19.11.17, 14:50zdj. domena publiczna, Wikimedia Commons

Uczynione rękami Boga. Największe cuda XX wieku

Czy cuda skończyły się wraz z ziemskim życiem Jezusa? Oczywiście, że nie! Trwają nadal! Oto lista największych cudów XX wieku. 

Skąd biorą się cuda? Stanowią ślad Boga, który chce w ten sposób wykorzystać materialne znaki, aby nawiązać kontakt z ludźmi. Oczywiście, Kościół podchodzi do tego rodzaju nadzwyczajnych sytuacji, postaci i wydarzeń raczej ostrożnie. Zawsze- aby wykluczyć możliwość pomyłki lub mistyfikacji- potrzeba długich badań empirycznych oraz teologicznych. 

Oto największe cuda w XX wieku!

CUD SŁOŃCA

13 października 1917 r. aż 70 tysięcy osób przybyło do Fatimy. W tej portugalskiej miejscowości od 13 maja dzieciom- pastuszkom, Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi, co miesiąc objawiała się Matka Boża, która zapowiedziała, że w październiku dokona cudu, aby ludzie uwierzyli w to, co powiedziała. W tłumie ludzi, którzy przybyli do Fatimy nie brakło niedowiarków. Tego dnia w Fatimie spadł rzęsisty deszcz. Ulewa ustała po kilku minutach, zza chmur wyszło słońce, które lśniło, ale nie oślepiało przybyłych. Następnie kula zaczęła wirować z ogromną prędkością. Zatrzymała się, aby znów wpaść w wir. Później słońce „zaczęło przybierać różowy kolor na krawędziach i ślizgać po niebie, wirując i rozsypując czerwone snopy płomieni. (...)Trzykrotnie ożywiona szaleńczym ruchem kula ognia zaczęła drżeć i trząść się. Wydawało się, że opadając ruchem zygzakowatym, spadnie na przerażony tłum. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Na końcu słońce wspięło się znów wijącym ruchem do punktu, z którego zaczęło opadać, na nowo przyjmując swój spokojny wygląd i odzyskując zwykłą jasność swego światła”- pisał Antonio  A. Borelli w książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei”. Zjawiska, które zauważane było tylko podczas objawień maryjnych nie udało się w  żaden sposób wytłumaczyć "naukowo". Na 400 objawień maryjnych, do których miało dojść w XX wieku, Kościół uznał tylko siedem.

UWOLNIENI Z PODWODNEJ PUŁAPKI

Zdarzenie miało miejsce w sierpniu 1988 roku. Peruwiański okręt podwodny „Pacocha” zbliżał się do portu Callao. W jego rufę nagle uderzył japoński statek rybacki. Do maszynowni okrętu zaczęła się wlewać woda. Choć kapitan zdołał zamknąć otwarty właz prowadzący na mostek, po chwili utonął. Roger Luis Cotrina Alvarado, który przejął dowodzenie, nakazał ewakuację przez właz dziobowy. Mimo to okręt przechylił się gwałtownie i zaczął tonąć. Mimo naporu wody, klapa włazu nie zamknęła się. Kiedy do wnętrza okrętu zaczęła dostawać się woda, kapitan zaczął przyzywać pomocy chorwackiej zakonnicy Marii Petković (1892 – 1966), założycielki Zgromadzenia Córek Miłosierdzia. Wtedy, jak relacjonował, nagle poczuł w sobie  „siłę fizyczną i duchową potrzebną do działania dla ocalenia siebie i wszystkich towarzyszy”. Ppróbował podnieść klapę włazu, aby odblokować rygle, jednak nie dał rady i znów wezwał pomocy chorwackiej zakonnicy. Wówczas udało się podnieść klapę. Kapitan "przekręcił pokrętło uruchamiające rygle i pokrywa z łatwością się zamknęła. W końcu woda przestała się wlewać”- napisał w ekspertyzie dla Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych inż. Fabio Barberini. Załoga po kilkunastu minutach opuściła okręt. Manewr wykonany przez porucznika Cotrinę w tak krótkim czasie (zaledwie 7 minut) okazał się niewytłumaczalny naukowo i technicznie. W grudniu 2002 r. Watykan zatwierdził cud, a papież Jan Paweł II pół roku później beatyfikował Marię Petković. 

