Terlikowski: O pożytkach z królików - zdjęcie
15.02.15, 11:30Tomasz Terlikowski (fot. TV Republika)

Terlikowski: O pożytkach z królików

30

„Katolik nie musi być jak królik" – oznajmiły ostatnio światowe media, powołując się na nieszczególnie precyzyjną i rzeczywiście zawierającą słowa o katolikach i królikach wypowiedź papieża Franciszka. I choć sam Ojciec Święty wielokrotnie podkreślał, że wielodzietność jest wartością, a otwartość na życie pozostaje istotnym elementem małżeństwa chrześcijańskiego, to, niestety, po tych słowach (gdy się je odpowiednio zinterpretuje, weźmie pod uwagę specyfikę retoryki papieża – nie ma w nich nic zaskakującego, poza użyciem potocznego sformułowania) pozostało wrażenie, że Franciszek znowu zmienia katolickie nauczanie. A tak nie jest.

Kościół nigdy nie nauczał, że wielodzietność jest obowiązkiem katolika, zwłaszcza że w wielu przypadkach samotność czy małodzietność nie są wyborem, ale krzyżem, który dotyka ludzi. Nie nauczał też, że ci, którzy mają więcej dzieci, są lepszymi katolikami. A i sam Franciszek nie zaczął nauczać, że otwartość na życie (czyli właśnie zachęta do wielkodusznego przyjmowania kolejnego potomstwa) przestaje być istotnym elementem katolickiego przeżywania małżeństwa.

Prokreacja była i jest jednym z dwóch istotnych celów, dla których ludzie zakładają rodzinę.

Nie jest to nauczanie, które można by uznać za nakładanie na człowieka nadmiernych ciężarów czy brak zrozumienia dla ludzkich wyborów. Kościół, idąc za nauczaniem Pisma Świętego, przypomina po prostu, że każde dziecko jest dla rodziców darem, a płodność – znakiem Bożego błogosławieństwa.

Gdy Bóg chce pokazać, jak bardzo kocha Abrahama, wskazuje na niebo i gwiazdy i mówi do niego: „tak liczne będzie twoje potomstwo" (Rdz 15,6). Gdy Sara zaczyna krzywdzić Hagar, do tej ostatniej przychodzi Anioł Pana i zapewnia ją, że nagrodą za posłuszeństwo i powrót do Pani będzie rozmnożenie jej potomstwa, „tak bardzo, że nie będzie go można policzyć" (Rdz 16,10). I wreszcie, gdy dochodzi do zawarcia przymierza Boga z Abrahamem, którego znakiem staje się obrzezanie, ponownie jest mowa o jego znaku. „Ja jestem Bogiem Wszechmocnym. Żyj ze mną w zażyłości i bądź bez skazy. Chcę bowiem zawrzeć z tobą przymierze oraz dać ci niezmiernie liczne potomstwo" (Rdz 17,1-2) – mówi Bóg do Abrama/Abrahama, a potem obietnice te są powtarzane wobec jego synów i wnuków.

(...)

Walka o dziecko, o błogosławieństwo płodności jest tematem wielu biblijnych opowieści. Wymodlone dzieci to nie tylko Izaak, ale też Samson czy św. Jan Chrzciciel. Każdy z nich jest dowodem na to, że „dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych" i że kobieta może zostać pobłogosławiona także w starości. „Któż równy naszemu Bogu? On mieszka na wysokościach (...) pozwala niepłodnej zamieszkać w domu, jako matce cieszącej się dziećmi" (Ps 113,5,9) – wskazuje psalmista.

Płodność jest przedstawiana jako znak Bożego błogosławieństwa, a także jako istotny (kto wie, czy nie najistotniejszy) element szczęśliwego życia nie tylko w Księdze Psalmów, ale także w księgach mądrościowych. Najmocniej widać to w Psalmie 128, który w poetyckiej formie przedstawia wizję życia szczęśliwego (czyli właśnie błogosławionego).

„Szczęśliwy, kto oddaje cześć Panu, kto kroczy drogami, które On wskazuje! Będziesz spożywał owoce twych trudów, powiedzie ci się i będziesz szczęśliwy. Twoja małżonka jak płodna winorośl w zaciszu twego domostwa. Twoje dzieci jak oliwne sadzonki dookoła twojego stołu. Tak oto błogosławiony jest człowiek, który oddaje cześć Panu" (Ps 128, 1-4).

Krótki tekst psalmisty jasno wskazuje, że najistotniejszym elementem szczęścia jest dla mężczyzny dom z dobrą i mądrą żoną (przepiękny opis kobiety, która jest skarbem dla swojego męża znajdziemy w ostatnim rozdziale Księgi Przysłów), która jest jak płodny szczep winny i rodzi dzieci zasiadające dookoła ojcowskiego stołu. To właśnie one są darem, którego nic w życiu mężczyzny (kobiety zresztą także) zastąpić nie może. „... dzieci są darem Pana, a owoc łona zapłatą. Jak strzały w ręku wojownika, tak dzieci zrodzone za młodu. Szczęśliwy ten, który nimi napełni swój kołczan" (Ps 127,3-5) – uzupełnia psalmista. Na kołczan zaś solidnie napełniony zazwyczaj nie składa się jedna strzała, ale przynajmniej kilka, kilkanaście.

