycja. Każdy blok ma 2 braci, którzy się opiekują ludźmi. Konieczność zmusiła nas również do wytwarzania figurek Niepokalanej. (...)

Przełożony Niepokalanowa nie zapomniał o pracy wydawniczej. W drukarni wciąż stały zaplombowane przez Niemców maszyny. Marzyło mu się wznowienie „Rycerza

Niepokalanej”. Już w grudniu 1939 roku – zaraz po powrocie z obozu - pisał w tej sprawie pismo do niemieckiego starosty w Sochaczewie. Odpowiedź była odmowna. W lutym 1940 roku napisał kolejny list: (...) Co do miesięcznika „Rycerz Niepokalanej” uważam, że przyczyni się on do dobra ogólnego, a to z następujących powodów: 1) Ja i Pan za lat 100 czy 200 żyć już nie będziemy. I wtedy ustaną wszystkie sprawy, choćby najpilniejsze i najważniejsze, i pozostanie tylko jedna: czy i gdzie wtedy będziemy? I czy będziemy szczęśliwi? Nie inaczej i inni ludzie. Co godzina zaś o całą godzinę (nie mniej) zbliżamy się do tej chwili. (...)

2) Najświętsza Maryja Panna to nie bajka czy legenda, ale istota żyjąca, kochająca każdego

z nas, lecz nie dość znana i [nie dość] nawzajem miłowana – trzeba więc rozgłaszać Jej dobrotliwą działalność, a to można dobrze wykonać przez czasopismo. (...) Przepraszam za zbyt długi list i proszę o łaskawe przyspieszenie pozwolenia na dalsze wydawanie „Rycerza

Niepokalanej”. Niepokalana nie omieszka Panu za tę Jej wyświadczoną przysługę odwdzięczyć się w życiu i przy śmierci.

Na ten list nie było odpowiedzi. Niespodziewanie w listopadzie 1940 roku przyszło jednak pismo z Urzędu Oświaty Ludowej i Propagandy w Warszawie. Zakonnicy otrzymali zgodę na jednorazowe wydanie „Rycerza Niepokalanej” w nakładzie 120 tys. egzemplarzy z zastrzeżeniem, że może być kolportowany jedynie w Warszawie i okolicach. „Rycerz Niepokalanej” ukazał się na przełomie 1940 i 1941 roku jako numer podwójny. Ojciec Maksymilian napisał w artykule pt. „Prawda”:

Prawda jest jedna. Znana to nam rzecz, a jednak w życiu praktycznym nieraz postępuje się tak, jakoby i „nie”, i „tak” w tej samej sprawie mogło być prawdą. Nietrudno na przykład doświadczyć na sobie samym, że czasem postępujemy w zgodzie z wiarą w Opatrzność Bożą nad nami; innym zaś razem trapimy się zbytnio, jakoby tej Bożej Opatrzności nie stało. A jednak albo Opatrzność Boża jest, albo jej nie ma. Podobnie prawdą jest na przykład, że ja te słowa obecnie piszę, a Ty, Drogi Czytelniku, je odczytujesz. Wobec tego nie może być prawdą

zdanie przeciwne, tj. że ja tego nie pisałem albo żeś Ty tego nie czytał. Bo „tak” i „nie” w tej samej sprawie prawdą być nie może. Prawdą jest albo „tak”, albo „nie”. Bo prawda jest tylko jedna.

W tym samym miesiącu do furty klasztornej zapukał Żyd. Opowiada brat Iwo Achtelik, franciszkanin, furtian: W listopadzie 1940 roku zgłosił się do naszej furty Żyd nazwiskiem Wiesental. (...) Prosił mnie gorąco, bym zechciał przedłożyć ówczesnemu przełożonemu ojcu Maksymilianowi Kolbemu jego prośbę. Chciał, by mu pozwolono zamieszkać wraz z żoną, Polką, na terenie Niepokalanowa i w ten sposób ukryć się przed Niemcami. (...) Ojciec Maksymilian dał polecenie jednemu z naszych braci, aby przygotował pokój na dwie osoby. Państwo Wiesentalowie mieszkali w Niepokalanowie 11 miesięcy.

Tomasz Krzyżak

photo 1: rysunek satyryczny z „Małego Dziennika”


photo 2:

najprawdopodobniej ostatnie zdjęcie św. Maksymiliana M. Kolbego wykonane w  ostatnich dniach stycznia 1941 roku w Niepokalanowie. Widoczny na zdjęciu niemiecki oficer był  komendantem obozu dla przesiedleńców w Niepokalanowie, który kończył służbę w tym miejscu i  wracał do Niemiec. Przed wyjazdem poprosił Maksymiliana o wspólną fotografię.