Powody ataku Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran są bez cienia wątpliwości bardzo złożone, co tylko podkreśla fakt, że Amerykanie nie określili publiczni żadnych konkretnych celów całej operacji – te zmieniają się nieledwie z dnia na dzień. Waszyngtonowi daje to elastyczność, ale zarazem pozwala pozostawić w cieniu dość specyficzny problem – heretycką (sic) ideologię chrześcijańskiego syjonizmu.
Zaznaczam, że nie piszę tego, by solidaryzować się z Iranem. Islamistyczny reżim ajatollahów, który nie pozwalał na swobodne głoszenie Ewangelii, jest w mojej optyce po prostu wrogi. Z perspektywy katolickiej państwo, które zabrania nawracać na wiarę w Chrystusa, bluźni Bogu. Dlatego przywódcy Iranu nie są i nie mogą być w sensie kulturowym ani religijnym przyjaciółmi katolików – to po prostu wykluczone.
Oceniając fenomen wojny warto jednak patrzeć głębiej, niż tylko na interesy ekonomiczne czy geopolityczne. Wojny mają też swoje ideologie – i tak jest również tym dziś.
Najlepszym jej zobrazowaniem jest przytoczenie wypowiedzi obecnego ambasadora USA w Izraelu, Mike’a Huckabee’go. Huckabee od lat jest głęboko zaangażowany w politykę Partii Republikańskiej, chciał nawet dwukrotnie kandydować na prezydenta. Zanim zajął się polityką, angażował się przede wszystkim religijnie we wspólnocie baptystów. W latach 1989-1991 kierował nawet Stanowym Konwentem Baptystów w Arkansas. Baptyści mają bardzo szczególne postrzeganie kościoła – w ich ocenie wiara jest przede wszystkim duchowym, osobistym fenomenem, opartym przede wszystkim na chrzcie i Biblii. Z tej przyczyny baptystom brakuje jakiegoś konkretnego, niezmiennego podmiotu wiary, organizacji religijnej, z którą mogliby czuć się silnie związani. Nie ma mowy o czymś takim, jak Kościół katolicki z papieżem; struktura wspólnot baptystów jest luźniejsza niż w przypadku „klasycznych” protestantów, jak luteranie. To czyni ich szczególnie podatnymi na herezję chrześcijańskiego syjonizmu.
Chodzi o przekonanie o wyjątkowej roli zbawczej państwa Izrael. To właśnie współczesne państwo izraelskie miałoby być nośnikiem Bożych obietnic. Są gotowi wspierać Izraela bez względu na wszystko, bo głęboko wierzą – o ile są w swojej wierze szczerzy – że sam Pan Bóg domaga się takiego wsparcia. Chrześcijańscy syjoniści wierzą, że Izrael musi osiągnąć wielką potęgę polityczną i wdać się w brutalną konfrontację ze światem islamu, zwłaszcza poprzez budowę Trzeciej Świątyni na Wzgórzu Jerozolimskim. To miałoby przyspieszyć powrót Jezusa Chrystusa na ziemię, który chrześcijańscy syjoniści rozumieją bardzo docześnie. Wyznają koncepcję tak zwanego „historycznego eschatonu” – czyli ziszczenia się Królowania Pana Jezusa jeszcze na ziemi, zgodnie z metaforycznymi słowami Apokalipsy, która mówi o tysiącletnim panowaniu Chrystusa.
Wśród chrześcijańskich syjonistów baptyści odgrywają bardzo ważną rolę – i Mike Huckabee jest tego doskonałym przykładem. W drugiej połowie lutego ambasador USA w Izraelu udzielił obszernego wywiadu znanemu dziennikarzowi, Tuckerowi Carlsonowi. Wygłosił tam wielki pean na cześć Izraela. Sugerował, że Izrael mógłby przejąć kontrolę polityczną praktycznie nad całym Bliskim Wschodem!
Kiedy Carlson zaczął wymieniać takie regionu jak Syria, Jordania, Liban, Huckabee odparł: „Nie wiem, czy poszedłbym tak daleko, ale to [mógłby być] duży kawał terenu” - stwierdził. Zapytany przez dziennikarza, czy jego zdaniem Izrael ma biblijne prawo do całego Bliskiego Wschodu, Huckabee odparł dosłownie: „Byłoby w porządku, gdyby zajęli to wszystko”.
Innymi słowy, ambasador USA w Izraelu, wychodząc ze swoich baptystycznych, chrześcijańsko-syjonistycznych poglądów, uważa, że Izrael mógłby zająć Bliski Wschód. To oznaczałoby de facto likwidację istnienia szeregu państw, ale jak widać nie jest to dla niego żaden problem. Huckabee uzasadnia wszystko „prawem Izraela” do ziemi, którą Pan Bóg obiecał Abrahamowi.
Nowy Testament nie daje oczywiście do tego żadnej podstawy. Jezus Chrystus nie głosił militarnych podbojów Izraela – to po prostu zwykła ideologia, herezja, błędne odczytanie Pisma Świętego. Nic dziwnego. W końcu protestantyzm – w tym baptyzm – opiera się na indywidualnej lekturze Pisma Świętego. Bez Urzędu Nauczycielskiego Kościoła taka lektura może łatwo przeradzać się w kompletną dowolność. Protestant bierze jakiś fragment i interpretuje go tak, jak mu się wydaje – a jego mniemaniami rządzą mody, polityczne wpływy, aktualne wyobrażenia. Chrześcijański syjonizm jest przykładem właśnie takiego zjawiska: na lekturę Pisma Świętego zaczęła wpływać polityka. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta fałszywa ideologia zaczyna współkształtować politykę – tak, jak dzieje się to dzisiaj.
Nie wiem, czy bez chrześcijańskich syjonistów wybuchłaby wojna z Iranem. Być może do ataku i tak by doszło, bo USA mogły kierować się zupełnie inną kalkulacją niż religijne wyobrażenia części protestantów.
Nie ma jednak wątpliwości, że bez chrześcijańskiego syjonizmu uzasadnienie tej wojny byłoby dużo trudniejsze, a poparcie dla niej w USA – znacznie mniejsze.
My musimy pilnować, żeby błędami, które szerzą protestanci, nie dał się zainfekować katolicyzm.
Niestety, patrząc na niektórych teologów działających w Polsce, którzy wysławiają judaizm jako jakąś równoległą drogę do zbawienia, jest już za późno – błędy już tu są.
