23.03.18, 21:00

Węgrzy. Tysiąc lat samotności

„Od panowania Turcji aż do czasów dzisiejszych smutek był dominującym nastrojem w narodzie" - napisał Gyula Kornis. Ten smutek wyczuwalny jest w największych węgierskich dziełach literackich ostatnich czterech stuleci. W patriotycznym hymnie Ferenca Kólcseya znajduje się prośba, by Bóg dał Węgrom, chociażby „jeden rok szczęścia". Najwybitniejszy symbolista węgierski Endre Ady pisał, że nad jego krajem unosi się wciąż „węgierski smęt". Znamienne, że kiedy Jan Paweł II przybył po raz pierwszy na Węgry w 1991 roku, w powitaniu przywołał słowa poety Józsefa Eótvósa: „niebo daje każdemu krajowi jakiś skarb" - skarbem Węgrów jest „święty smutek".

 

Kłusuje ze Wschodu na Zachód

Na turniej nowy i pogański,

A ja pod stołem już wyciągam

Z lubością kostniejące ciało

Trzymając krzyż i złomek szklanki.

Endr e Ady {Odwieczny Kajan)

Kiedy pod koniec IX wieku nadciągnęli ze stepów azjatyckich, kronikarze niemieccy nazywali ich „plemieniem piekielnym". Byli postrachem całej Europy, swoimi najazdami spustoszyli Lombardię i Bawarię, przez siedem lat grasowali po Półwyspie Apenińskim, podczas łupieżczych wypraw docierali do Bosforu i do Atlantyku. W kościołach rozsianych po całym kontynencie modlono się wówczas tymi samymi słowami: „Od straszliwych Węgrów - wybaw nas Panie!" Kaznodzieje nazywali ich „biczem Bożym", którym Najwyższy smaga chrześcijan za grzechy.

Gdyby do ich łupieżczych wypraw zastosować typologię Feliksa Konecznego, można by stwierdzić, że oto reprezentanci cywilizacji turańskiej zaatakowali cywilizację chrześcijańską. Wkrótce jednak sytuacja miała ulec diametralnej zmianie. Od XI do XVI stulecia to Węgry aż na pięć wieków staną się głównym przedmurzem chrześcijańskiej Europy przed podbojami przedstawicieli cywilizacji turańskiej - Pieczyngów, Kumanów, Tatarów i Turków. Najazd tatarski w 1241 roku tak doszczętnie zniszczył Węgry, że jeden z ówczesnych kronikarzy niemieckich napisał wprost: „W tym roku państwo węgierskie po 350 latach istnienia zostało zniszczone przez Tatarów". Wojny z Turkami, znaczone klęskami pod Nikopolis (1396), Warną (1444) czy Mohaczem (1526), doprowadziły w końcu do upadku królestwa węgierskiego.

„Tragiczną misją Węgier był przelew krwi za resztę Europy" - pisał filozof Gyula Kornis i dodawał: „Gdyby Węgrzy własnym ciałem nie obronili Europy przed zalewem islamu, Saraceni byliby opanowali Europę, osłabioną szerzącą się podówczas reformacją". A wtedy - według znanego wyrażenia Thomasa Babingtona Macaulay'a - „Koran byłby nauczany w Oxfordzie do dnia dzisiejszego".

Węgrzy nie tylko bronili chrześcijaństwa, lecz również starali się praktykować je w życiu codziennym. Z dynastii Arpadów, która rządziła krajem przez trzy wieki, wywodziła się, w porównaniu z innymi dworami w Europie, największa liczba świętych, m.in. św. Stefan, św. Emeryk, św. Władysław, Św. Kinga, św. Elżbieta czy Św. Małgorzata. Z kolejnej panującej dynastii - Andegawenów - pochodziła natomiast królowa Polski św. Jadwiga. To na Węgrzech w XIII wieku powstał Zakon Braci św. Pawła Pierwszego Pustelnika, znanych szerzej jako paulini. W stuleciu następnym król Karol Robert założył z kolei zakon rycerski św. Jerzego. Gotyk przywędrował z Francji na Węgry wcześniej niż do Niemiec, bo już w roku 1210, za pośrednictwem cystersów. W 1367 roku w Pecs powstał trzeci - po praskim i krakowskim - uniwersytet w Europie Środkowej. Swój „złoty wiek" przeżywały Węgry w XV stuleciu, zwłaszcza za panowania kró­ la Macieja Korwina, który był wielkim mecenasem sztuk - założył uniwersytet w Pozsony (Bratysława), zapraszał na swój dwór najwybitniejszych artystów włoskich, a o jego smaku świadczy fakt, że do pałacu w Budzie ściągnął obraz Madonny Leonarda da Vinci. Po upadku Węgier misję buforu, na którym zatrzymywały się najazdy tatarskie i tureckie, wzięła na siebie Rzeczpospolita. Tymczasem z wież kościelnych w Budzie rozlegał się głos muezina, nawołujący mahometan do modłów.

