Rozczarowanie, czyli rok 1968 o sobie - zdjęcie
27.12.17, 19:45fot. n4thaniel, lic. CC BY-SA 4.0 via Wikipedia

Rozczarowanie, czyli rok 1968 o sobie

Rozczarowanie i niezdolność do odpowiedzi na fundamentalne pytania skutkuje w warstwie światopoglądowej najzwyklejszym cynizmem, a w życiu codziennym - powrotem do uprzednio zanegowanych struktur. Najdobitniej świadczą o tym krytyczne spostrzeżenia Houellebecqa, Faithfull i Bertolucciego, którzy na byłych „rewolucjonistach" nie pozostawiają suchej nitki.

 

ROZCZAROWANIE czyli rok 1968 o sobie

Marek Horodniczy

Pismo Poświęcone Fronda nr 39

Wydarzenia końca lat 60. przyjmowały w Europie i Stanach Zjednoczonych różne formy. Różnice nie były jednak aż tak wielkie. Stary kontynent postawił bardziej na retorykę polityczną, a Ameryka - znudzona konsumpcją - wybrała ucieczkę od rzeczywistości, eksperymentując z narkotykami i nowymi ruchami religijnymi. Chodziło jednak o to samo - młodzież uznała, że czuje się zmęczona stylem życia ufundowanym na drobnomieszczańskich wartościach i wewnętrznie wypalonej, z nazwy już tylko chrześcijańskiej, cywilizacji. Pytanie o to, czy buntownicy byli w pełni świadomi tego, co robią, pozostaje oczywiście otwarte.

W 1982 roku Andre Frossard w książce Wiebryb i krzew rycynusowy stwierdził, że majowa rewolta studencka była dla cywilizacji zachodniej tym, czym dla biblijnej Niniwy Jonaszowe wezwanie do nawrócenia. Francuski pisarz i publicysta zastanawia się nad sensem tego wydarzenia w odniesieniu do historii Europy. Opinii Frossarda warto się przyjrzeć uważnie, bo jej autor to postać niezwykła. W pierwszej połowie lat 30. był skrajnym antyklerykałem uprzedzonym do instytucji Kościoła i religii w ogóle.

Taka postawa nie wzięła się znikąd. Frossard otrzymał solidną „formację" w domu . Jego ojciec był pierwszym przewodniczącym generalnym Komunistycznej Partii Francji. 8 czerwca 1935 roku 20-letni wówczas wojownik postępu doznał nagłego nawrócenia po wejściu do jednego z paryskich kościołów. Co ciekawe, nie od razu podzielił się swoimi przeżyciami. Odczekał niemal 40 lat, aż do czasu, kiedy stał się jednym z najbardziej opiniotwórczych francuskich publicystów, i dopiero wtedy wydał słynną książkę Bóg istnieje. Spotkałem Go. Sam mówi ł wtedy, że gdyby o swoim nawróceniu opowiedział zaraz po fakcie, nikt by mu nie uwierzył. Frossard do końca życia (zmarł w roku 1995) był jednocześnie członkiem Akademii Francuskiej i przyjacielem Jana Pawła II. To jemu papież udzielił swojego pierwszego wywiadu rzeki pt. Nie lękajcie się! Rozmowy z Janem Pawłem II. We wszystkich swoich książkach dawał świadectwo niezwykłej przenikliwości w diagnozowaniu sytuacji Kościoła i współczesnej cywilizacji. Szczególnie mocno widać to we wspomnianym wyżej Wielorybie..., 36 dowodach na istnienie diabła czy Słuchaj, Izraelu. Co zatem ten niezwykły człowiek ma do powiedzenia o rewolcie studenckiej?

Można powiedzieć, że w maju 1968 roku, podczas wielkich dni studenckiego buntu, rozmnożony Jonasz pojawił się w Niniwie. Była ona biblijną figurą społeczeństwa konsumpcyjnego, poziomą wieżą Babel, której przyszłą ruinę wszyscy zgodnie przepowiadali. Warto zauważyć, że ten oczyszczający okres trwał, podobnie jak w opisie biblijnym, około czterdziestu dni, zaś na ulicach zarzuconych miejskimi śmieciami też nie brakowało popiołu. Moraliści ujawniali wady i pożądliwości społeczeństwa mieszczańskiego. Jeśli nie wołali wyraźnie ku niebu, to przynajmniej bardzo głośno; jeśli nie było publicznej skruchy, to chociaż trochę poszczono. Ludność zniosła bunt bez buntu, tak jakby uznawała się winną i cierpliwie wysłuchała Jonasza zapowiadającego jej karę - która także i tym razem nie nadeszła.