Te niezwykle mocne słowa wyrastają z pierwszego przykazania, jakie Bóg skierował do człowieka: „bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię" (Rdz 1,28). W tych słowach już widać, że małżeństwo z natury (z samego faktu stworzenia) zostało ukierunkowane na płodność. To ona jest jego celem, ale też szczególnym „błogosławieństwem". Warto zwrócić uwagę na to, że słowa przykazania poprzedzone zostały stwierdzeniem, że Bóg nie tyle dał ludziom „przykazanie", ile „błogosławił im, mówiąc do nich" (Rdz 1,27). Płodność, rodzenie dzieci jest zatem znakiem Bożego błogosławieństwa i podstawową funkcją małżeństwa. Charakterystyczne jest przy tym, że wezwanie to zostało powtórzone dwukrotnie, gdy Bóg uratował Noego i jego rodzinę. „Po czym Bóg pobłogosławił Noego i jego synów mówiąc do nich: »bądźcie płodni i mnóżcie się, abyście zaludnili ziemię«" (Rdz 9,1) – to pierwszy cytat, i drugi zaledwie kilka wersów dalej: „Wy zaś bądźcie płodni i mnóżcie się" (Rdz 9,7).

To powtórzenie, zdaniem rabinów, ma fundamentalne znaczenie. Za pierwszym razem chodzi o podkreślenie, że płodność jest znakiem Bożego błogosławieństwa, za drugim – jest to już jasno wyrażone przykazanie. Przykazanie, które zestawione jest z poprzedzającym go zakazem morderstwa („Jeśli kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego, bo człowiek został stworzony na obraz Boga" [Rz 9,6]), aby „porównać osobę, która nie chce wypełniać zakazu rozmnażania się, do osoby przelewającej krew" – wskazuje cytowany w „Torze Pardes Lauder" Raszi.

Nowy Testament lekko koryguje to mocno biologiczne rozumienie wartości płodności, ale nigdy go w całości nie odrzuca. (... Kościół, od momentu gdy dzietność i płodność przestała być w naszej kulturze traktowana jako wartość, wytrwale przypomina katolikom, iż otwarcie na życie jest ich obowiązkiem, a każda forma antykoncepcji (czyli odbierania Bogu prawa do obdarzania nas potomstwem) – grzechem.

(...)

Doskonałym wyrazem [niezmiennego nauczania papieskiego - red.] jest encyklika Piusa XI „Casti connubii". „Pierwsze więc miejsce pomiędzy dobrami małżeństwa zajmuje potomstwo" – wskazuje w niej papież. I dodaje, że rodzenie potomstwa ma przede wszystkim wymiar religijny. „Bóg pragnie, by ludzie rozmnażali się, nie tylko w tym celu, by istnieli i zapełniali ziemię, lecz daleko więcej w tym celu, by byli czcicielami Boga, poznawali Go, miłowali i posiadaniem Jego na wieczne czasy cieszyli się w niebie. Cel ten wskutek przedziwnego wyniesienia człowieka przez Boga do porządku nadprzyrodzonego przechodzi wszystko, co oko widziało, ucho słyszało i w serce człowieka wstąpiło. Łatwo stąd poznać można, jak wielkim darem dobroci Bożej, jak doskonałym owocem małżeństwa jest dziecko, zawdzięczające istnienie swe wszechmocy Bożej i współdziałaniu małżonków" – podkreśla Pius XI.

Sobór Watykański II w tym elemencie tradycji Kościoła niczego nie zmienił. Mocne podkreślenie wartości wielodzietności znajdziemy w konstytucji „Gaudium et spes". „Małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku płodzeniu i wychowywaniu potomstwa. Dzieci też są najcenniejszym darem małżeństwa i rodzicom przynoszą najwięcej dobra" – wskazują Ojcowie soborowi. „... Spośród małżonków, co w ten sposób czynią zadość powierzonemu im przez Boga zadaniu, szczególnie trzeba wspomnieć o tych, którzy wedle roztropnego wspólnego zamysłu podejmują się wielkodusznie wychować należycie także liczniejsze potomstwo".

A w Katechizmie Kościoła katolickiego możemy przeczytać: „Pismo Święte oraz tradycyjna praktyka Kościoła widzą w rodzicach wielodzietnych znak Bożego błogosławieństwa i wielkoduszność rodziców" (nr 2373).

