Ryszard Czarnecki: W Korei pachnie wojną
Na pierwszej stronie „The New York Times” z czwartku 7 września 2015 roku wielkie zdjęcie Kim Dzong Una, przywódcy Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej i chińskiego lidera Liu Yunshana (od 2012 roku jeden z siedmiu członków Stałego Komitetu Biura Politycznego kompartii Chin Ludowych). Obaj azjatyccy komuniści pozdrawiają tłumy w stolicy KRL-D w czasie ostatniej wizyty na tak wysokim szczeblu przedstawiciela Komunistycznej Partii Chin. To było dwa lata temu. Ale przez cały czas Pekin pilotuje komunistyczną Koreę, nie tylko i chyba nawet nie głównie ze względów ideologicznych. Pjongjang – taka jest nazwa stolicy państwo północnokoreańskiego ‒ jest idealnym sprzymierzeńcem dla Pekinu. Przypomina głodnego (nomen omen) brytana, którego chiński pan w każdej chwili może spuścić z łańcucha, a przynajmniej zachęcić, żeby poszczekał w kierunku azjatyckich sojuszników Ameryki – Japonii i Korei Południowej.