O sprawie poinformował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz. Jak przekazał, po kolejnym fałszywym zgłoszeniu na numer 112 służby weszły do mieszkania rodzinnego prezydenta w Gdańsk, wyważając drzwi pod nieobecność domowników.

„Dziś doszło do kolejnego fałszywego zgłoszenia przez numer 112. Tym razem dotyczyło to rodzinnego domu Prezydenta RP w Gdańsku. Służby pod nieobecność domowników wyważyły drzwi i weszły do mieszkania” — napisał Leśkiewicz na serwisie X.

Rzecznik prezydenta nie krył irytacji wobec działań państwa. „Od kilkunastu dni służby są paraliżowane przez fałszywe zgłoszenia uderzające w dziennikarzy oraz osoby publiczne związane z prawicą. Przez kilkanaście dni rządzący nie potrafią odpowiednio zareagować” — podkreślił.

I rzeczywiście — wcześniej podobne interwencje dotyczyły m.in. siedziby Telewizja wPolsce24, domu Tomasza Sakiewicza czy okolic domu Jarosława Kaczyńskiego. Wtedy jednak nie było pilnych odpraw rządu ani dramatycznych wpisów o „sabotażystach”.

Teraz jednak premier Donald Tusk natychmiast ogłosił mobilizację państwa. „Działania prowokatorów są wymierzone w bezpieczeństwo państwa. W nas wszystkich. Użyjemy wszystkich dostępnych metod, aby zidentyfikować i wyłapać sabotażystów” — napisał na X.

Brzmi imponująco. Problem w tym, że dla wielu Polaków coraz bardziej przypomina to gaszenie pożaru dopiero wtedy, gdy płomienie docierają do gabinetów najważniejszych osób w państwie.

Komentatorzy coraz częściej zwracają uwagę, że mamy do czynienia nie tylko z problemem fałszywych alarmów, ale również z głębokim kryzysem organizacyjnym państwa, a nawet skrajny bałaganem i niechlujstwem. Skoro anonimowe telefony od tygodni kompromitują służby i wywołują chaos, to pytanie brzmi: gdzie wcześniej była koordynacja działań, analiza zagrożeń i reakcja rządu?

Media coraz częściej zauważają, że państwo pod rządami Donalda Tuska coraz częściej działa reaktywnie, emocjonalnie i pod presją medialną. Ich zdaniem mamy do czynienia z niebezpiecznym połączeniem politycznego chaosu, przeciążonych służb i coraz bardziej nerwowych – wręcz dziecinnie panicznych - reakcji władz.

Ponadto w opinii wielu obserwatorów najbardziej niepokojące jest jednak coś innego: wrażenie, że państwo zaczyna działać naprawdę dopiero wtedy, gdy problem dotknie samego szczytu władzy. A to dla obywateli nie jest szczególnie uspokajający sygnał.