Analogia między rokiem 1968 i Księgą Jonasza na pierwszy rzut oka wydaje się kompletnie absurdalna. No bo co wspólnego mają ze sobą napompowani lewacką nowomowa areligijni studenci z Jonaszem, a dwudziestowieczny Paryż z przeżartą najgorszymi grzechami Niniwą? Frossard twierdzi, że bardzo wiele. Dowodzi, że barbarzyńcy, którzy rozpętali „rewolucję", byli mimo ­ wolnymi nosicielami odnowy duchowej dla zmierzającego ku upadkowi świata Zachodu. Pisarz zdawał sobie oczywiście sprawę z faktu, że potencjalna odnowa duchowa szła przez barbarzyństwo i anarchię, ale to właśnie w takiej formie - kontynuuje - mogło dokonać się przezwyciężenie owej dekadenckiej stagnacji, która wyznacza schyłek kultury chrześcijańskiej:

Barbarzyńcy są, jeśli można tak powiedzieć, narzędziem Opatrzności. Pojawiają się, by rozum ludzki przyprowadzić z powrotem do Boga. Barbarzyńca jest kimś, kto zawsze zmierza do istoty rzeczy. Człowiek cywilizowany, który wchodzi do kościoła czy jakiejkolwiek zabytkowej budowli, podziwia architekturę, proporcje, ocenia, smakuje estetykę budynku, znajdując subtelną przyjemność w ustalaniu czasu jego pochodzenia. Natomiast barbarzyńca idzie prosto do ołtarza i zabiera kielich. Kradnie cenny przedmiot, gdyż zmierza do tego, co najistotniejsze. Barbarzyńca jest człowiekiem teoretycznie prymitywnym, któ­ ry nie troszczy się o względy estetyczne. Jego uderzeniowe nadejście atakuje samo „ego" cywilizacji. „Ja" powoli poddaje się przebóstwieniu w słabości i mierności. Barbarzyńca uniemożliwia człowiekowi zupeł­ ne skupienie się na sobie i czyni szparę w jego systemie zabezpieczeń; dokonuje brutalnego wyłomu otwierającego człowieka, gatunek ludzki, na nieskończoność, na absolut, na wymiar Boży.

Od wydarzeń majowych minęło już niemal 40 lat. Sformułowano też niejedną interpretację tzw. paryskiej wiosny '68. Zwykle były to opinie skrajne. Warto pokusić się zatem o spojrzenie na barbarzyńców ich własnymi oczami. Albo oczami autorów, których o puste krytykanctwo podejrzewać niepodobna, z tego prostego powodu, że ich biografie wystarczająco mocno wiążą się z rewoltą studencką. Słowem, swobodnie można próbować odpowiedzieć na pytanie, czy najazd barbarzyńców (którzy nie wtargnęli z zewnątrz, lecz byli „produktem" dogorywają­ cej cywilizacji) obudził świat Zachodu do ponownego spotkania z Bogiem?

 

Marianne pełna wiary

Być może wcześniej byli Elvis Presley i The Beatles, ale to Rolling Stonesi przeszli do historii jako popkulturowe uosobienie nihilizmu, perwersji i młodzieżowego buntu. Zloty okres działalności zespołu stanowił brytyjskie preludium wydarzeń majowych. Do 1968 roku Jagger i s-ka podłożyli już pod angielski middleclass-lifestyle takie rockowe bomby, jak Out Of Our Hands, December's Children (And Everybody's), Their Satanic Majesties Reąuest czy Beggars Banąuet. Tym samym byli w awangardzie nihilistycznej rewolty, swoją muzyką, tekstami i zachowaniem znacznie wyprzedzając buntowników kolejnych 10 lat. W 1969 roku zespół pożegnał Briana Jonesa. Po jednej z narkotykowo-alkoholowych libacji muzyk utopi ł się w basenie.

W 1964 roku do dworu Stonesów dołączyła Mariannę Faithfull, nieopierzona piosenkarka, która według niektórych przez kolejne lata miała prowadzić zespół ku moralnemu upadkowi. Dzisiaj całą tę historię możemy poznać dzięki wydanej niedawno książce Faithfull. Autobiografia. Pomimo upływu czasu stosunek artystki do przeszłych wydarzeń jest pełen gorących emocji, eksplodujących głównie w obszernych fragmentach poświęconych życiu Micka Jaggera, Keitha Richardsa i Briana Jonesa.