Jak doszło do tego, że emisariusz cywilizacji turańskiej stal się zagorzałym obrońcą cywilizacji chrześcijańskiej? To pytanie odsyła nas do sporów o toż­ samość narodową Węgrów. Dyskusje takie najczęściej odwoływały się do dwóch wydarzeń historycznych, które zmieniły nie tylko bieg węgierskich dziejów, lecz miały także radykalny wpływ na formowanie się charakteru narodowego Węgrów. Pierwsze wydarzenie, czyli „przejście przez Karpaty" Madziarów pod wodzą Arpada w roku 896 - jest w węgierskiej świadomości synonimem porzucenia Azji i wyboru Europy; drugie, czyli przyjęcie korony przez św. Stefana z rąk papieża Sylwestra w 1001 roku - symbolizuje porzucenie pogaństwa i wybór chrześcijaństwa. Czy porzucając swą azjatyckość i pogańskie tradycje Węgrzy nie utracą swej tożsamości? To pytanie, zadane przez Koppanya, Vatę, Janosa i innych madziarskich pogańskich wodzów, którzy jeszcze w XI wieku zbrojnie walczyli z chrześcijaństwem w obronie plemiennych obyczajów, byłoby zupełnie zrozumiale. To samo pytanie zadane w XX wieku znaczy jednak coś zupełnie innego. Współczesny poeta węgierski Gyula Illyes tak przedstawiał wątpliwości, jakie targały Arpadem, gdy ze szczytów Karpat spoglądał w dół na rozpościerającą się przed nim Wielką Nizinę:

 

A tam po gór nieznanej stronie?

Czym ryty staną się stepowe

wśród innych szczepów. Czy ojcowie

nie będą dla swych synów obcy?

 

Założą nowy dom wędrowcy

Ożenią się i pierworodny

we wszystkim różny będzie od nich,

w tutejszym ludzie się roztopi.

 

Od pocałunków Europy

rzymskich, słowiańskich i germańskich

zblednie złocista skóra, zgaśnie

kształtny ostrołuk rysich oczu.

 

O branki piękne, sny urocze,

łona głębokie jak cmentarze,

gdzie kształt utracą huńskie twarze,

mongolskich warg spłowieje blask.

 

I drogie rysy zatrze czas,

te zmarłych ojców stare piętna,

które przejmują niemowlęta

jak żywe znaki współnej schedy!

 

Więc przyszliśmy ze stepu, żeby

ciała się z duszą zbyć? Bogowie

jedynie o podobnych sobie dbają

- i co zostanie po nas?

Mimo tych rozterek Arpad daje znak do wymarszu i węgierskie hordy schodzą z górskich zboczy ku dolinom. Władca - w poetyckiej wizji Illyesa - „odkrywa zamysł potężniejszy niż krew, niż śmierć, niż duszy siła". Dla samego Illyesa, dotkniętego „ukąszeniem heglowskim", takim najpotężniejszym zamysłem była dziejowa konieczność, której wyrazem miało być nieuchronne zwycięstwo komunizmu.

Nie dla wszystkich jednak owo „przejście przez Karpaty" oznaczać musiało wybór komunizmu. Niektórzy ze współczesnych twórców węgierskich dostrzegali nieuchronność procesów cywilizacyjnych, podmywających szlacheckie i chrześcijańskie fundamenty kultury narodowej. Odczuwali z tego powodu rozdarcie między pragnieniem modernizacji kraju a wiernością rodzimej tradycji. Zsigmond Móricz tak zwierzał się swoim czytelnikom: „Moją udręką jest, dokąd się posuwamy, gdy jesteśmy głosiecielami nowych idei. Dokąd porywamy ze sobą lud?... Mamże głosić rozwiązłość i zgniliznę?... Życia zatrzymać nie mogę. Zycie pędzi w otchłań rozpadu."

Drugim wydarzeniem, które - jak już wspomnieliśmy - szczególnie skupiało uwagę węgierskich historiografów, była koronacja św. Stefana. Co ciekawe, jednym z największych wydarzeń kulturalnych lat 70-tych XX wieku na Węgrzech była wzorowana na Jesus Christ Superstar opera rockowa Szent Istvdn Kirdly - Król Św. Stefan. Zdaniem wielu socjologów przyczyniła się ona do rozbudzenia węgierskiej świadomości narodowej, przytłumionej komunistycznymi represjami po roku 1956. Niemal natychmiast nasuwa się pytanie: dlaczego władza socjalistyczna pozwoliła, by wystawiono spektakl, którego głównym bohaterem był święty Kościoła katolickiego? W tym samym przecież czasie reżim węgierski represjonował katolików, ograniczając możliwość działalności Kościoła. Narracyjną osią opery jest konflikt między Stefanem a jego wujem Koppanym.

Ten pierwszy ukazany zostaje jako człowiek kompromisu, kunktator, wręcz oportunista, ale obdarzony trzeźwym i realistycznym spojrzeniem. Drugi z kolei to romantyczny marzyciel, idealista gotów oddać życie za sprawę. Koppany reprezentuje prawdziwą, najbardziej rdzenną węgierskość, dlatego sprzeciwia się przyjęciu chrztu przez Madziarów, ponieważ w następstwie tego kroku naród utraci swoje stare wierzenia, zwyczaje, tradycje, a z czasem i tożsamość. Stefan natomiast zdaje sobie sprawę, że układ sił w chrześcijańskiej Europie sprawia, iż niechrześcijański kraj nie ma szans na przetrwanie. Rozumie, że w polityce decydują nie argumenty, ale siła.

