Załęcki: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego - zdjęcie
23.02.17, 14:55Fot. Youtube

Załęcki: Nie potrzebujemy społeczeństwa obywatelskiego

Istnieje krytyczna wobec organizacji pozarządowych narracja, głosząca, iż trzeci sektor to sposób na rozmontowanie państwa opiekuńczego i delegowanie jego zadań poza instytucje publiczne. W przeszłości państwo dysponowało znacznie większymi środkami na realizację zadań, które dziś zostały „przekazane” trzeciemu sektorowi.

Społeczeństwo obywatelskie nie jest nam potrzebne, jest to idea zwodnicza i szkodliwa, wypaczająca nasze rozumienie rzeczywistości społecznej. Raczej powinniśmy dążyć do rozwoju dojrzałego, aktywnego, wykształconego społeczeństwa politycznego, świadomego swych interesów oraz możliwości i sposobów ich osiągnięcia. Z dr. Pawłem Stefanem Załęskim, autorem pracy Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie rozmawiają Karolina Olejak i Piotr Trudnowski z portalu jagiellonski24.pl

Co konkretnie chce rozwijać rząd, powołując do życia Narodowe Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego?

Rozwój jest tutaj drugorzędny. Według mnie dotyczy to wyłącznie kwestii uporządkowania wydatków publicznych. To, że akurat sektor organizacji pozarządowych wydał się pod względem finansowym na tyle chaotyczny, że należy coś z tym zrobić, to raczej przypadek. To konsekwencja ogólnej polityki rządu, zmierzającej do uporządkowania finansów publicznych, które zostały mocno nadwyrężone przez poprzednie ekipy rządzące.

Czyli nie chodzi o rozwój społeczeństwa obywatelskiego, tylko o posunięcie  administracyjno-porządkowe?

Tak mi się wydaje, ponieważ projekt rządowy nie reguluje kwestii innych niż państwowe źródła finansowania organizacji pozarządowych. Podmioty w dalszym ciągu będą mogły być finansowane przez osoby prywatne, korporacje, zagraniczne rządy. Wszystkie granty, które dostajemy z Unii Europejskiej, Norwegii, Szwajcarii, nie wchodzą w zakres kompetencji powoływanego Narodowego Centrum.

Wypowiedzi ministra Glińskiego oraz uzasadnienie projektu ustawy mówią o kierunkowym wsparciu przez państwo aktywności obywatelskiej, odnoszącej się do sfery politycznej, np. działalności watchdogów.

Odsetek organizacji, które zajmują się działaniami adwokackimi, lobbystycznymi czy nadzorczymi jest niezwykle niski. Ich praktyczna funkcja sprowadza się do dostarczania informacji politykom. Ale realny wpływ na decyzje polityczne jest minimalny, zwłaszcza w porównaniu z korporacyjnym lobbingiem.

Jednocześnie o samych pomysłach rządu dyskutują głównie think-tanki czy watchdogi, podnosząc zarzuty o niszczeniu i upolitycznianiu społeczeństwa obywatelskiego. Czy takie ujęcie sprawy jest uzasadnione?

Powiedziałbym, że upolitycznianie społeczeństwa obywatelskiego to raczej pozytywne zjawisko. Podstawowym problemem polskiego społeczeństwa obywatelskiego jest bowiem jego programowa depolityzacja. Po 1989 roku apolityczność została wpisana jako jedna z cech kardynalnych rodzącego się sektora NGO, stała się fundamentem ideologii trzeciego sektora. Tymczasem w literaturze poświęconej zjawisku tzw. NGO-izacji mocno podkreśla się pacyfikującą rolę państwowych grantów, które tłumią w działalności organizacji jej potencjalne polityczne cele, stopniowo i niezauważenie uzależniają podmioty od polityki państwa. Odcięcie organizacji od publicznego, demoralizującego finansowania może więc zadziałać jako ozdrowieńczy wstrząs, który sprawi, że zwrócą się one w stronę obywatelskich form finansowania własnej działalności i politycznej aktywności.