Otwarcie na życie ma jednak także znaczenie całkiem świeckie, nie tylko duchowe. Na kolejne (trzecie, czwarte czy siódme) dziecko warto zdecydować się, także mając na uwadze swoje poprzednie pociechy. Wbrew bowiem temu, co opowiadają rozmaici „eksperci", dla dziecka bycie jedynakiem jest raczej problemem niż zaletą (choć czasem nie jest ono wyborem rodziców). Wielodzietność jest więc darem, nie problemem. By to dostrzec, wystarczy spojrzeć na badania psychologów. Okazuje się, że większa niż standardowa liczba rodzeństwa buduje u dziecka łatwość nawiązywania i utrzymywania relacji. Dorośli wywodzący się z rodzin wielodzietnych rzadziej się rozwodzą niż ich rówieśnicy z rodzin małych (szczególnie dotyczy to jedynaków). W małych rodzinach (do dwójki dzieci) niemal każdy konflikt rozwiązują rodzice, bo uważają, że nie ma innego wyjścia. W większych rodzinach nie ma takiej możliwości, więc... dzieci muszą radzić sobie same. A ponieważ agresja niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem, bo zaraz wkroczą rodzice i oboje bijący się zostaną ukarani, wygodniej jest się dogadać. Tych umiejętności nie da się posiąść inaczej niż w życiu rodzinnym. One są wypracowywane w długim procesie wychowania, choć oczywiście pewne zdolności mogą być uwarunkowane genetycznie. Jedynak takich doświadczeń ma zdecydowanie mniej, stąd jego ewentualne późniejsze problemy.

Wszystko razem sprawia, że dzieci z dużych rodzin są bardziej empatyczne, chętniej pomagają innym, są też wrażliwsze na uczucia innych. I nie dlatego, że są zasadniczo lepsze od wszystkich pozostałych dzieci, ale dlatego, że jest im to potrzebne do przeżycia wśród licznego rodzeństwa.

To nie wszystko. Wychowanie się z rodzeństwem płci przeciwnej pomaga w nawiązywaniu kontaktów – i to bardziej trwałych – w życiu dorosłym. I znowu nie ma w tym nic zaskakującego. Nasze dzieci nie tylko od samego początku wiedzą, że różnią się od siebie fizycznie, ale też obserwują, jak odmiennie reagują na rozmaite sytuacje. Od początku spotykają się też z koleżankami i kolegami rodzeństwa, a w efekcie wiedzą, jak skutecznie „posługiwać się" mężczyzną czy kobietą. Wiedzą nie z  poradników typu „Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus", ale z wieloletniej praktyki, której nic nie zastąpi. Lepsze relacje z osobami płci przeciwnej wynikają także z tego, że chłopcy i dziewczynki, którzy mają siostry lub braci, doświadczyli już miłości (nieerotycznej, ale równie prawdziwej) z osobami płci przeciwnej w podobnym wieku i zawsze mogą zadać sobie pytanie: „Czy zrobiłbyś coś takiego siostrze?". Dla kogoś, kto siostry nie ma, takie pytanie nic nie znaczy.

(...)

Wielodzietność jest także jedyną metodą nie tyle na uratowanie systemu emerytalnego, ile zapewnienia sobie (jeśli dzieci odpowiednio się wychowa) w miarę bezpiecznej starości. Odwrócona piramida demograficzna sprawia, że tylko szaleńcy mogą wierzyć, iż państwo oraz ZUS będą im wypłacać godne emerytury. Choć w 2014 roku udało się zachować dodatni przyrost naturalny, nie ma się co oszukiwać – to nie wystarczy, by utrzymać istnienie obecnego systemu emerytalnego.

W najbliższych latach na emeryturę przejdą roczniki powojennego wyżu demograficznego. Ich miejsce zajmą młodzi z roczników niżu. Aby zrozumieć, jak poważna będzie to luka, wystarczy sobie uświadomić, że ludzie urodzeni w latach 40. i 50. XX w. wychowywali się zazwyczaj w rodzinach z trójką i więcej dzieci. Oni sami mieli najczęściej jedno, góra dwoje dzieci. I tak zostało. Rodzina 2+1 stanowi najczęstszy model we współczesnej Polsce. To zaś oznacza, że za niespełna 25 lat (czyli mniej więcej wtedy, gdy ja będę się wybierał na emeryturę) na 100 pracujących będzie przypadać 155 emerytów. Z każdym rokiem będzie gorzej. I dlatego trzeba jasno i zdecydowanie powiedzieć obecnemu młodemu pokoleniu – jeśli nie zdecydujecie się na dzieci, nie tylko nie będziecie mieć emerytur, ale nawet – co do garnka włożyć.

ZUS bowiem, nawet jeśli na moment zasypie się jego długi pieniędzmi przeksięgowanymi z OFE, prędzej czy później padnie. Sama metoda jego działania, czyli bismarckowska zasada, że dziś pracujący płacą na emerytury dzisiejszych emerytów, musi – w sytuacji pogłębiającego się kryzysu demograficznego i masowej emigracji – doprowadzić do krachu i bankructwa. Od tego nie ma ucieczki. OFE mogłoby być może lepszym rozwiązaniem, gdyby nie drobiazg. Otóż, nawet jego twórcy przyznają, że celem otwartych funduszy było transferowanie środków na rozwój gospodarki (a przy okazji – czego już nie przyznają – do kieszeni banków), lecz niekoniecznie troska o nasze emerytury. Transfer się udał, ale emerytur nie będzie (albo będą przez dziesięć lat, a potem choć wbij zęby w stół). To jest realny problem, którego nie rozwiąże się skokiem na kasę, zmianami sposobu księgowania ani nawet polityką pronatalistyczną. Tu może pomóc tylko naprawdę głębokie nawrócenie jednostek, które skutkować będzie przemianą życia społecznego.