O pozostałych członkach zespołu piosenkarka nie pisze prawie w ogóle, ponieważ wokół nich nie koncentrowało się „wielkie życie". Jej wspomnienia należy traktować jako świadectwo czasów, a co za tym idzie, z dużą ostrożnością oceniać ich wartość faktograficzną. Najbardziej interesująca jest tutaj, dokonana z dzisiejszej perspektywy, diagnoza „osiągnięć" obyczajowych towarzystwa skupionego wokół zespołu. Tym bardziej że Stonesi byli wówczas na etapie prześcigania Beadesów w dziedzinie środowiskowego prestiżu. Ich wpływ na umysły młodych Europejczyków i Amerykanów był bardziej przemożny, niż jesteśmy to sobie dzisiaj w stanie wyobrazić. Atutem Autobiografii jest za to pewna naiwność w postrzeganiu rzeczywistości.

To dzięki niej bez zbędnego filozofowania możemy poznać charakter i wartość atmosfery panującej na dworze królów rock'n'rolla. Już na początku dowiadujemy się, o czym dyskutowały gwiazdy popu, beatnicy, muzycy folkowi i modni żurnaliści podczas jednego ze spotkań u ojca chrzestnego muzyki rockowej - Boba Dylana:

A więc naprawdę siedziałam z tymi wszystkimi pomyleńcami i kwiatem bohemy. Jednocześnie starałam się jak najszybciej zorientować, co jest grane. O czym oni rozmawiali w tym świętym miejscu? O pogodzie. Słowo daję, to był temat rozmowy bogów.

Najwyraźniej zdziwiona tym faktem, Mariannę nie zaprzestała zgłębiania tajników gwiazdorskiego życia, tym bardziej że ona również była wówczas cał­ kiem popularną gwiazdką pop. Trzymając rękę na pulsie bieżących trendów w sztuce, wędrowała z Rolling Stonesami po całym świecie. Z jej opowieści wynika, że chlebem powszednim ich eskapad było swoiste celebrowanie życia - rodzaj teatru - które miało na celu zespolenie w jedną całość życia i sztuki.

Bardzo często w jej wspomnieniach pojawiają się również odniesienia do świata pogańskich wierzeń. Ciekawe, że najczęściej w nawiązaniu do życia członków zespołu. Potrzeba duchowa, o której wspomina ł Frossard, staje się tutaj jak najbardziej realna, tyle że przyjmuje ona formę posuniętej do granic absurdu wiary... w człowieka. Ten powielany później przez „wyznawców" gwiazd popkultury bałwochwalczy stosunek do idola Faithfull obrazowo opisała przy okazji jednego z koncertów Stonesów. Swoje doświadczenie określiła jako niemal inicjacyjne, używając w stosunku do niego słów: „Mroczne, fanatyczne i niebezpieczne":

Wszyscy wpadli w trans. Mick zaklinacz węży. Całą tę halę opanowała dionizyjska masowa histeria. Mick z łatwością sterował tymi dzieciakami. Wiedział dokładnie, jak dotrzeć do ich dzikich, pierwotnych instynktów. Byłam poganką na ceremonii, którą rozumieli tylko ci, którzy przyszli tu w prawdziwej wierze. Zupełnie straciłam orientację. Byłam na plaży w Tunezji, otoczona przez ludożerców, byłam w „Wiosce przeklętych", ale nie potrafiłam myśleć o ceglanym murze. Jednak nie czułam zagrożenia, bo przecież byłam niewidzialna. To nie mnie chcieli rozszarpać na kawałki, lecz Micka. Mick był ich Dionizosem. Tańczącym bogiem.

O obecności mrocznych sił jest w książce zresztą mowa jeszcze w wielu miejscach, np.

W moim związku z Mickiem była bez wątpienia jakaś nadprzyrodzona moc, coś transcendentalnego. Ta siła górowała nad nami, a mnie omal nie zabiła.

Mick Jagger miał pełną świadomość wpływu, jaki wywiera na ludzi. Któregoś razu w trakcie narkotykowego seansu wokalista Stonesów objawił się Mariannę jako Siwa. W połowie lat 60. właściwie cała londyńska bohema nadużywała narkotyków. Jednak w otwieraniu się na nowe duchowe bodźce nie chodziło jedynie o chemiczną stymulację. Filary środowiska fascynowały się - zupełnie otwarcie to przyznając - okultyzmem i satanizmem:

W tamtym okresie na mojej szafce nocnej leżały przeważnie lektury na temat okultyzmu i książki lekko pornograficzne. Interesowała mnie magia, Eliphas Levi, tajemniczy francuski magik z dziewiętnastego wieku, Aleister Crowley. Fascynowało mnie to wszystko - zakazane książki, zakazane przyjemności.

