Niemiecki dziennik „Die Welt” opisuje niepokojące tendencje w niemieckim systemie powszechnego kształcenia. Publicystka Freia Peters pisze: „Historia schodzi na dalszy plan: w zależności od kraju związkowego w jednych miejscach nie jest już nauczana wcale, w innych rzadko lub tylko w połączeniu z innymi przedmiotami. I to w czasach, gdy demokratyczna edukacja młodzieży jest uznawana za kluczową”. Jak pisze „Die Welt”, formalne deklaracje brzmią uspokajająco. Federalna minister edukacji pani Karin Prien z CDU z całą mocą obiecuje promować edukację demokratyczną wśród młodzieży poprzez lekcje historii. Co więcej, cała Komisja Naukowa Konferencji Ministrów Edukacji i Kultury ze wszystkich 16 niemieckich landów podkreśla, że wzmocnienie wiedzy z zakresu polityki i historii jest niezbędne, aby zwalczać wrogość wobec demokracji wśród młodzieży. Pani minister Prien podkreśla swój zamiar silniejszego promowania obu tych przedmiotów. Tyle deklaracja. A co z realiami? Freia Peters pisze: „Jak dotąd nie widać oznak wzmocnienia pozycji zajęć z historii. Uczeń berlińskiego liceum średnio ma tylko jedną godzinę historii tygodniowo w gimnazjum, ponieważ przedmiot ten oferowany jest tylko przez jeden semestr na przemian z politologią”.
W landzie Dolna Saksonia przedmiot historia wkrótce ma stać się przedmiotem fakultatywnym w fazie wprowadzającej do szkół ponadgimnazjalnych. Innym cięciom budżetowym udało się zapobiec jedynie dzięki oporowi nauczycieli historii. Tak było w landzie Szlezwik-Holsztyn, gdzie na początku roku proponowano skrócenie lekcji historii w szkołach ponadgimnazjalnych z dwóch do jednej godziny tygodniowo. Jeden z nauczycieli historii zainicjował wtedy internetową petycję przeciwko tym cięciom i w rezultacie pani minister edukacji Dorit Stenke z CDU musiała wycofać się ze swych zarządzeń z racji dużej liczby podpisów. Podobna oddolna akcja odniosła sukces w Berlinie. Tam senator ds. edukacji (odpowiednik ministra landowego) Katharina Günther-Wünsch z CDU ogłosiła zamiar usunięcia historii NRD z programu nauczania dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Wtedy do akcji wszedł Związek Nauczycieli Historii w sojuszu z Fundacją na rzecz Ponownej Analizy Dyktatury SED, które ogłosiły protestacyjny list otwarty. Dopiero wtedy pani senator zmieniła swoją decyzję.
„Die Welt” cytuje Miko Lamprechta, dyrektora szkoły w Wiesbaden, który mówi: „To niespójne podejście do historii jest niszczące dla demokratycznego wychowania młodzieży. Lekcje historii muszą trwać co najmniej dwie godziny tygodniowo”. Miko Lamprecht wskazuje, że łączenie lekcji historii z innymi przedmiotami nie służy niczemu. Uczniowie, którzy przenieśli się do 11 klasy z nowoczesnych szkół średnich, często w ogóle nie zetknęli się z lekcjami historii.
Co oferowane jest im w to miejsce? Najczęściej jest to przedmiot społeczny, który stanowi mieszankę geografii, polityki, historii, a czasami etyki. W sumie worek, do którego wszyscy wrzucają to, co jest im wygodne. Jak wskazuje Lamprecht, bywa często zszokowany poziomem wiedzy swoich uczniów.
„Prawdopodobnie tylko jeden na stu uczniów nadal posiada tradycyjną wiedzę klasy średniej, zdobytą dzięki czytaniu książek. Pozostali polegają na mediach cyfrowych, takich jak TikTok, i z tego wyłapują naprawdę szalone tezy. Ludzie wierzą w to, co jest prezentowane za pomocą sugestywnych obrazów w mediach społecznościowych. Dowiadują się z nich, że Żydzi zawsze byli chciwi i posługiwali się terrorem albo że w Strefie Gazy ma miejsce obecnie holokaust. W ten sposób tendencje ekstremistyczne wpływają na wiedzę młodych ludzi, a lekcje historii nie korygują tego stanu wiedzy, bo przypominają bardziej wiedzę o społeczeństwie niż klasyczną naukę dziejów”.
Tekst w „Die Welt” pokazuje, jak ścierają się dwie tendencje. Szersze zjawisko generalnego odchodzenia od klasycznego egzekwowania wiedzy w szkołach, wynikające z odzwyczajenia młodych ludzi od czytania. A drugim zjawiskiem jest zalew sprymitywizowanych i ekstremistycznych poglądów na TikToku czy Instagramie. Wobec tych wyzwań państwo niemieckie póki co jest bezradne.
Piotr Semka