Główną przyczyną tego kryzysu jest krótkowzroczne myślenie, skoncentrowane na szybkich i łatwych przyjemnościach, a także ograniczenie perspektywy życiowej do doczesności (bez wizji życia pozagrobowego, dla którego także warto się męczyć). Taki sposób postrzegania świata sprawił, że ludzie coraz częściej dochodzą do wniosku, iż zalety życia rodzinnego nie rekompensują związanych z nim trosk, problemów i wysiłku.

Skrajny indywidualizm sprawia także, że przestaje nas interesować nie tylko dobro społeczne, ale także ciągłość naszego rodu czy rodziny. A uznanie, że jedynym miejscem samorealizacji jest praca zawodowa, wyprowadza kobiety z domu i uniemożliwia tworzenie przestrzeni przyjaznej wielodzietności (która często wyklucza się z pracą).

(...)

Gdy czytam wpisy internetowe pod informacjami o rodzinach wielodzietnych, a nawet niektóre komentarze pod informacjami o tym, ile mam dzieci (a przecież przy piątce trudno mówić o wielodzietności), nie mogę wyjść ze zdumienia, ile nienawiści i bezinteresownej agresji rodzi fakt posiadania większej rodziny niż przeciętna. Internauci piszą o dzieciorobach, którzy nie potrafią się zabezpieczyć, o wyciąganiu ręki do państwa, plują na prawo i lewo. I choć internet ze swej natury jest agresywny, to – szczerze mówiąc – nie spotkałem się z takimi samymi opiniami (i dobrze) wobec ludzi z jednym dzieckiem czy bezdzietnych. Oni nienawiści nie budzą. Ta wrogość ma zatem inne źródła niż czysto internetowe. Dopóki jej nie przezwyciężymy, nie będziemy chcieli otworzyć się na prawdę o tym, że każde dziecko jest błogosławieństwem (o czym zresztą przypominał wielokrotnie Ojciec Święty Franciszek), dopóty będziemy skazani na porażkę. Europa i Polska nie przetrwają, jeśli nie będziemy mieć dzieci. A my sami, jeśli żyjemy w małżeństwie, nie spełnimy swojego powołania, gdy nie otworzymy się na życie i nie będziemy traktować potomstwa jako daru.

Ale ostatecznie to i tak nie my decydujemy, czy dzieci się poczynają i rodzą. Dlatego otwartość na życie może się dokonywać i dokonuje się także w tych małżeństwach, które są bezdzietne lub mają jedno czy dwoje dzieci. Istotne jest, byśmy z miłości do naszych dzieci i troski o naszą przyszłość potrafili budować cywilizację, w której rodzina z ósemką pociech będzie budziła podziw, a nie politowanie. Cywilizację, w której o kobiecie, która urodziła i wychowała tyle dzieci, będzie się mówiło jak o bohaterce. Jej zaangażowanie jest bowiem ważniejsze i istotniejsze niż praca premiera i ministrów tego czy innego rządu! Jeśli się tego nie nauczymy, nasza cywilizacja przegra, a my będziemy coraz bardziej nieszczęśliwi.

bjad/rzeczpospolita (CAŁOŚĆ DOSTEPNA TUTAJ)

Komentarze (30):

anonim2015.02.15 12:38
Z tego artykułu bije kult płodności a nie wizja katolickiego małżeństwa. Zamiast cytować ST o płodności i rozmnażaniu , niech Pan zacytuje to co dotyczy nas współczesnych katolików w tym temacie, wypowiedzi Magisterium Kościoła (które traktuje Pan niestety wybiórczo) czy np. tą wypowiedź Papieża Jana Pawła II z Castel Gandolfo w 1994 roku: "Myśl katolicka jest często rozumiana błędnie, tak jakby Kościół głosił ideologię maksymalnej płodności, nakłaniając małżonków do przekazywania życia bez rozeznania i jakiegokolwiek planu. Wystarczy jednak uważnie przeczytać wypowiedzi Magisterium, aby stwierdzić, że tak nie jest. W istocie, przekazując życie, rodzice realizują jeden z najważniejszych wymiarów swego powołania: są współpracownikami Boga. Właśnie dlatego zobowiązani są do przyjęcia postawy niezwykle odpowiedzialnej. W podejmowaniu decyzji o tym, czy przekazywać życie lub tego nie czynić, nie powinni ulegać egoizmowi, ani dać się ponieść lekkomyślności, lecz kierować się roztropnością i świadomą wielkodusznością, która potrafi ocenić możliwości i warunki i zadbać przede wszystkim o dobro mającego narodzić się dziecka. A zatem, gdy istnieje powód, aby nie przekazywać życia, wybór taki jest godziwy, a może nawet być obowiązujący" Dla mnie pozamiatane Panie Terlikowski. Ja mam nieodparte wrażenie, że niektóre rodziny wielodzietne wszędzie widzą atak na siebie i mają jakiś kompleks i potrzebę ciągłego udowadniania sobie i innym, że ich wybór jest dobry i słuszny. Przecież jeśli jestem pewna/pewien swojego wyboru, to mnie nie interesują opinie innych ani wpisy internetowe i nie będę pisać artykułów udowadniających wszystkim dookoła na jakiej podstawie podjęłam moją decyzję. Ja mam "tylko" dwoje dzieci ale ani nie atakuję rodzin wielodzietnych - ani też nie uważam jednocześnie by rodzina z piątką dzieci była bardziej wartościowa od rodziny z dwójką dzieci czy z 1 dzieckiem. Niech każde małzeństwo ma tyle dzieci ile jest w stanie utrzymać i prawidłowo wychować na mądrych ludzi. Każde małżeństwo ma swoją indywidualną drogę do Boga i doprawdy nieważne ile ma się dzieci, illość dzieci nie gwarantuje wejścia do nieba.Ponadto wiele rodzin chciałoby mieć trzecie czy czwarte dziecko ale sytuacja finansowa na to nie pozwala, taka jest prawda. Skoro już teraz rodzinie brakuje od 1-go do 1-go pieniędzy z wypłaty na utrzymanie przy dwójce czy trójce dzieci, to logiczne, że następnego dziecka nie będą płodzić, bo to czysta głupota i nieodpowiedzialność. Nie podoba mi się, że jak kogoś stać na 5 czy 7 dzieci to ta osoba mówi, że każdy może tak mieć i że inni są jakoby małoduszni i egoistyczni. To jest bardzo smutne i niesprawiedliwe, bo wiele rodzin chce mieć więcej dzieci ale ich finansowo nie stać i takie artykuły wyrządzają przykrość. Na szczęście to Bóg zna prawdę a z niesprawiedliwych osądów każdy zda rachunek przed Bogiem.
anonim2015.02.15 12:57
Ten człowiek cierpi na monomanię.
anonim2015.02.15 13:03
Zgadzam się do momentu gdzie jest opisane życie duchowe natomiast gdzie p. Terlikowski opisuje życie świeckie nie zgadzam się. Zupełnie coś innego zauważyłam w życiu rodzin wielodzietnych. Jeden przykład: Rodzina wielodzietna, niektóre dzieci po za domem, mieszkają na kocią łapę i ani myślą żyć tak jak mama i tata po Bożemu ale z antykoncepcją bo wiedzą co może ich czekać.Każde z nich ma problemy z zajściem w ciążę po ślubie. Minęło kilka dobrych lat dzieci ani widu a chcą bardzo. Opisuje tutaj rodzinę katolicką, która jest często w kościele. @agnieszka 10 Mam podobne zdanie.
anonim2015.02.15 13:12
Sumienie was gryzie, że tak bierzecie do siebie to co napisał Terlikowski. I po co te chamskie naskoki Krzysków i innych nienormatywnych. Nioe chcecie mieć dzieci, to nie, ale odwalcie się od bliźniego, co ma inne zdanie i zyje tak jak pisze. To wy cierpicie na nomomanię i na glupotę, a nie Terlikowski. Wasze głupie wpisy o tym świadczą aż nadto.
anonim2015.02.15 13:21
antolek +++
anonim2015.02.15 13:52
Nazywając Pana TT, "królikiem" przeciwnicy wielodzietnych rodzin weszli mu brutalnie do sypialni. To tak, jakbym powiedział że feministki to zimne su...i, bo nie chcą mieć dzieci i ich nienawidzą. Oczywiście tego nie powiedziałem.
anonim2015.02.15 14:12
Mamy piątkę dzieci. Wydaje mi się, że jest nam łatwiej je wychować niż niektórym małżeństwom z mniejszą liczbą dzieci. Oczywiście, trudniej jest wyjechać razem na wakacje w Polsce, o zagranicznych nie mówię, bo nas nie stać. Ale moje dzieci są poukładane, nierozpieszczone, bardzo dobrze się uczą i zachowują w szkole. Najstarsze dziecko ma najwyższą średnią ocen w gimnazjum, kolejne najwyższą średnią w klasie w szkole podstawowej. Chociaż nie jesteśmy bogaci, to przez roztropne zarządzanie pieniędzmi starcza na wszystko. Znam rodziny z mniejszą ilością dzieci, które mogłyby mieć ich więcej, ale nie chcą. Chociaż są bogaci, to jednak perspektywa trudu rodzicielskiego, u kobiety szczególnie lęk przed utratą ładnej sylwetki, urody, braku czasu na dbanie o siebie - powoduje, że nie chcą więcej.
anonim2015.02.15 14:42
@ABMS Tylko pogratulować. Dajecie radę i jesteście szczęśliwi. Pewnie p. Terlikowski też jest szczęśliwy ze swoją rodziną. A powiedz jedno. Czy ktoś z tych małych rodzin katolickich powiedział, że nie chce mieć więcej dzieci bo kasy nie starczy? Ja nigdy czegoś takiego od katolika nie słyszałam. Jak dla mnie to jest tak: Jesteś katolikiem nie chcesz mieć dużo dzieci bo są jakieś obawy to powstrzymać się przed seksem i problem z głowy.
anonim2015.02.15 14:53
Co tu robią trolle ateisci , innowiercy !Won na wybiórczą !
anonim2015.02.15 15:49
@olla Dobrze, że napisałaś "jak dla mnie". Kościół jednak wcale nie zaleca abstynencji seksualnej gdy postanawiamy na razie więcej dzieci nie płodzić. Można współżyć zawsze w bardzo pewnej czyli III fazie cyklu - skutecznośc jest 100%, że dziecko się nie pojawi a jednocześnie małżeństwo może okazywać sobie czułość i miłość przez seks. Poza tym pieszczoty seksualne to wchodzą w grę w każdej fazie cyklu nawet bez współżycia. Polecam O.Ksawery Knotz "Seks jakiego nie znacie". Jeśli chce się żyć w abstynencji, to po co w ogóle brać ślub i męczyć męża swoją osobą. Lepszy klasztor.
anonim2015.02.15 15:52
@ABMS Gratuluję! I trochę zazdroszczę, nam przy 2 dzieci nie starcza od wypłaty do wypłaty, na wakacje w Polsce naet nas nie stać :-(
anonim2015.02.15 15:57
Sensowny artykuł. Pokazuje konsekwencje egoizmu i konsumpcjonizmu: najpierw rezygnację z posiadania potomstwa, która prowadzi do załamania systemu emerytalnego. Jednak Autor nie zauważył chyba, ze rezygnacja z posiadania potomstwa stała sie mozliwa dopiero dzięki powstaniu państwowych systemów emerytalnych. Wcześniej godna starość zalezała wyłącznie od posiadania potomstwa i tegoż potomstwa DOBREGO WYCHOWANIA. A wiec NAJPIERW państwo przyjęło na siebie funkcje opiekuńcze, wyręczając rodzinę - i dopiero wtedy rozsypywać się zaczęła sama rodzina, skutkiem czego będzie również "rozsypanie się" państwa opiekuńczego. Jeśli chodzi o Polskę, to sytuacja jest jeszcze trochę inna. Polacy nadal są narodem ceniącym rodzinę. Problemem jest brak pracy dla młodych ludzi. Polska matka, rodząc kolejne dziecko liczy się z tym, ze nie znajdzie ono w tym kraju przyszłosci. A nie znajdzie jej z powodu ZBYT WYSOKICH SKŁADEK ZUS. Jest to rodzaj WYSOKIEGO PODATKU NAŁOZONEGO NA PRACĘ - zupełnie, jakby była ona luksusowym towarem, a nie biologiczną koniecznością słuzącą utrzymaniu się przy życiu! To ZUS jest w Polsce główną przyczyną bezrobocia. Jakże ma zarobić na własne minimum socjalne małomiasteczkowy sklepikarz czy fryzjerka lub krawcowa, skoro państwo miesiąc w miesiąc wyciąga od niej kwotę przekraczającą wysokość minimum socjalnego??? Ma na tę comiesięczną składkę się zapożyczać??? A potem komornik i odsetki? Więc rezygnuje z takiego zajęcia i ... idzie na zasiłek, obarczajac kosztami swego utrzymania inną małomiasteczkowa krawcową, której składka na ZUS będzie musiała ulec automatycznie zwiększeniu. A kiedy obcia\zenie się zwiększy, to ta kolejna krawcowa tez przejdzie na zasiłek, pociagając W TEN SAM SPOSÓB za sobą następne. Zrozumcie, ludzie, ze tak wysokie składki ZUS działaja na polską gospodarkę jak spirala śmierci! Tymczasem co robią związki zawodowe??? Związki zawodowe domagają się... dalszej ekspansji "ozusowania". To jest działanie na szkodę całego państwa, to jest działanie niszczące polską gospodarkę, to jest działanie powodujące ucieczkę z kraji setek tysięcy młodych ludzi, którzy prawdopodobnie zostaną za granicą wynarodowieni! To tak, jakbyśmy w wyniku wojny utracili bezpowrotnie setki tysięcy młodych Polaków" Tragedia narodowa, do której walnie przyczyniają się związki zawodowe! Kto za tym wszystkim stoi???
anonim2015.02.15 16:09
ABMS - życzę Ci aby Twoje dzieci były mądre i inteligentne, a nie żeby miały wysokie średnie w szkole... Jedno z drugim nie ma nic wspólnego! Pozdrawiam.
anonim2015.02.15 16:46
"a przecież przy piątce trudno mówić o wielodzietności" :) Skoro przy piątce dzieci nie można mówić o wielodzietności, to może nie należy im się Karta Dużej Rodziny? A tak poważnie, ilość dzieci to indywidualna sprawa każdej pary. Wszystko ok. dopóki, tak jak Terlikowski, nie zaczynają wręcz żądać od Państwa wsparcia.
anonim2015.02.15 17:48
@agnieszka10 Nie znaczy aby wcale nie współżyć ale jeśli najważniejsza jest chuć to później jest jak jest. Musi być porozumienie obu stron bo jeśli go nie ma to na pewno jest problem. Całkowita abstynencja jak dla kogo ale lepsze to niż antykoncepcja. Wyrzeczenia Bogu się podobają.
anonim2015.02.15 18:55
@izazdo Rzeczywiście trudna sprawa. Nie wiem już co o tym myśleć. Ja akurat tego problemu nie mam bo mogę stosować antykoncepcję. Takie leczenie. Kościół się zgodził. Ogólnie to myślę, że tak jak wcześniej pisałam każde dziecko trzeba przyjąć z radością, starać się zachowywać jakąś abstynencję a co będzie to będzie. Panu Bogu chyba tak będzie się podobać.
anonim2015.02.15 21:07
@izazdo Feruję wyroki i pogardliwie mówię o czyjejś chuci a mnie to nie dotyczy? Czyżby? To nie tak. Mam dwoje dzieci i wiem, że więcej mieć nie będę. Dotyczyło mnie to wszystko o czym mowa a więc sprawa nie jest mi obca i dlatego się wypowiadam. Nie stosuję takiej antykoncepcji o jakiej piszesz ale dużo lepszą. Nie wiem czy Mirena coś Ci mówi. To jest to. Jak dla mnie rewelacja. Tak więc nikt mnie o niczym informować nie musiał. Żadnego problemu. Można powiedzieć szczęście w nieszczęściu.
anonim2015.02.15 21:17
Olla MIRENA????SORRY NIE MAM PYTAŃ. jednak Iza ma rację.
anonim2015.02.15 21:22
@Matka-Polka A co masz do Mireny w moim przypadku? Przecież nic o mnie nie wiesz, o moim przypadku a tak się wystraszyłaś? Dziwne.
anonim2015.02.15 21:36
Olu, nie rozwinę myśli ze względu na to byś nie miała kłopotów i by Cię nie wzburzyć. Temat antykoncepcji w formie leczniczej nie jest mi obcy.
anonim2015.02.15 21:39
No to Iza zrobiła to za mnie....
anonim2015.02.15 22:02
@Izazdo @Matka -Polka Oceniacie mnie nic o mnie nie wiedząc. Jesteście mądrzejsze od księży, którzy pozwalają na Mirenę. Pytałam nie jednego księdza bo aż trudno było mi uwierzyć, że mogę ją mieć. Dla mnie to jest po prostu lekarstwo. Nie był to żaden ksiądz przy spowiedzi, któremu coś tam bąknęłam o problemie ale księża w parafii, którzy kontaktowali się nawet z księżmi profesorami z UMK aby nie pomylić się. Niedawno na ten temat rozmawiałam z księdzem egzorcystą, który oczywiście rozumie temat i mówi, że może tak być. Nie ma problemu. Nie chcę tutaj opisywać dlaczego muszę ją mieć ale naprawdę dziwię się Waszemu podejściu. Katoliczki widzące tylko własny czubek nosa. No bo przecież jak to możliwe aby ktoś mógł stosować Mirenę, takie niby zło. A tu okazuje się nieprawda. Można leczyć antykoncepcją i tak jak ja Mireną też. A tak żeby trochę się pośmiać i zawstydzić to zapytam się Was. Skąd wiecie ile mam lat? A może 70 ? i co mogę zajść w ciążę, nie mogę stosować antykoncepcji? (co do wieku żartuję) ale chciałam Wam pokazać, że tak też by mogło być a Wy napadacie na mnie. Wstyd.
anonim2015.02.15 22:03
Dziękuję Wszystkim, którzy nam gratulują. Właściwie wysokie wyniki w nauce to raczej owoc wytrwałej pokornej pracy przy dzieciach, poświęcenia pracy zawodowej żony dla dzieci, przez wiele lat niedospane noce, pełne trudu dni. Udało nam się nauczyć dzieci wytrwałości, dokładności i sumienności w nauce. Rzeczywiście ważna jest nauka mądrości, wydaje mi się, że mądrość przychodzi, gdy człowiek z pokorą podejmuje codzienny trud i obowiązek, i gdy boi się Boga (w znaczeniu jakie podaje Pismo Święte).
anonim2015.02.15 22:36