ŻUCHWA ODROSŁA WE ŚNIE

20 kwietnia 1945 roku, siostra Carla De Noni z Villanova została trafiona serią pocisków z karabinu maszynowego. Kula, która trafiła w podbródek, zmiażdżyła jej żuchwę oraz otaczające tkanki miękkie. W ocenie lekarzy, stan zakonnicy był beznadziejny. Jeżeli nawet przeżyje, nie będzie mogła mówić- wyrokowali.  Kiedy siostra Carla była już w agonii, matka przełozona Zgromadzenia Misjonarek Męki Naszego Pana Jezusa poleciła wszystkim zakonnicom modlić się o cudowne uzdrowienie siostry za wstawiennictwem salezjanina ks. Filippa Rinaldiego (1856 – 1931). Pod koniec czerwca 1945 chora obudziła się rano... zupełnie zdrowa. „Zobaczyłam – wspominała – że broda już nie opada. Dotknęłam jej dłońmi i poczułam coś twardego w środku oraz zauważyłam, że język jest na swoim miejscu”- opisywała po zdjęciu opatrunków. Siostra Carla mogła też mówić. Badania wykonane w latach 40., a później w latach 80. potwierdziły odtworzenie ok. 4 cm kości żuchwy. Tkanki miękkie zostały odtworzone w sposób, który przywracał w pełni ich wszystkie funkcje. Lekarze uznali to za cud, niewytłumaczalny z punktu widzenia nauki. Podobną opinię wydali członkowie konsulty medycznej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Dekret o cudzie za przyczyną ks. Filippa Rinaldiego Watykan ogłosił 3 marca 1990 roku. 29 kwietnia 1990 roku Rinaldi został beatyfikowany. 

PŁACZĄCA FIGURA MATKI BOŻEJ

Do płaczących figur świętych Kościół podchodzi najbardziej ostrożnie, można powiedzieć, że wręcz sceptycznie. Jednym z niewielu tego rodzaju wydarzeń, uznanych za cud, jest płacząca rzeźba Matki Bożej z Akito w Japonii. Rzeźba znajduje się w domu Instytutu Służebnic Eucharystii.W lipcu 1973 roku na prawej ręce figury pojawiła się krew, natomiast we wrześniu tego roku, rzeźba zaczęła się... Pocić. Wydzielała wówczas słodki zapach kwiatów. Od stycznia 1975 do września 1981 roku z oczu Matki Bożej zaczęły natomiast płynąć łzy. Zjawisko powtórzyło się ponad 100 razy i było widziane przez ok. 500 osób. Tego rodzaju zjawiska były związane z objawieniami maryjnymi, których doświadczała s. Agnes Katsuko Sasagawa. Zostały one uznane za kontynuację objawień z Fatimy, ponieważ w Akito Matka Boża także wzywała świat do pokuty, nawrócenia, a przede wszystkim modlitwy różańcowej. Krew, pot i łzy zostały poddane badaniom, a do ich przeprowadzenia zaproszono również niewierzących naukowców z miejscowego uniwersytetu. To właśnie jeden z nich, dr Kaoru Sagisaka, stwierdził, że krew, pot i łzy są pochodzenia ludzkiego. Biskup diecezji uznał te objawienia za zjawisko nadprzyrodzone w 1984 r. Sześć lat później japoński episkopat wydał oświadczenie na ten temat. 

