W nocy z 19 na 20 sierpnia rosyjski dron typu Gerań wleciał w przestrzeń powietrzną Polski. Prawdopodobnie dron ten przybywał ok 2,5 godziny w przestrzeni powietrznej kraju, uderzył w linie wysokiego napięcia i spadł w polu. Do takiego wniosku dochodzi ukraiński portal Militarnyj, powołując się na swoją analizę ukraińskich grup zajmujących się informowaniem o atakach z powietrza. Polskie służby i MON najpierw poinformowały o tym, że nie mają żadnej informacji o przekroczeniu granicy przez jakikolwiek obiekt, a później, analizując szczątki dronu stwierdziły, że był to dron rosyjski, prawdopodobnie biorący udział w nalocie na Ukrainę, który miał miejsce tej samej nocy. Pytanie, czy dron ten trafił na terytorium Polski przez przypadek, czy celowo, pozostaje bez odpowiedzi. Jeżeli jednak czołowy ukraiński portal o tematyce militarnej ma rację, oznacza to, że wyżej wspomniany dron nie leciał wcale według jakiejś wyznaczonej trajektorii, tylko aktywnie wykonywał manewry w polskiej przestrzeni powierznej. Co razem z obecnością lotniska wojskowego niedaleko rejonu, w którym spadł, budzi podejrzenia o możliwe wykonywanie zadania rozpoznania terenu. Tym bardziej, że ostatnio Rosjanie zaczęli stosować taktykę wykorzystania lokalnej sieci komórkowej do kierowania dronem w czasie rzeczywistym i zmiany kierunku jego lotu. Robi się to poprzez instalację wewnątrz drona karty SIM jednego z lokalnych operatorów. Strona ukraińska w tej chwili opracowuje zmianę procedur w ten sposób, by wojsko we współpracy z lokalnymi operatorami było w stanie zlokalizować podobne drony i wyłączać poszczególne segmenty sieci komórkowej dla blokowania dronom możliwości manewru i kierowania nimi z Rosji w czasie rzeczywistym.
Podstawowe pytanie, które należy sobie zadać, to czy w Polsce ktoś monitoruje uważnie te zmiany w taktyce wykorzystania dronów, czy przejmuje bogate doświadczenia ukraińskie w kwestii rozpoznania i zwalczania rosyjskich dronów? Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ktoś te zmiany obserwuje i notuje. Problem jednak polega na tym, że żadnych efektów tych wniosków (jeżeli są one robione) w praktyce nie widzimy. Ta sytuacja dobitnie pokazuje, iż nasze państwo nie jest gotowe nie tylko na ataki podobne do tych, które Rosja przeprowadza na Ukrainę, ale i nie jest gotowe przeciwdziałać małym operacjom rozpoznawczo-dywersyjnym w ramach tzw wojny hybrydowej. Z jakiegoś powodu w Polsce często wojnę z Rosją wyobraża się jako marsz kolumn pancernych na Warszawę i Lublin. W rzeczywistości jednak wojna może wyglądać zupełnie inaczej. Wróg może wykorzystywać nasze dziury w obronie przeciwlotniczej i polu radarowym, by prowadzić rozpoznanie ważnych obiektów strategicznych. Warto zadać pytanie, czy ten dron w ogóle zostałby zaobserwowany, jeżeli nie zahaczyłby o linię energetyczną? Czy możliwe jest, że inne drony latają w Polsce zupełnie niezauważone przez polskie służby? Co będzie, jeśli pewnego dnia nie jeden czy dwa, tylko 10 podobnych dronów spadnie na jakiś ważny obiekt polskiej infrastruktury, a Rosjanie tylko zaprzeczą, że mają z tym cokolwiek wspólnego? Tak robili wielokrotnie podczas wojny na Donbasie. Szczególnie na jej wczesnym etapie.
Czy Polska ma przygotowaną jakąkolwiek odpowiedź na podobną sytuację? Czy możemy odpowiedzieć militarnie, czy mamy dla tej odpowiedzi środki, czy tylko będziemy apelować o pomoc do sojuszników? Jak zachowamy się w sytuacji agresji ze strony Rosji prowadzonej poniżej progu wojny pełnoskalowej? To są trudne pytania, które musimy sobie zadać wykorzystując to wydarzenie jako naukę.
W Polsce pojawiło się w ostatnich dniach mnóstwo komentarzy tłumaczących, dlaczego zestrzelenie czy nawet zaobserwowanie tego dronu było trudnym zadaniem. Dlaczego zestrzelenie było niebezpieczne dla obywateli (tak, jak gdyby manewrujący nad głowami śpiących Polaków ruski dron dla nich zagrożeniem nie był), dlaczego nie warto robić paniki i należy spokojnie traktować tę sytuację. Niestety te komentarze ani nie odpowiadają stanowi rzeczywistemu, ani też nie uspokajają. Najlepszym gwarantem spokoju dla obywateli kraju byłaby wiedza o tym, iż Wojsko Polskie jest zdolne zaobserwować podobny dron i zestrzelić go w odpowiednim momencie, zanim stanie się zagrożeniem dla innych. Z drugiej strony nieprawdą jest też, iż dron ten lecący nisko był prawie niemożliwy do zaobserwowania. Wystarczy spojrzeć na Ukrainę, która w warunkach stałych ataków liczących po 500 dronów atakujących naraz, dawno już stworzyła rozbudowany system do rozpoznawania i śledzenia ruchów rosyjskich dronów w ukraińskiej przestrzeni powietrznej. Jest to zdecentralizowana sieć wykorzystująca obok tradycyjnych radarów celowo stworzone dla przeciwdziałania Szahedom czujniki akustyczne. Niedrogie urządzenia, których ogromna sieć rozstawiona jest po całym kraju pozwala śledzić ruchy rosyjskich dronów wewnątrz Ukrainy. Jest to system pozwalający na dość szybką wymianę poszczególnych jego elementów, na przykład uszkodzonych w wyniku ataków przeciwnika. Został wielokrotnie sprawdzony w warunkach prawdziwej, intensywnej wojny. I niestety nie wygląda, by Polska była zainteresowana przejęciem tego doświadczenia od Ukrainy. Zamiast tego polski rząd zdecydował się pozyskać inny system od USA. Z niepotwierdzoną w warunkach bojowych efektywnością, o wiele bardziej wrażliwy na przeciwdziałanie ze strony Rosjan i również... wiele droższy. Możemy oczywiście zakładać, że z jakiegoś powodu Ukraińcy nie są chętni podzielić się z nami tą wiedzą, ale równie dobrze można podejrzewać, iż polscy decydenci wciąż uważają, że celem polskich zakupów jest kupowanie amerykańskiej „polisy ubezpieczeniowej” i dlatego większość naszych zamówień kierowana jest do USA, bez prób pozyskania kompetencji od ich konkurentów.

31.08.2025, 12:34
Fot. screenshot - YouTube (Ministerstwo Obrony Narodowej)
M. Susujew dla Frondy: czy ktoś w Polsce śledzi zmiany w taktyce wykorzystania rosyjskich dronów?
Podstawowe pytanie, które należy sobie zadać: czy w Polsce ktoś monitoruje uważnie te zmiany w taktyce wykorzystania dronów, czy przejmuje bogate doświadczenia ukraińskie w kwestii rozpoznania i zwalczania rosyjskich dronów? Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ktoś te zmiany obserwuje i notuje.
Mikołaj Susujew/Fronda.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »