Mikrochimeryzm oznacza, że komórki urodzonego dziecka trwają w ciele kobiety „czasami przez resztę życia matki” – dziesięciolecia po zakończeniu ciąży. W czasie trwania ciąży natomiast komórki są przekazywane między matką a dzieckiem przez łożysko. Badania wykazują także, że „komórki pochodzące z jednej ciąży mogą czasami być przekazane przez matkę dziecku poczętemu lata później. Młodszy brat albo młodsza siostra może nosić w sobie komórki rodzeństwa, którego nigdy nie spotkali”.
Oznacza to także, że takie zjawisko może wystąpić również w przypadku nienarodzonego dziecka zabitego w wyniku aborcji. Choć nie każda aborcja kończy się pozostawieniem takiej „komórkowej spuścizny” – zauważa Dur – to jednak istnieje możliwość, że zarówno kobieta, jak i kolejne jej dzieci, jeśli je urodzi, będą nosić latami w sobie ślad tego dziecka.
Autor uważa, że dla matki, która cierpi z powodu poronienia lub urodzenia martwego dziecka, świadomość mikrochimeryzmu może być w jakiś sposób pocieszająca – oto cząstka dziecka, którego nie mogła nawet przytulić, wciąż jest w niej obecna. Nie rekompensuje to tragedii, jaką jest ta strata, ale „śmierć być może nie wymazała każdego fizycznego śladu więzi między matką a dzieckiem”.
W przypadku kobiet, które jednak świadomie decydują się na aborcję, „obecność komórek dziecka w ciele matki nie unieważnia braku dziecka w jej ramionach”, ani nie zmienia okoliczności, nie rekompensuje jego utraty, gdy matka poczuje wyrzuty sumienia. „Czasami ciało pamięta to, o czym umysł raczej wolałby zapomnieć” – pisze Dur. Jednej matce świadomość mikrochimeryzmu może przynieść pociechę, innej ból i żal. „Biologia nie rozróżnia między dzieckiem, które było chciane, a tym, które nie było. Pomiędzy życiem opłakiwanym a celowo zakończonym. Te same komórki. To samo biologiczne zjawisko. Dwie różne historie” – konkluduje autor, który jest szefem Prolife Alberta i konsultantem politycznym.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.