CUDA EUCHARYSTYCZNE

Od 750 roku tego rodzaju cudów odnotowano na całym świecie aż 132. Hostie krwawiły lub zamieniały się w skrawek mięśnia sercowego, wino natomiast zamieniało się w krew. Jeden z ostatnich cudów eucharystycznych, już potwierdzonych naukowo i uznanych przez Kościół, miał miejsce w sierpniu 1996 w Buenos Aires. Ks. Alejandro Pezet został poinformowany po mszy świętej, że ktoś porzucił konsekrowaną hostię. Kapłan chciał ją spożyć, jednak była zabrudzona, umieścił ją więc w naczyniu z wodą i zamknął w tabernakulum. Jak się później okazało, hostia powiększyła się i zamieniła w krwawy mięsień. Po miesiącu ks. Pezet umieścił hostię w naczyniu z wodą destylowaną. Nic nie uległo zmianie, a po trzech latach dzisiejszy papież Franciszek, wówczas jezcze metropolita Buenos Aires, polecił zbadanie hostii przez naukowców. Próbkę przesłano do USA, bez informacji skąd pochodzi. Badano ją w laboratoriach w San Francisco i w Nowym Jorku. Kardiolog i patolog medycyny sądowej dr Frederic Zugibe nie miał wątpliwości, że „badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. (...) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że serce żyło w chwili pobierania wycinka (...). Co więcej, białe ciałka wniknęły w tkankę, co wskazuje, że to serce cierpiało, np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej”. Cudowna hostia jest wystawiana na widok publiczny.

STYGMATY OJCA PIO

Ojciec Pio to najsłynniejszy spośród ok. 320 stygmatyków w historii Kościoła Katolickiego. Jak doskonale wiemy, zakonnik miał również wiele innych cudownych właściwości, takich jak bilokacja, proroctwa, wizje, uzdrawianie. Przez pół wieku ojciec Pio nosił krwawe rany dokładnie w tych samych miejscach, gdzie ukrzyżowany Chrystus: dłonie, stopy i bok. "Dłoń można tylko przymknąć z wielkim wysiłkiem i niecałkowicie. Na stopach są okrągłe rany. Ciągle sączy się z nich krew, która moczy buty. Naciśnięcie tych ran palcem sprawia bardzo silny ból. Na lewym boku klatki piersiowej jest zranienie w formie odwróconego krzyża”- opisywał w 1919 r. prof. Jerzy Festa. Stygmaty o. Pio otrzymał po raz pierwszy w 1910 r., jednak wkrótce zniknęły, by ponownie pojawić się po ośmiu latach. Zakonnik nosił je aż do śmierci 23 września 1968 r. Rany nie goiły się, jak również nie ulegały zakażeniu. Kapucyn usiłował je ukrywać. Nosił rękawiczki, ale i przez nie sączyła się krew, która według świadków wydzielała przyjemny zapach kwiatów. Lekarze i komisje kościelne, po wielu badaniach ran, uznali, że ich pochodzenie jest medycznie niewyjaśnione, mimo iż sceptycy zarzucali o. Pio wywoływanie ich poprzez środki chemiczne. W chwili śmierci zakonnika stygmaty zniknęły, nie pozostawiając blizn.

MARTA ROBIN- PRZEZ PÓŁ WIEKU JEJ JEDYNYM POSIŁKIEM BYŁA EUCHARYSTIA

W 1918 r. zaledwie 16-letnia Marta Robin zaczęła chorować. To prawdopodobnie wirusowe zapalenie mózgu doprowadziło ją 11 lat później do całkowitego paraliżu. Od tamtej pory, aż do śmierci w 1981 r. Robin leżała w łóżku. Nie mogła jeść ani pić, gdyż paraliż objął również jej przełyk. Jakim cudem ta mistyczka i stygmatyczka przeżyła pół wieku? Jej pokarmem była... Komunia Święta, którą raz w tygodniu przynosił jej ksiądz. Przez dom Marty Robin przewinęły się dziesiątki tysięcy ludzi, również naukowcy i sceptycy. Od 1991 roku toczy się jej proces beatyfikacyjny. 

ajk/Plus Minus, Fronda.pl