Wie, że uparte trwanie narodu przy swej nieskalanej węgierskości, co proponuje Koppany, sprowadzi na ten naród zagładę. Ówczesne mocarstwa nie będą bowiem tolerować w Europie pogańskiego państwa. Dochodzi do wojny domowej, w której Stefan pokonuje Koppanya, rozkazuje zabić go, a następnie wymusza na swych rodakach przyjęcie chrztu. Jego chłodna, realistyczna polityka przynosi korzyści - możliwe staje się być równocześnie Węgrem i chrześcijaninem. Komuniści pozwolili na wystawienie owej opery, ponieważ równie dobrze mogłaby ona nosić tytuł Janos Kdddr. Konflikt między Stefanem i Koppanym zdawał się być w takim ujęciu pewną uniwersalną figurą, w któ­ rą bez problemów wpisywało się także starcie Kadara i Imre Nagya. Zauważ­ my, że zarówno Koppany, jak i Nagy, wzbudzają większą sympatię widzów, ale reprezentują odchodzący świat, a swoim uporem ściągają na rodaków kataklizm.

Za to św. Stefan i Janos Kadar, chociaż nie są może tak szczerzy i spontaniczni, dzięki chłodnej kalkulacji i poddaniu się historycznej konieczności, tak naprawdę dają narodowi możliwość przeżycia. Lekcja Kadara była następująca - jest możliwe być równocześnie Węgrem i komunistą. Powyższa interpretacja chrztu i koronacji św. Stefana stanowi oczywiście skrajny przypadek legitymizowania własnych rządów. Tym niemniej rysuje się w niej pewna tendencja, dominująca także w innych koncepcjach historiograficznych. Jej główną cechą jest wyeksponowanie motywacji politycznych władcy, przy zupełnym pominięciu wymiaru duchowego jego decyzji. W takiej wizji chrześcijaństwo występuje jedynie jako narzędzie państwotwórcze.

Tymczasem Stefan od dzieciństwa był wychowywany w duchu religijnym. Największy wpływ miała na niego matka, gorliwa chrześcijanka Sarolta, córka wodza siedmiogrodzkiego, oraz dwójka wychowawców - św. Wolfgang i św. Wojciech. Przez całe swoje życie węgierski władca znajdował się pod wpływem myśli kluniackiej, utrzymywał m.in. stały kontakt z opatem Cluny Odilonem, a przez mnicha Boniperta, późniejszego biskupa Pecs, sprowadzał na swój dwór nowości książkowe z Zachodu. Pod koniec życia napisał dla swego syna Emeryka (także kanonizowanego przez Kościół) słynne Upomnienia, które stanowią jeden z najznamienitszych przykładów średniowiecznej literatury sapiencjalnej w Europie.

Te pouczenia dla przyszłego władcy, które mimo upływu tysiąca lat nadal zachowały swą aktualność (zachwycał się nimi Paul Claudel), ukazują nam króla innego niż dominująca historiografia. To człowiek, w centrum życia którego znajduje się osoba Jezusa Chrystusa. Władca uznaje swą nicość wobec Zbawiciela, wyraża tęsknotę za Nim i stara się być posłusznym swojemu Mistrzowi, do czego zachęca także syna. Wielu historykom umyka ów wymiar świętości Stefana - świętości potwierdzonej oficjalnie przez Kościół. Otóż w odróżnieniu od takich postaci, jak Temistokles czy Katon, do których możemy czuć szacunek, ale od któ­ rych wieje grobowym chłodem, chrześcijańscy święci są żywi nadal po śmierci i dzięki modlitwom, przez tajemnicę „świętych obcowania", uczestniczą realnie w życiu kolejnych pokoleń.

Tak o obecności św. Stefana pośród swojego narodu opowiadał Gabor Szinte, wspominając mszę świętą, odprawioną przez Jana Pawła II 20 sierpnia 1991 roku na Placu Bohaterów w Budapeszcie: „Na ten plac, na który w 1948 roku siłą spędzono ludzi, teraz przyszło dobrowolnie pół miliona osób, przyciągniętych osobowością następcy Sylwestra II, który 990 lat temu przysłał koronę św. Stefanowi. Znakiem obecności króla był relikwiarz z jego ręką stojący na ołtarzu, jakby na znak, że dzieło jego rąk wznosi się nad ruinami ostatnich 40 lat. Tak oto na placu zebrali się: papież, węgierski naród i jego pierwszy król. Coś takiego zdarza się raz na tysiąc lat, wszyscy Węgrzy głęboko odczuli wagę i bogactwo tej chwili.

Ojciec Święty, ilekroć w czasie mszy świętej przechodził obok relikwiarza, pochylał z szacunkiem głowę, jakby tym gestem chciał złożyć hołd duszy całego narodu." Podczas mszy Jan Paweł II powiedział, że „św. Stefan zbudował dom dla wszystkich pokoleń Węgrów", a fundamentem owego domu jest chrystianizm. Podkreślił, że Stefan pozostawił swój testament nie tylko Emerykowi, lecz wszystkim Węgrom. Dał wyraźnie do zrozumienia, że od osobistych wyborów samych Węgrów zależeć będzie to, czy ich kraj nadal pozostanie chrześcijański.