@olla @izazdo Tak, musi być porozumienie w sprawie NPR męża i żony. Jeśli para naprawdę nie chce dzieci, to zostaje tylko III faza i u nas to się sprawdza w kwestii odkładania poczęcia ( w I fazie nie ryzykujemy). Przyznam, że to trochę za rzadko na seks i nie unikamy się cieleśnie w I fazie ale nie współżyjemy wtedy (nawet mąż pilnuje aby nie doszło do współżycia, bo warunki ekonomiczne mamy kiepskie). @izazdo NPR po porodzie jest dla mnie niewykonalny, my po każdym dziecku używaliśmy prezerwatyw dopóki nie wróciły mi normalne cykle, ryzyko było zbyt duże, pewnie dlatego Twoja siostra "wpadła". Z prezerwatyw się spowiadałam ale z czystego rozsądku (bo wyrzutów sumienia nie miałam a stosowaliśmy tylko w czasie poporodowym).
anonim2015.02.15 22:54
Przestańcie już ciągle tłumaczyć/interpretować słowa papieża. Już mam dość!!! Powiedział. Po raz kolejny palnął. I on, a także większość księży ma to w nosie. A to taki jak ja, który znany jest środowisku jako katolik musi się wstydzić. Dawniej jeszcze mogłem tłumaczyć. Umiem, potrafię. Teraz jednak mogę się tylko wstydzić. I mam tego powyżej dziurek od nosa.
anonim2015.02.16 8:50
@Hugo Papież nikogo nie obraził, przypomniał tylko aby przestrzegać Encykliki HV, rozumnie planować dzieci, to wszystko. Nie wiem czemu niektórzy wielodzietni wzięli to do siebie i poczuli się obrażeni. Przecież większą ilość dzieci też można mieć odpowiedzialnie, jeśli ktoś chce i ma warunki to czemu nie. O co więc chodzi w tym obrażaniu się wielodzietnych? Ja też mam dzieci i obrażona się nie czuję. Wiadomo przecież, że trzeba patrzeć na finanse, warunki mieszkaniowe, dobro dzieci już urodzonych, zdrowie itd. - ale o tym wszystkim mówiła już Encyklika, Papież tylko przypomniał.
anonim2015.02.16 17:09
@izazdo Ja mówię tutaj tylko o moim przypadku.Ja wiem, że Mirenę mogę stosować i powinnam. Miałam już krwotoki, pobyty przez to w szpitalu i albo Mirena albo usunięcie macicy. Żadnego nowotworu nie było. Mam wierzącą p ginekolog ale i tak nie chciałam jej słuchać dopiero po dosyć długim czasie postanowiłam porozmawiać z księdzem. Dalej wiesz już jak było, pisałam. Nie może być aby kobieta na podstawie tego co napisałam stosowała Mirenę bo ja mogę to ona też. Inne tabletki na mnie nie działały.
anonim2015.02.17 15:58
Redaktorze miej zero dzieci, miej ósemkę, żyj jak chcesz, nikt Ci tego nie zabrania. A teraz skup się bo będzie część najtrudniejsza: ... i pozwól innym żyć jak chcą. Tak genialnie proste rozwiązanie a tak trudne do zaakceptowania. Dlaczego?
anonim2015.02.18 1:29
Albo cyniczna manipulacja ze strony Agnieszki10 i Olla'i, albo nie umiejętnośc czytania ze zrozumieniem. Względnie, czytanie wybiórcze. Spróbuję wyjaśnić. Papież powiedział "coś". Tp "coś" nieszczególnie mi się spodobało, ale nie wypowiadałem się tu na ten temat do wczoraj - czyli kilka tygodni. Trzymałem dla siebie swoje zdanie cały czas.. Niemniej w międzyczasie wysłuchiwałem komentarzy na temat wypowiedzi papieża. Ludzi wierzących oraz w w ogromnej mierze niewierzących. Niestety zbieżne te opinie wytrącały mi w ogóle wszelki oręż, by bronić papieża. Przełknąłem wstyd. Bo to nie było zdanie kontrowersyjne dla świata. To było zdanie miłe światu, kontrowersyjne dla wierzącego, jakim mienię się ja, wobec ludzi wobec których ja świadczyłem o wierze. I nie jest to pierwszy wybryk Fanciszka I. I obawiam się, że nie jest to przypadek. I obraz synodu również nie jest przypadkiem. Także próby i usiłowania nie są przypadkiem. Bez poparcia Franciszka I byłoby to chyba niemożliwe. I powtórzę dla pewności - nie odezwałem się przecież na słowa papieża - ani tu, ani gdzie indziej.Moje zniecierpliwienie to już reakcja na reakcję na słowa papieża.
anonim2015.02.18 8:38
@Hugo "...Moje zniecierpliwienie to już reakcja na reakcję na słowa papieża..." ----------------------------------------------------------------------------------------------------------- Czyli denerwuje Cię reakcja ludzi na słowa Papieża, tak? W jakim sensie? Ja dotąd w swoim otoczeniu nie spotkałam się z kontrowersyjnymi reakcjami, raczej w ogóle nikt nie rozmawia o tym, to tylko w internecie taka burza jest, może więc tylko niektórzy zupełnie niepotrzebnie coś wyolbrzymiają? Poza tym poszło tylko i wyłącznie słowo "kóliki". Gdyby Papież powiedział "nie rozmnażajcie się nieodpowiedzialnie, bez planu, bez rozeznawania swoich warunków ekonomicznych, mieszkaniowych, zdrowotnych" - czy brzmiałoby to dla Ciebie inaczej? Bo dla mnie znaczenie jest identyczne. Przecież jak kogoś stać, to niech ma i 10 dzieci, to jest jego sprawa i tylko jego i jego małżonki.