Państwo rozleniwia także intelektualnie i koncepcyjnie. W końcu wystarczy tylko dopasować się do kryteriów grantowych – diagnozę problemów i propozycje rozwiązań podsuną nam pod nos urzędnicy.  

To prawda. Jednak główną negatywną konsekwencją przekształcenia organizacji w pełnoetatowy „państwowy NGO” jest jej odcięcie od obywateli i ich perspektywy. Społeczeństwo obywatelskie staje się nieobywatelskie, elitarne, paternalistyczne.

Z Twojej pracy Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie można wyprowadzić radykalny wniosek: w Polsce nie ma dziś właściwego społeczeństwa obywatelskiego – tego zwróconego w stronę społeczeństwa, nie państwa.

Społeczeństwo obywatelskie istnieje dziś jako ideologia NGO-izacji – dyskurs, mitologizujący i idealizujący organizacje pozarządowe. Samo pojęcie „społeczeństwa obywatelskiego” w obecnym znaczeniu pojawiło się na  Zachodzie pod koniec lat 70., czyli przed powstaniem „Solidarności” i tylko w wąskim środowisku akademickim. Związkowcy z „Solidarności” odwoływali się do koncepcji samorządnej Rzeczypospolitej, a nie społeczeństwa obywatelskiego. W debacie publicznej zagościło ono dopiero po przełomie 1989 roku – i to na skalę globalną.

Mit numer jeden łączy NGO-sy z demokratyzacją. To nieprawda – sektor pozarządowy nigdy nie był odpowiedzialny za wywalczenie demokracji, jej rozwój, czy obronę. To był zawsze efekt procesów politycznych, m.in. masowych ruchów politycznych. Same organizacje nie są ciałami demokratycznymi. Mit numer dwa: organizacje pozarządowe zajmują się pomocą biednym. Tymczasem badania wskazują, że dotyczy to niewielkiego odsetka trzeciego sektora. Mit numer trzeci, odnoszący się już stricte do polskich korzeni NGO: organizacje w Polsce wywodzą się z ruchu „Solidarności”. W krajach postkomunistycznych ponad 40% to organizacje sportowe, co było związane z procesami uwłaszczenia komunistycznej nomenklatury. I to one powinny znaleźć się przede wszystkim na celowniku NCRSO.

Na czym polegała więc różnica pomiędzy wizją „Samorządnej Rzeczpospolitej”, „Solidarności” a społeczeństwem obywatelskim z lat 90.? I czym w modelowym ujęciu powinno być społeczeństwo obywatelskie?

Na polityczności „Solidarności”. Jej projekt polegał na organizacji równoległego społeczeństwa czy wręcz państwa, alternatywnego wobec oficjalnych struktur komunistycznych: przede wszystkim na poziomie zakładów pracy, czyli samorządu, rad pracowniczych, poprzez szczebel lokalnej administracji, po poziom regionalny, wojewódzki.  Było to w gruncie rzeczy powtórzenie idei dziewiętnastowiecznych ruchów robotniczych, które stawiały sobie za cel stworzenie niezależnej sfery produkcyjności robotniczej na przykład przez rozwój spółdzielczości.

W gruncie rzeczy społeczeństwo obywatelskie nie jest nam potrzebne, jest to idea zwodnicza i szkodliwa, wypaczająca nasze rozumienie rzeczywistości społecznej. Raczej powinniśmy dążyć do rozwoju dojrzałego, aktywnego, wykształconego społeczeństwa politycznego, świadomego swych interesów oraz możliwości i sposobów ich osiągnięcia. Społeczeństwo polityczne jest ofiarą dyskursu o społeczeństwie obywatelskim.

Spółdzielczość jest dobrym przykładem, który pozwala przejść do kolejnego problemu językowego, czyli „trzeciego sektora”. Kiedy to pojęcie się pojawiło i co właściwie miało znaczyć? Podstawowa definicja wygląda tak: mamy państwo, rynek i coś jeszcze. Czym jest to ,,coś jeszcze” w języku osób, które uważają się za „trzeci sektor” i oceniają go pozytywnie, a czym jest według Ciebie w praktyce?