W ten sposób dochodzimy do kolejnego punktu, który we współczesnej historiografii bywa niedoceniany. Otóż koncentrując się na pojedynczych wyborach wybitnych jednostek, historykom jakby umykają z pola widzenia decyzje większych zbiorowości, które okazują się sumą pojedynczych wyborów zwykłych ludzi. Kiedy czytamy o chrystianizacji jakiegoś kraju, mamy wrażenie, jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki chrzest władcy pociągał za sobą automatycznie ochrzczenie całego narodu. Najczęściej w tym kontekście historycy przywołują przykłady narzucania religii siłą i opisują, jak to Mieszko w Polsce, Włodzimierz na Rusi czy Stefan na Węgrzech prześladowali pogan, skazując niektórych na śmierć czy rozkazując niszczyć przedchrześcijańskie miejsca kultu.

Nie ma ani słowa o tym, że ludzie słuchając misjonarzy mogli dobrowolnie przyjąć chrzest zauroczeni orędziem zbawczym. W kategoriach politycznych, w których za decyzjami kryją się racje siły czy interesu, na takie decyzje nie ma miejsca. Tymczasem jeszcze zanim Węgrzy przyszli do Europy Środkowej, chrześcijaństwo przyszło do nich. Już św. Hieronim na przełomie IV/V wieku donosił, że „Hunowie uczą się psalmów", zaś wiadomość ta dotyczyć mogła równie dobrze Hungarów, gdyż kronikarze późnej starożytności używali w swych pismach zamiennie pojęć: Hunowie i Hungarowie. Kosmas Indikopleustes pisał w połowie VI stulecia, że na ich terenach istniało wiele kościołów i posiadali oni wielu biskupów. Inne świadectwa historyczne mówią, że używali nawet Biblii w tłumaczeniu na swój własny język.

Wykopaliska archeologiczne w Panonii potwierdzają, że Węgrzy, zanim przekroczyli Karpaty, byli już częściowo schrystianizowani. I to nie władcy jako pierwsi przyjmowali chrzest - dopiero w roku 948 ochrzcili się w Konstantynopolu dwaj książęta węgierscy: Bulcsu i Tormasa.

Wkrótce po klęsce pod Mohaczem w 1526 roku, gdzie zginął król Ludwik II Królestwo Węgier przestało istnieć i nastąpił podział kraju na trzy części pierwsza (z Budą, Esztergomem i Temesvarem) znalazła się pod okupacją turecką, druga (z Gyór, Pozsony i Koszycami) pod panowaniem habsburskim trzecia - Siedmiogród - stała się lennem ottomańskim. Od porażki pod Mohaczem nie minęło jeszcze dziesięć lat, a już nastąpiła całkowita zmiana sytuacji wyznaniowej wśród społeczności węgierskiej Aż trzy czwarte Węgrów porzuciło katolicyzm i przyjęło protestantyzm.

Studenci węgierscy zaczęli masowo opuszczać uniwersytety w Padwie, Boloni: i Ferrarze i przenosić się na uczelnie niemieckie, np. do Witenbergi, gdzie jui wkrótce stworzyli ponad tysiącosobową kolonię. Wydaje się, że Węgrzy poczuli się zdradzeni przez katolicką Europę, któ­ ra zamiast pomóc swoim współwyznawcom w obronie przed muzułmań­ skim najazdem, oddawała się bratobójczym walkom chrześcijańskich władców: najpierw cesarza Karola V z francuskim królem Franciszkiem I a następnie Ligi Cognackiej z koalicją habsburską. Masowe przechodzenie na protestantyzm można też wytłumaczyć tym że historiozofia luterańska ze swą koncepcją flagellum Dei wyjątkowo trafih w odczucia Węgrów, gdyż przekonująco umiała wyjaśnić im klęskę państw; w kategoriach nadprzyrodzonych. W literaturze protestanckiej tego okresu na próżno by szukać wezwań do chrześcijańskiej krucjaty przeciw Turkom. Na pierwszy plan wysuwa się nie walka z wrogiem zewnętrznym, lecz walka wewnętrzna.

Jeden z najwybitniejszych kaznodziejów protestanckich Alexis Janos Kecskemeti tak tłumaczył węgierskiej szlachcie nieszczęścia, jakie spadły na ich kraj: „Królowie i mężowie wojujący są zsyłani przez Boga na ukaranie innych krajów i narodów jako Nabuchodonozor na Jerozolimę. Podczas karania przeto myślmy nie o wrogu, lecz błagajmy Boga, aby odwrócił od nas nieprzyjaciół, których zesłał przeciwko nam. Nauczmy się, że Bóg potrafi się posługiwać w wykonaniu swych słusznych wyroków także posługą niewiernych, jako posługą Nabuchodonozora przeciwko Jerozolimie, tak i teraz posługą wyznawców Mahometa przeciwko Węgrom i innym narodom. (...) Nauczmy się, jeśli z dopustu Bożego widzimy zagarnianie przez obce rę­ ce naszych miast i dobytku, nie lamentować, ale cierpieć spokojnie, z podzię­ ką. Nauczmy się, aby mężowie wojujący nie wychwalali swej siły, nie przypisywali niczego własnym staraniom, ale oddawali chwałę Bogu, bo Bóg jest tym, kto oddaje wroga w ich ręce." Skończyło się sławienie bojowych cnót rycerskich, warunkiem przepę­ dzenia wrogich armii stało się przepędzenie własnych grzechów, oczyszczenie moralne i duchowa odnowa.

