Czarnecki: Zgiełk Tel-Awiwu, cisza Nazaretu
Z izraelskich posterunków na granicy z Libanem jadę drogą między miejscowościami Zefhat a Ushalav. Po lewej jeszcze miasto ha-Sharon. Wreszcie Nahariya, gdy wchodzę do Galilee Medical Center położonego 10 kilometrów od granicy Izraela z Libanem, przypominam sobie toczącą się w Tel-Avivie i Jerozolimie dyskusję, że czasem rosyjski powinien stać się oficjalnym językiem państwa Izrael. Tutaj w miejscowym szpitalu witają napisy w trzech językach: hebrajskim, arabskim i właśnie rosyjskim. Cóż, 70 lat temu po wiekach nieobecności odradzała się izraelska państwowość, bardzo poważnie dyskutowano czy drugim językiem Knesetu nie powinien być polski: olbrzymia część aktywnych politycznie ojców żydowskiego państwa wywodziła się z Ziem Rzeczpospolitej. W samym szpitalu napisy są po hebrajsku, czasem po angielsku (chyba dla gości oficjalnych) i arabsku, ale już informacja, że... nie wolno palić jest w języku Puszkina i Putina („Nie nada kurit”, czy coś w tym rodzaju). Za złamanie przepisu grozi kara