Moje badania zaczęły się od tego, że trafiłem na to, w jaki sposób na Zachodzie, jeszcze w latach 70, opisywano dość niespodziewany i gwałtowny rozwój organizacji pozarządowych, czy jak w USA zwykło się je nazywać, organizacji non-profit. Pojawiały się dwie interpretacje. Pierwsza, oficjalna i dominująca, pokazywała, że chodzi tu o niezależną inicjatywę obywatelską i uniezależnienie się od państwa. Druga, krytyczna wobec organizacji pozarządowych, głosiła, iż trzeci sektor to sposób na rozmontowanie państwa opiekuńczego i delegowanie jego zadań poza instytucje publiczne. Ten proces demontażu państwamiał miejsce na Zachodzie od lat 70. W Polsce i innych krajach postsowieckich pojawił się dwie dekady później. W tym kontekście podstawowym zadaniem trzeciego sektora stało się zastępowanie czy też wyręczanie państwa w zadaniach, które dotychczas były domeną instytucji publicznych.  

Stawiasz jednak tezę, że społeczeństwo obywatelskie jest hybrydą świata rynkowego i państwowego.

W sposobie działania jak najbardziej. Z zaznaczeniem, że NGO-sy dysponują jednak słabszym finansowaniem niż podmioty rynkowe czy państwo jako takie. W przeszłości państwo dysponowało znacznie większymi środkami na realizację zadań, które dziś zostały „przekazane” trzeciemu sektorowi. Co pokazuje, że trzeci sektor jest w gruncie rzeczy listkiem figowym, który ma zasłonić braki związane z demontażem państwa opiekuńczego. To wszystko z kolei wiąże się z polityką podatkową, z likwidowaniem progresywnych systemów podatkowych, a w Polsce po prostu z wprowadzeniem degresywnego systemu podatkowego.

Także sam podział na trzy sektory: państwo, rynek i społeczeństwo obywatelskie jest iluzoryczny, a granice pomiędzy nimi płynne i nieprzejrzyste. Państwo zawsze miało wpływ na rynek, choćby za pośrednictwem regulacji prawnych, gwarantowania umów, narzędzi interwencjonistycznych. Dzisiaj rynek oddziałuje znów w zasadniczym stopniu na państwo, zwrócenie uwagi na potencjał korporacji transnarodowych jest już truizmem.W tych okolicznościach niezależność trzeciego sektora stoi pod dużym znakiem zapytania. Szczególnie, kiedy jego głównym źródłem finansowania są państwowe granty.

I nie tylko w Polsce?

Na całym świecie, z wyjątkiem USA, gdzie te neoliberalne reformy poszły w najbardziej radykalnym kierunku, podporządkowując trzeci sektor korporacjom. W większości przypadków organizacja stoi przed następującym wyborem: albo finansuje się w sposób rynkowy np. ze sprzedaży jakichś usług, za pomocą tzw. składek, albo za pośrednictwem grantów od rządów swoich albo obcych. W przypadków krajów ubogich finansowanie zagraniczne sięga blisko 90% wszystkich środków.

Być może rozwiązaniem tego dylematu byłoby odcięcie NGO-sów od działalności w rodzaju prowadzenia przytułków dla bezdomnych i oddanie tego typu kompetencji ponownie w ręce państwa. Tym samym – zmuszenie trzeciego sektora do polityzacji swojego charakteru oraz sięgnięcia po obywatelskie samofinansowanie.

Nie chodzi o to, aby bezdomnym stwarzać jakieś warunki przeżycia, tylko żeby zjawisko bezdomności zlikwidować. Organizacje, które zajmują się bezdomnymi, są w szczególnie kłopotliwej sytuacji, bo mamy do czynienia z konfliktem interesów. Podmiot, który żyje z opieki nad bezdomnymi nie prowadzi politycznej walki o to, by bezdomność całkowicie zlikwidować.

Bezdomność to problem polityczny, rzecz, którą powinno w sposób systemowy zająć się państwo, a nie przerzucać odpowiedzialność na trzeci sektor, zdolny wyłącznie do łagodzenia skutków bezdomności, czynienia bezdomności znośną, a nie systemowej likwidacji tego zjawiska.

CZYTAJ DALEJ NA JAGIELLONSKI24.PL