Traktowanie klęski państwa jako kary za grzechy było zgodne nie tylko z wizją teologiczną, lecz również z potocznym doświadczeniem. Upadek zewnętrzny Węgier był bowiem skutkiem znacznie głębszego kryzysu wewnętrznego (będzie z nim wiele mieć wspólnego anarchizacja polskiego życia politycznego w XVIII wieku, z ciągłymi wojnami szlacheckich stronnictw oraz intrygami magnatów, przedkładających własne interesy nad dobro ojczyzny). W przeddzień tureckiej ofensywy na Węgry legat papieski pisał do Rzymu: „Brak tu kierownictwa, brak pieniędzy, brak rządu, brak okrętów, brak porządku... Gdyby za cenę trzech forintów można było uratować kraj, nie znalazłoby się trojga ludzi, którzy by tę ofiarę chcieli ponieść." Większość Węgrów opowiedziała się za reformacją w wersji kalwińskiej, która jest bodaj najbardziej pesymistyczną z odmian protestantyzmu. „Od panowania Turcji aż do czasów dzisiejszych smutek był dominującym nastrojem w narodzie" - pisał już w wieku XX Gyula Komis. Jego zdaniem ten smutek wyczuwalny jest w największych węgierskich dziełach literackich, jakie powstały w ciągu ostatnich czterech stuleci - w renesansowych poezjach Balinta Balassiego, klasycystycznych dramatach Józsefa Katony czy romantycznych wierszach Mihalya Vórósmartyego.

W hymnie Ferenca Kólcseya, śpiewanym na niemal każdej uroczystości patriotycznej, znajduje się prośba, by Bóg dal Węgrom, chociażby „jeden rok szczęścia". Najwybitniejszy symbolista węgierski Endre Ady pisał, że nad jego krajem unosi się wciąż „wę­ gierski smęt". Jest znamienne, że kiedy Jan Paweł II przybył po raz pierwszy na Węgry w 1991 roku, to w pierwszych słowach powitania na lotnisku Ferihegy, przywołał słowa poety Józsefa Eótvósa z 1836 roku, że „niebo daje każdemu krajowi jakiś skarb" i że skarbem Węgrów jest „święty smutek".

W XVI wieku węgierski wódz i poeta Miklós Zrinyi pisał, że jego naród znalazł się między „niemieckim kłamstwem" a „turecką trucizną". W podobnym duchu wypowiadał się prymas Pazmany w liście do stanów węgierskich: „Jesteśmy tu między dwoma potężnymi cesarzami, tak jak palec tkwiący mię­ dzy drzwiami a futryną, trzeba nam ginąć zarówno z rąk wroga, jak i z rąk obrońcy". Co ciekawe, w XVII stuleciu Węgrzy wszczynali więcej powstań przeciw uciskowi ze strony Habsburgów niż ze strony Ottomanów.

Dopiero w 1686 roku - trzy lata po wiktorii wiedeńskiej - Turcy zostali wyparci z Budy. W międzyczasie zmieniło się już kwietystyczne nastawienie węgierskiej szlachty, która niestawianie czynnego oporu tłumaczyła respektowaniem Bożych wyroków. Przyczyniła się do tego działalność najwybitniejszego myśliciela węgierskiej kontrreformacji, prymasa Petera Pazmanya, dzięki któremu na katolicyzm nawróciło się wielu węgierskich magnatów, szlachciców i mieszczan.

Pazmany nie odrzucił protestanckiej koncepcji flagellum Dei, lecz powiązał ją z katolicką zasadą czynnego przeciwdziałania. Uzasadniał to następująco: „Choć wiemy, że choroba i wojna z woli Bożej pochodzą, nie wiemy jednak, czy Bóg zesłał na nas tę chorobę, by śmierć przyniosła, a tę armię przyrządził na naszą całkowitą zatratę czy tylko na naszą próbę, przeto więc jesteśmy zobowiązani do własnej obrony". Wypędzenie Turków z Europy Środkowej nie oznaczało dla Węgier niepodległości. Ziemie okupowane przez półtora stulecia przez Ottomanów przeszły pod panowanie Habsburgów, którzy wkrótce podporządkowali sobie także Siedmiogród. Rozpoczęła się germanizacyjna polityka Wiednia wobec Węgrów, którą tak scharakteryzował doradca cesarza Leopolda I, Martin Hocher: „złej węgierskiej natury nie da się naprawić, można ją tylko złamać".

