Brytyjski aktor, znany nie tylko z ról komediowych, ale i zaangażowania w obronę wolności wypowiedzi, wskazywał, że zmiany prawne ograniczające penalizację „obraźliwych” wypowiedzi są tylko początkiem szerszego procesu. „Uchylenie tego jednego słowa w tym jednym przepisie będzie tylko małym krokiem, ale – mam nadzieję – krokiem krytycznym w tym, co powinno być długoterminowym projektem zatrzymania i powolnego cofania pełzającej kultury cenzurowania” – mówił Atkinson. Jak dodawał, „to jest małe starcie w bitwie (…) o poradzenie sobie z tym, co sir Salman Rushdie nazywa ‘przemysłem oburzenia’”.
Zdaniem aktora problem nie sprowadza się do pojedynczych wypowiedzi, lecz do mechanizmu, w którym presja medialna wymusza reakcje organów państwa. „Gazeta dzwoni do Scotland Yardu. Ktoś powiedział na Twitterze coś trochę obraźliwego (…) Co zamierzacie z tym zrobić?” – opisywał. W jego ocenie takie sytuacje prowadzą do panicznych decyzji i nadużywania przepisów, w tym artykułu 5 brytyjskiej ustawy o porządku publicznym, który – jak podkreślał – pozwala „aresztować każdego za powiedzenie czegokolwiek, co mogłoby być przez kogokolwiek uznane za znieważające”.
Atkinson zwraca uwagę na szczególnie niebezpieczny aspekt tego zjawiska: oderwanie reakcji państwa od realnej krzywdy. „Nie wydaje się, żeby potrzebowali prawdziwej ofiary; wystarczy im tylko osąd, że ktoś mógłby poczuć się urażony” – zauważył, wskazując na „najbardziej absurdalny możliwy zakres uznaniowości”.
W szerszym ujęciu jego diagnoza dotyka problemu selektywnej ochrony w debacie publicznej. Mechanizm „przemysłu oburzenia” – jak wskazują także komentatorzy i organizacje zajmujące się wolnością słowa, w tym The Christian Institute – prowadzi do sytuacji, w której reakcje instytucji są silniejsze tam, gdzie pojawia się presja medialna, a słabsze tam, gdzie brakuje rozgłosu.
Spór, który opisuje Atkinson, nie dotyczy wyłącznie granic dopuszczalnej krytyki, lecz także tego, jak państwo definiuje swoją rolę: czy ma chronić obywateli przed realną przemocą słowną i nękaniem, czy również przed subiektywnym poczuciem urażenia. W tej perspektywie pytanie o wolność słowa staje się pytaniem o równowagę między ochroną godności a zachowaniem przestrzeni dla ostrej, nawet niewygodnej debaty.
Z polskiej perspektywy widać tę patologię szczególnie wyraźnie. Gdy na celowniku opinii publicznej znajdują się celebryci stosujący moralnie wątpliwe, emocjonalnie „wyciskane” chwyty - jak w debatach wokół Jerzego Owsiaka i sposobu budowania wokół niego narracji - oburzenie bywa błyskawicznie piętnowane jako „nienawiść” czy „polowanie na ikonę”. Jednocześnie znacznie słabszą ochroną, również tą symboliczną, cieszą się autorytety urzędowe: prezydent państwa, jeśli nie należy do „właściwej” bańki, bywa traktowany jako obiekt dowolnego, często brutalnego wyszydzania.
Podobnie jest z pewnymi kategoriami sędziów czy postaci lewicowo-liberalnego świata - bywają otaczane swoistą „kastową” tarczą medialno-instytucjonalną, podczas gdy inni urzędnicy czy politycy zostają symbolicznie wyłączeni z kręgu tych, którym należy się choć minimalny szacunek.
To dokładnie ta sama logika selektywnego oburzenia, o której mówi Atkinson: nie chodzi już o równe standardy ochrony godności czy debaty, ale o to, kto jest uznany za „naszego”, a kogo wolno bez konsekwencji publicznie rozszarpać, bo nie ma dostępu do tego samego medialno-instytucjonalnego parasola.
