28.10.18, 17:00Fot. Zulicho via Wikipedia, CC 4.0 / screenshot Youtube - Tygodnik NIE

Martyna Ochnik: ,,Kler'', czyli dlaczego Urban nie płakał po ks. Popiełuszce

Szatan też płacze. Tak słyszałam. Przypomniało mi się to, bo w końcu znalazłam czas, żeby zobaczyć Kler, żeby zrozumieć fenomen tej produkcji – nie notowany od 30 lat tak wysoki poziom oglądalności polskiego filmu. Co jest jego treścią, jaką ma wymowę publicystyczną, to wiadomo z licznych recenzji, reklam oraz relacji widzów. Dlatego czuję się usprawiedliwiona, jeżeli trochę pospojleruję. Czy jednak na pewno film jest o tym, o czym zdaje się opowiadać?

Czy jest o tytułowym klerze? Nie, bo pokazuje tylko wybraną jego część, przeżartą patologią, występkiem, podłością. Nie pokazuje księży wiernych swojemu powołaniu, oddanych Bogu, niosących ludziom pociechę, żyjących poświęceniem i uświęceniem.

Czy jest o patologiach i występkach, jakie istnieją w Kościele? Tak, to pokazano dobitnie i w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że problemem jest korupcja, chciwość, nadużycia seksualne, łamanie ślubów. Smarzowski jednak nie zawraca sobie głowy określeniem proporcji i zasięgu tych zjawisk, obrazując je tak jakby poza nimi nic innego w Kościele nie istniało.

Czy jest o homoseksualizmie w Kościele? Tak. I oczywiście przedstawionym jako ogólnie i odgórnie akceptowana w nim norma, bez zawracania sobie znowu głowy skalą tego zjawiska. Tu jednak, co mnie nawet rozbawiło, mamy niespodziankę. Smarzowski bowiem przedstawia księży-homoseksualistów trochę prześmiewczo, a na pewno krytycznie. To zaskakuje w sytuacji, kiedy trend panujący wśród ludzi odcinających się od Kościoła nakazuje homoseksualizm może nie aż gloryfikować, ale przynajmniej akceptować.

Czy jest o pedofilii w Kościele? Tak i znowu bez najmniejszej próby zachowania proporcji opisu zjawiska. Ale i tu czeka nas zaskoczenie. Smarzowski jednoznacznie wiąże tę straszliwą krzywdę jaką dorośli wyrządzają dzieciom ze skłonnościami homoseksualnymi, bo w filmie wszyscy księża którzy dopuszczają się tej zbrodni są homoseksualistami. Można by powiedzieć, że Smarzowski przychyla się do tych opinii, które ściśle wiążą pedofilię z homoseksualizmem. A przecież właśnie za to odsądzani są od czci i wiary zarówno niektórzy księża jak i katoliccy komentatorzy problemu! Aby jednak nie zostać posądzonym o sprzyjanie ciemnogrodowi, reżyser zastosował raczej toporny zabieg – cytuje film dokumentalny, gdzie dorosłe ofiary pedofilii mówią o tym, czego doznały ze strony księży. I na tym filmie są już i mężczyźni, i kobiety, chociaż fabuła Kleru przedstawia to inaczej. Nie przypuszczam by ta niekonsekwencja była przypadkowa, ale jej cel i znaczenie nie są dla mnie jasne. Mogą bowiem wynikać z samych wątpliwości reżysera w tej kwestii albo z chęci wprowadzenia u odbiorców zamętu poznawczego.

Czy Kler jest o chciwości kapłanów, hipokryzji, łamaniu ślubów, karierowiczostwie, podłości? I znowu – tak, ale beż ustawiania proporcji.

Czym zatem jest ten film?

To prawda, że jak mi to wcześniej relacjonowano, ludzie wychodzą z seansu poważni, zamyśleni, może wstrząśnięci jak ja, może tak samo niepewni co tak naprawdę im pokazano. I może tu tkwi rozwiązanie zagadki. Najskuteczniejsze bowiem kłamstwo to takie, które jest prawdą – ale okrojoną, ale niepełną, ale z jakimiś dodatkami. Wiedzą o tym wszyscy wytrawni kłamcy, pijarowcy, spece od manipulacji ludźmi, politycy, propagandziści, jednak przeciętny człowiek nie jest w stanie się w tym rozeznać, bo takie dobrze skrojone kłamstwo nazywa się dla niepoznaki manipulacją.