Historycy zwykli nazywać ten okres dziejów „panowaniem grozy". Nic więc dziwnego, że Węgrzy wzniecali antyhabsburskie rebelie, z których największe szanse na sukces miało powstanie narodowe z lat 1703-1711 pod wodzą siedmiogrodzkiego księcia Ferenca II Rakoczego. Ponieważ dwór austriacki był ostentacyjnie katolicki, zaś większość wę­ gierskiej szlachty, zwłaszcza w Siedmiogrodzie stanowiącym gniazdo irredenty, stanowili kalwini (kalwinizm nazywano nawet nemzeti vallós czyli wiarą narodową) - nic więc dziwnego, że na konflikt narodowościowy i polityczny nałożył się konflikt religijny. A jednak znalazła się osoba, która wymknęła się tej dwubiegunowej logice i pozostawiła nawet na piśmie ślad swoich wyborów. Tą osobą był przywódca powstania, książę Ferenc Rakoczy, który stał na czele armii złożonej głównie ze zwolenników reformacji, pozostając jednak ortodoksyjnym katolikiem.

Pisał z miłością o swych kalwiń­ skich poddanych, ale z niechęcią o ich protestanckiej herezji. Wyraźnie podkreślał, że jego powstanie nie jest wojną religijną. Zsekularyzowane szkolnictwo nauczyło nas patrzeć na apostrofy zwrócone ku Bogu i wplecione w dłuższy tekst jak na stylistyczny wymóg epoki, haracz płacony duchowi czasów. Tak samo jak w czasach komunistycznych opatrywano przekłady Kafki czy Conrada socrealistycznymi przedmowami lub posłowiami, tak samo - uczono nas rozumować - czynili nasi przodkowie, odwołując się co jakiś czas do Boga, traktowanego raczej jak figura retoryczna niż realna osoba. W węgierskich szkołach los taki spotkał dzieło księcia Rakoczego, wypatroszone z religijnego kontekstu i znane jako Wyznania, podczas gdy jego pełny tytuł brzmi: Wyznania grzesznika, który pochyliwszy się nad żłóbkiem nowo narodzonego Zbawiciela opłakuje z goryczą w sercu swe minione życie i wspomina doznane łaski oraz roztaczaną nad nim opiekę Opatrzności. Gdyby z Wyznań św. Augustyna wyrzucić wszystkie zdania kierowane ku Bogu, najprawdopodobniej z całego dzieła nie pozostałoby nic. Podobnie Wyznania księ­ cia Rakoczego bez odniesienia do Osoby adresata, czyli Wszechmogącego, tracą sens. Ferenc II zaczął je pisać w klasztorze kamedułów w Grosbois, gdzie przez dłuższy czas prowadził pełne umartwień, ascetyczne życie. Jego zapiski pomyślane były bardziej jako spowiedź pokutnika niż memuary męża stanu. Tylko w tym kontekście można zrozumieć, dlaczego tak często nie oszczędza siebie, pisząc wiele o swym słabym charakterze, ułomnościach i grzechach. Ujawnia nawet swoje niecne uczynki, przy popełnieniu których nie było świadków, a więc ich przemilczenie nie mogłoby narazić go na zarzut hipokryzji. Opisuje na przykład, jak ukradł pewnemu jezuicie w Nysie kompas i lornetkę, albo jak będąc w Warszawie poszedł na dziwki: „Popełniłem grzech i Ty, Boże, widziałeś wszystko, choć zrobiem to ukradkiem. Oddałem się temu niegodziwemu uczynkowi z pełną świadomością, licząc na Twe Miłosierdzie

Takie więc były akty dziękczynienia, jakie Ci składałem za tyle dobrodziejstw, dzięki którym wydostałem się z więzienia. Całkowicie z własnej woli rzuciłem się ponownie w sidła szatana. I cóż Ci powiem, Słodyczy mej duszy? Nie chcę szukać żadnych wykrętów, aby się usprawiedliwić. I przedtem bywałem grzesznikiem, lecz to nieświadomość lub może raczej przemożna siła cielesnej miłości popchnęła mnie do grzechu. Nic z tego nie miało udziału w moim ohydnym uczynku. Wiedziałem, iż źle czynię, i nawet podczas występku czułem wyrzuty sumienia.

Nie kochałem wcale tej plugawej kurtyzany, a jednak wybrałem ją zamiast Ciebie. Wyznaję Ci', Panie, mój grzech i spowiadam się z mojej nieprawości. Twe rozgrzeszenie sprawia mi ból. Proszę Cię, nie oszczędzaj mnie, pomnóż jeszcze mą żałość. Zaiste, nic innego nie przywiodło mnie do tak wielkiej zbrodni, jak tylko czysta zwierzęcość i być może z tej przyczyny grzech ów jest cięższy od wszelkich innych, którymi obraziłem Twój Majestat."

Klęska powstania Rakoczego spowodowała pogłębienie się stanu zależności Węgier od Wiednia, który prowadząc politykę kolonizatorską i nie licząc się z lokalną autonomią podporządkowywał sobie wciąż nowe obszary życia. Węgry znalazły się w ucisku monarchii nazywanej niekiedy absolutyzmem katolickim, o której można śmiało powiedzieć, że była bardziej absolutystyczna niż katolicka. Władcy habsburscy, z jednej strony, deklarowali swe przywiązanie do rzymskiej ortodoksji, z drugiej zaś - systematycznie ograniczali prawa Kościoła. Maria Teresa zabroniła np. biskupom węgierskim utrzymywania bezpośrednich kontaktów ze Stolicą Apostolską, a żadna bulla czy encyklika nie mogła być publicznie odczytana bez jej zezwolenia. Jej następca Józef II zlikwidował z kolei większość zakonów i kongregacje mariańskie w całym cesarstwie.

