Kanclerz Willy Brandt ukląkł spontanicznie w grudniu 1970 roku przed Pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego.

Bo "na dnie niemieckiej historii, czując na sobie ciężar milionów zamordowanych, uczyniłem to, co czynią ludzie, gdy słowa zawodzą".

Jak wiadomo od Grzelaka, na początku było złe słowo Polaka.

Złe słowo Grzelaka nigdy nie powinno być słowem Polaka.

Na dnie niemieckiej historii jest KL Stutthof - 2076 dni kaźni zgotowanej, zorganizowanej, pedantycznie sprawozdawanej i z dochodów z przemysłowej zbrodni co do marki rozliczanej.

Miejsce na Pomorzu dla Polaków, a Polaków z Wolnego Miasta Gdańska, Pomorza, Powstańców Warszawskich, udręczeń i śmierci.

Niemieckie dno.

Irmgard Dirksen, po mężu strażniku w KL Stutthof Fuerchner, sekretarka i stenotypistka Paula Wernera Hoppego, komendanta 2000 oprawców, nie używała złych słów. Nic nie wiedziała o maszynie śmierci pracującej nieopodal jej biurka. Coś przepisywała, ale raczej życzenia świąteczne niż wyroki śmierci czy listy więźniów kierowanych do komory gazowej, zarządzanej przez Otto Knotta, a następnie palonych przez Hansa Racha.

Mam przed sobą teczkę mojej babci, więźniarki KL Stutthof.

Pedantycznie poprowadzoną.

Ankieta personalna jak do zakładu pracy. Czytam: Polka, wdowa, matka 7 dzieci, słabej budowy, 149 centymetrów wzrostu, oczy niebieskie, urodzona 3 lipca 1895 roku w Kosinie, GOSPODYNI, 3 KLASY SZKOŁY POWSZECHNEJ, włosy szaroblond, TWARZ KANCIASTA, uzębienie niepełne, USZY NORMALNE.

Mogła wypełniać ją Irmgard Fuechner. Podejrzana w 2021 roku, w 96. roku życia, przez sąd niemiecki w Itzehoe o współudział w zamordowaniu 11 387 więźniów i usiłowanie zabójstwa 7. Mając za męża SS-Oberscharführera, sierżanta, nic nie mogła wiedzieć. Dlatego bała się szyderstwa i uciekła przed sądem.

Babcia Franciszka nie musiała uciekać przed sądem. Z dokumentów wynika, że jakiś SS-Unterscharführer, plutonowy z komendantury policji bezpieczeństwa "in Danzig", sam uznał w 1944 roku matkę 7 dzieci za osobę niebezpieczną dla porządku prawnego III Rzeszy, nierokującą nadziei na poprawę - i orzekł 18-miesięczną kurację moralną w KL Stutthof. Z obowiązku dodam, że sierżantem takiej czujnej policji bezpieczeństwa w Berlinie był Ludwig Kasner, dziadek Angeli Merkel, której matka Herlinda Jensch urodziła się w Gdańsku.

Jakby to powiedział Donald Tusk, była "hiesiege", miejscowa. Ani Polka, ani Niemka. Ani kawa, ani herbata.

Inny plutonowy SS w rozkazie przekazania babci Franciszki (piszą Franziska z Morroschin, kreis Dirschau, Morzeszczyn, powiat Tczew - red.) pod opiekę P. W. Hoppego informuje komendanta, a rozkaz ten odbierać musi ktoś taki jak frau Fuerchner, że ta Franziska złamała prawo, nie wykonywała należycie obowiązku pracy, nadto komuś podejrzanemu zapewniła nocleg i miskę zupy. I to się może powtórzyć, więc rozkaz pobytu w KL Stutthof jak najbardziej słusznie wydany bez sądowych ceregieli.

Nie wiem, jak babcia tam przetrwała, nie wiem, jak przeżyła styczniowy marsz śmierci w 1945 roku, nie wiem, gdzie udało jej się ukryć i jak ujść z marszu. Ale wróciła! Chora, pokiereszowana, wylękniona. Nie wiem, jak przy swojej cherlawości przeszła selekcję u tego zbira doktora Heidla, który racjonalizował w komorze gazowej koszty i dochody z KL Stutthof. Raporty, w których gospodarkę życiem i śmiercią przeliczano na pieniądze do Urzędu Administracji Gospodarczej SS, pisała starannie frau Fuerchner. Z mężem esesmanem z KL Stutthof żyła spokojnie do śmierci męża w 1972 roku w domu przy Birkenweg w Szlezwiku. A brzozy przy Birkenweg podobne były do tych w Sztutowie...

Babcia w KL Stutthof mogła codziennie spotykać Wandę Klaff, "hiesiege", z domu Kalacińską, córkę kolejarza z Gdańska, Gerdę Steinhoff, Elisabeth Becker, Evę Paradies. Powieszono je w 1946 roku na Chełmie w Gdańsku. Zanim zostały nadzorczyniami maltretowanych w KL Stutthof, jeździły w gdańskich tramwajach jako konduktorki.

Proponuję, by tramwaj z napisem "Danzig" i fotogramami słynnych konduktorek, ulubioną zabawkę gdańskich prezydentów, prowadził każdorazowo wiceprezydent Grzelak.

Byłaby to stosowna dla niego nagroda w konkursie historycznym. Mógłby do towarzystwa na przystanku przy "Conradinum" zaprosić na pokład Cornelię Pieper. To niemiecka konsul generalna w Gdańsku, która w "Deutsche Welle" biada nad utratą niezależności polskich sądów. Policyjne sądy doraźne powołane przez dowódcę Wehrmachtu na Polskę, feldmarszałka von Brauchchitza, są modelowym przykładem sądowej niezależności. Dzięki nim można było legalnie wymordować Polaków z Gdańska uwięzionych w KL Stutthof.

"Do przeważającej większości Polaków, zwłaszcza przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego, nie trafia eurosceptycyzm, są oni przeciwni łamaniu tak ważnych zasad i wartości Unii jak praworządność czy niezależność sądów".

W tej okolicy, w której pani Pieper jest niemieckim dyplomatą, modelowym rozwiązaniem w zakresie praworządności i niezależności sądów była ZBRODNIA POMORSKA.

"Dno niemieckiej historii".

Marek Formela

 

PS. KL Stutthof został oswobodzony 9 maja 1945 roku przez żołnierzy płk. Siemiona Cyplenki ze 170 Dywizji Strzelców 48. Armii III Frontu Białoruskiego. Funkcjonował ponad 2000 dni. Zamordowano w nim 65 tys. więźniów.