Cały film stanowi taką właśnie manipulację faktami, proporcjami, odcieniami. Czy można to tłumaczyć jedynie tzw estetyką twórczości Smarzowskiego, który nieodmiennie chwyta w światło reflektorów wyłącznie zło i brud świata? Nie wiem. Wiem natomiast, że pojawiają się w filmie czytelne odciski diabelskiej łapy. Scena, o której już wcześniej słyszałam, kiedy skrajnie zdeprawowany ksiądz pedofil i homoseksualista odprawia patriotyczną mszę, a w tle widzimy sztandary Solidarności stanowi bezdyskusyjnie jasną aluzją do postaci ks Jerzego Popiełuszki. Jest zarazem zbrodnią popełnioną na nim raz jeszcze, jakby nie dość było tej sprzed trzydziestu czterech lat. Trudno mi uwierzyć, by to nie było przez reżysera tej klasy zamierzone. Trudno mi też pojąć, skąd zaczerpnął inspirację do tej obrazoburczej sceny. Tu jednak z pomocą przychodzi nam umiejętność kojarzenia faktów i znajomość najnowszej historii.

Po premierze filmu na pytania dziennikarzy odpowiadał nie tylko reżyser ale i, co znamienne… Jerzy Urban. Ten ostatni powiedział między innymi, że „czuje w tym swoją rękę”. Urban to człowiek niewątpliwie inteligentny, jak sam diabeł, więc swoje myśli formułuje w sposób przemyślany. Jak możemy zatem odczytywać tę jego wypowiedź? Że inspirował Smarzowskiego? Że przyłożył rękę do stworzenia wizerunku kleru totalnie zdeprawowanego? Że pośrednio stał za zbrodnią popełnioną na ks Jerzym? A może wszystko naraz…

Film ma być diagnozą kondycji moralnej Kościoła, proponuje więc też terapię, dla której Smarzowski nie widzi alternatywy i nawet jej nie szuka. Spośród trzech występnych księży, dwóch podejmuje decyzję naprawy wyrządzonego zła i jakiejś formy za nie pokuty – obaj, na sposób odmienny odchodzą od Kościoła. Ksiądz Trybus w akcie protestu i ekspiacji dokonuje publicznego samospalenia. Że scena skonstruowana jest tak, by jasno nawiązywać do samospalenia Ryszarda Siwca jest dla mnie jasne i odbieram ją w tym kontekście jako poważne nadużycie i kolejne po ks. Jerzym wykorzystanie kalki emocjonalnej dla brutalnego wstrząśnięcia widzem. A kiedy silne emocje dochodzą do głosu, rozum się wyłącza i nie potrafimy ocenić racjonalnie tego na co patrzymy.

I tu znowu, tym razem jednoznacznie diabeł wypala swój ślad. Płonący ksiądz bowiem pada w końcu na ziemię i wtedy kamera odjeżdża w górę, a my widzimy rozkrzyżowane, płonące ciało. Otaczający je tłum rozstępuje się formując nie żaden nieregularny krąg lecz idealnie równoboczny trójkąt.

Jest to obraz przesycony znaczeniami, w których na pierwszy plan wybija się ogień. Możemy jego znaczenie odczytywać jako ogień oczyszczenia, ekspiacji, ale w symbolice okultystycznej będzie to przede wszystkim moc zniszczenia. Z kolei trójkąt równoboczny z wierzchołkiem skierowanym ku górze to chrześcijański symbol Trójcy Świętej, lecz w okultyzmie symbol inwokacji duchów. Zatem płonący krzyż w trójkącie daje szerokie pole interpretacyjne, przy czym emocjonalny przekaz obrazu jest wstrząsający i mnie kieruje raczej ku skojarzeniom demonicznym.

Co prawda w sennej wizji cesarza Konstantyna Wielkiego z 312 r. pojawił się też płonący krzyż, który zapowiadał zwycięstwo w bitwie nad Maksencjuszem. Towarzyszył mu napis „In hoc signe vinces”, to znaczy „W tym znaku zwyciężysz”. Cesarz odniósł zwycięstwo pod znakiem Chrystusa.

Czy zatem płonący ksiądz-krzyż jest u Smarzowskiego znakiem zwycięstwa? A jeśli tak – to czyjego? Czy sam reżyser to wie? Czy na swój własny sposób szuka odpowiedzi?

Wydaje mi się, że wszyscy ludzie mają wpisane w serca odczucie duchowości i jej pragnienie. Szukają jej na rozmaitych drogach. Błądzą, doznają zawodów, buntują się, złorzeczą Bogu. Znajdują. Nie znajdując, cierpią. Przecież i diabeł cierpi, na wieczność odłączony od Boga. I diabeł płacze.

Martyna Ochnik