Przez ponad sto lat Węgrzy, jakby porażeni dotychczasowymi porażkami i sparaliżowani terrorem, nie wszczynali działań zbrojnych. Gdy była ku temu okazja, szlachta węgierska nie zbuntowała się w 1741 roku przeciw Marii Teresie, a nawet uratowała dla cesarzowej tron. Rebelia antyhabsburska wybuchła dopiero, gdy ucisk zelżał, a władze zaczęły iść Węgrom na ustępstwa. Stało się to w roku 1848, zaledwie cztery lata po tym, jak Wiedeń zezwolił na wprowadzenie jako oficjalnego języka węgierskiego - w miejsce używanej do tej pory łaciny.

Wiosna Ludów mogła zakończyć się zwycięstwem Węgrów i odzyskaniem przez nich niepodległości, gdyby nie interwencja Rosji, która przyszła na pomoc Habsburgom. Powstanie utopiono we krwi. Wszystkie te wydarzenia sprawiały, że najbardziej charakterystyczną cechą mentalności Węgrów nadal pozostawał przemożny smutek. Pogłębiało go poczucie - jak określił to jeden z wybitnych hungarystów - „osamotnienia rasowego". Inne podbite sąsiednie narody (Polacy, Czesi, Słowacy, Chorwaci, Serbowie) były przeważnie słowiańskie i mogły odwołać się do poczucia pewnej ponadnarodowej wspólnoty oraz solidarności (korzystała na tym Rosja, umiejętnie podsycając nastroje panslawistyczne np. wśród Czechów lub Serbów).

Węgrzy nigdzie w Europie nie mieli narodów sobie pokrewnych. W dodatku w XIX wieku uczeni, zwłaszcza związani z kręgami wiedeńskimi, zaczęli propagować tezę, że Węgrzy wywodzą się od plemion ugro-fińskich. Austriacka propaganda wykorzystywała ten fakt, przedstawiając Węgrom jako ich przodków - niskich, skośnookich, krzywonogich myśliwych z dalekiej Północy. Na pytanie, dlaczego wobec tego Węgrzy dzisiaj wyglądają zupełnie inaczej, odpowiadano: to wpływ rasy germańskiej, która uszlachetniła rasę azjatycką. Był to element szerszego oddziaływania kulturowego, w myśl którego wszystko co wartościowe Węgrzy zawdzięczają Austriakom. W ten sposób zaszczepiano Madziarom niskie poczucie własnej wartości. Nie należy też zapominać, że wiek XIX był triumfem niemieckiego idealizmu, a jeden z jego czołowych reprezentantów - Herder - głosił, że w najbliższym czasie naród węgierski zniknie zupełnie, zalany przez morze narodów słowiańskich. Jak już wspomniano, w XIX wieku baron József Eótv6s napisał, że darem Boga dla Węgrów jest „święty smutek".

Jan Pawet II, który nawiązał do tej cechy węgierskiego charakteru narodowego, uzupełnił, że smutek jest tylko wówczas święty, gdy nie jest bezpłodny. Wyrazem takiego właśnie smutku jest najwybitniejszy dramat nowożytnych Węgier - Tragedia człowieka Imre Madacha z 1862 roku, dzieło porównywane z Faustem Goethego czy Nie-boską komedią Krasińskiego. Przedstawia ono losy człowieka w piętnastu odsłonach - od przeszłości biblijnej (scena kuszenia prarodziców w Raju), antycznej czy średniowiecznej, przez teraźniejszość, do przyszłości (profetyczna wizja zautomatyzowanego społeczeństwa ludzkich termitów przywodząca na myśl Metropolis Fritza Langa) - w których bohaterami na przestrzeni dziejów są te same trzy osoby: Adam, Ewa i Lucyfer. Ludzka historia wydaje się kończyć doczesnym zwycięstwem potęg ciemności, a jednak ostatnie zdanie dramatu brzmi:

„Człowiecze... Walcz, miej nadzieję - to twój los". Przesłanie Madacha jako żywo przypomina Przesłanie Herberta: „Bądź wierny Idź". Postawiona przez węgierskiego dramaturga diagnoza sytuacji historycznej człowieka w świecie jest skrajnie pesymistyczna, jednak postulowana przez niego postawa zakłada heroizm. Z pewnością Madach mógłby podpisać się pod skreślonymi ponad pół wieku później słowami Oswalda Spenglera: „Urodziliśmy się w tej epoce i musimy dzielnie iść do końca drogą nam wyznaczoną. Nie pozostaje nam nic innego. Jest naszym obowiązkiem wytrwać na straconej pozycji bez nadziei i bez ratunku. Wytrwać jak ów rzymski żołnierz, którego szkielet znaleziono przed bramą w Pompei, a który zginął, ponieważ podczas wybuchu Wezuwiusza zapomniano odwołać go z posterunku."

W tej pesymistycznej diagnozie czai się jednak pokusa innego wyboru - pokusa rozpaczy. Widać to najwyraźniej na przykładzie życiorysu hrabiego Istvana Szechenyiego, nazwanego przez przywódcę Wiosny Ludów, Lajosa Kossutha, „największym z Węgrów". Ten mąż stanu, który, z jednej strony, był tytanem pracy oraz inicjatorem wielu przełomowych dla kraju przedsię­ wzięć gospodarczych, społecznych i kulturalnych, z drugiej - popadał w stany depresyjne, które ostatecznie doprowadziły go do samobójstwa w 1860 roku. Jeden z biografów Istvana Szechenyiego tak opisywał ostatnie lata życia jego ojca, hrabiego Ferenca: „w miarę lat wpadał w coraz czarniejszą melancholię, która przybierała charakter marzycielstwa religijnego, uciekającego od świata. Dom jego miał wygląd klasztoru, sam życie klasztorne prowadził, większą część dnia spędzał na modlitwie w kaplicy pałacowej.

Ale choć zmarł dla świata, nie zapominał o cierpiących; w rzeczach dobroczynności oszczędność była mu obca. Katolik gorący, wolny był od fanatyzmu; z miłosierdzia jego czerpali wszyscy bez różnicy wyznań. Pobudował dużo kościołów i szkół, mając zaś w dobrach swoich sporo poddanych kalwinów, w równym stopniu uwzględniał ich potrzeby religijne i oświatowe. Zmarł w roku 1820." W rodzie Szechenyich żywa wiara katolicka była tym bezpiecznikiem, który nie pozwalał melancholii przemienić się w rozpacz. Kiedy czynnika tego zabrakło, przyszedł wybór samobójstwa. Samobójstwo, zwłaszcza w wieku XX, stało się węgierskim problemem narodowym. Nie tylko dlatego, że na taki krok zdecydowało się wielu wybitnych Węgrów, jak np. poeci i pisarze Gyula Juhasz, Attila József czy Imre Sarkadi, ale przede wszystkim dlatego, że od wielu lat Węgry pod względem liczby samobójstw zajmują niezmiennie pierwsze miejsce na świecie. Jak zauważył jeden z zachodnich teologów, który niedawno odwiedził Węgry, „duch depresji zawisł nad krajem". Wydaje się to być związane z postępującą sekularyzacją, która sprawia, że w obliczu życiowych dramatów ludzie skłonni do melancholii zamiast heroizmu wybierają samounicestwienie. Nie posiadają bowiem żadnej metafizycznej sankcji, w imię której gotowi byliby do cierpień i poświęceń.

Historia najnowsza nie oszczędzała Węgrów. Szczególnie tragiczne dla nich wydarzenia poprzedzone zostały półwieczem nazywanym w węgierskiej historiografii „złotym okresem". Zaczął się on w roku 1867, kiedy to zawarto ugodę austro-węgierską przekształcającą monarchię habsburską w państwo dualistyczne, w którym Węgry stały się obok Austrii równoprawnym podmiotem państwowym. Krok taki wymusiła na Wiedniu klęska w wojnie z Prusami - Austriacy zrozumieli, że mogą pożegnać się z marzeniami o mocarstwowości, jeśli nie zapewnią sobie poparcia Węgrów.

Kres marzeniom położyła I wojna światowa, która pogrzebała nie tylko monarchię habsburską, lecz również Królestwo Węgier w ich historycznym kształcie. Na mocy traktatu pokojowego z Trianon Węgry utraciły aż siedem ósmych swego terytorium i jedną trzecią rodaków, którzy znaleźli się w granicach państwach ościennych. Dążenie do zrewidowania niekorzystnego układu trianońskiego pchnęło Budapeszt do przystąpienia do II wojny światowej po stronie państw Osi. Klęska, jaka potem nastąpiła, przypieczętowana została zagarnięciem przez sowiecką Rosję do swej strefy wpływów całych Węgier. Z kolei próba zrzucenia sowieckiej zależności w 1956 roku zakończyła się zbrojną interwencją Kremla i krwawą pacyfikacją powstania.

Ten kontekst historyczny pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego w utworach muzycznych Beli Bartoka czy Zoltana Kodalya jest tak wiele smutku i rzewności, dlaczego w filmach Zoltana Huszarika czy Miklósa Jancsó panuje nastrój melancholii, dlaczego w esejach Beli Hamvasa czy Tomasa Molnara dominuje pesymistyczne spojrzenie na dzieje ludzkie i kondycję człowieka. Wspomniani twórcy potrafili uogólnić doświadczenie węgierskości tak, by stało się ono uniwersalną figurą rozpięcia między acedia a virtus, między rezygnacją a dzielnością. Przebywający na emigracji w Stanach Zjednoczonych Tomas Molnar jedną ze swoich książek, diagnozujących współczesny kryzys cywilizacyjny, zamknął jednak stwierdzeniem, że pośród wszystkich pesymistów tego świata chrześcijanie posiadają nadprzyrodzoną broń, której nie mają inni – Nadzieję.

Sonia Szostakiewicz

Pismo Poświęcone Fronda 21-22