Autobiografia Faithfull, będąc w zamierzeniu próbą rozliczenia się z trudną przeszłością (artystka po rozstaniu z Jaggerem przez wiele lat prowadziła życie kloszarda, nie mogąc wydobyć się z nałogu narkotykowego), stała się w istocie mimowolnym atakiem na „etos" generacji określanej mianem pokolenia '68. Na przykładzie jej biografii okazało się bowiem, że za szumnymi deklaracjami zmiany świata nie poszły żadne konkrety. Skończyło się na destrukcji i nihilizmie:

Anarchia i hedonizm, wszystko, za czym opowiadali się Stonesi w okresie Goat's Head Soup, było już przebrzmiałe. Zabrakło siły sprawczej, duszy, a spowodowała to heroina i kokaina. To był rozkład, nie anarchia. Jednym z najtrafniejszych argumentów przeciwko niej było zawsze pytanie: co z tego wyniknie? Czy sama anarchia nie jest tylko kolejnym symptomem? Zburzymy wszystko, a potem? Na to nigdy nie mieliśmy odpowiedzi. Chcieliśmy wszystko zmieniać, cały świat, ale nikt nie wiedział jak, i skończyło się na ekscesach, destrukcji, gorzkich rozczarowaniach.

Ta diagnoza wypowiedziana po latach robi duże wrażenie, splatając się ze sposobem myślenia Frossarda. Rewolta 1968 roku nie była żadną rewolucją, ponieważ rewolucja daje zawsze - fakt, że zwykle kaleki - plan odnowy. W wypadku fermentu o nazwie Rolling Stones mam y do czynienia raczej z bolesnym policzkiem wymierzonym mieszczańskiej Anglii. Policzkiem, który w efekcie pozostawił jedynie niewielki czerwony ślad. A w związku z tym myśl o odnowie religijnej została „czasowo zawieszona". Po prostu - barbarzyńcy nie zadali „starej cywilizacji" poważnych strat.

 

Zblazowany wizjoner

Bernardo Bertolucci nigdy nie krył swojej niechęci, a nawet nienawiści do tradycji. Więcej - od początku lat 60. reżyser był wręcz w awangardzie kontestacji. W 1968 roku wyreżyserował swoje pierwsze poważne dzieło pt. Partner i od razu ostrze krytyki skierował precyzyjnie przeciwko „skostniałej kulturze Zachodu". Film był jedynie wstępem do dalszych artystycznych poczynań. Wyraźnie „antysystemowe" zabarwienie miały również oparty na prozie Alberta Moravii Konformista oraz Strategia pająka. Oba filmy negowały zgniliznę Zachodu nie wprost. Tłem wydarzeń był w nich faszyzm włoski, który w tamtym czasie symbolizował przedmiot niechęci reżysera. Faszyzm jako filtr oglądu rzeczywistości przełomu lat 60. i 70., faszyzm jako apogeum degeneracji. Autentycznym skandalem było jednak Ostatnie tango w Paryżu.

Tutaj mamy do czynienia z dziełem programowym, które na długie lata wyznaczyło filmowym salonom kierunek rozważań o schyłku Europy. Znajdziemy tu wszystko, z cze go zasłyną! później włoski twórca. Przede wszystkim nawiązujący do Śmierci w Wencji Viscontiego obraz umierającej cywilizacji, którą cechuje jakieś piękno w stanie rozkładu. Nawiasem mówiąc, podobną perspektywę przyjął Bertolucci w Rzymskiej opowieści, dochodząc jednak do skrajnie różnych wniosków. O tym za chwilę. Ostatnie tango... jest przede wszystkim radykalnym atakiem na tzw. mieszczańskie wartości. Jest to wojna z chrześcijańskim rozumieniem miłości, które jak zmora unosi się nad zniewoloną Europą. Takie rozumienie miłości - zdaniem reżysera - jest dzisiaj niemożliwe, a wręcz szkodliwe. Prowadzi ono ludzi do frustracji i nienawiści - tak jak w wypadku bohatera filmu (granego przez Marlona Brando), który nie mogąc pogodzić się z samobójczą śmiercią żony, wchodzi w perwersyjny związek z pewną młodą paryżanką. Romans naznaczony wyuzdanym seksem trwa trzy dni.

Amerykanin i Francuzka nie chcą nawet znać swoich imion, co wskazuje na ukryte przekonanie, że poznanie drugiego człowieka może prowadzić tylko do pomnożenia bólu i kolejnych niepożądanych komplikacji. Nad filmem unosi się śmierć. Po jego obejrzeniu można swobodnie stwierdzić, że jest to jedna z najlepiej zrealizowanych apologii destrukcji jako takiej. Bertolucci nie chce (lub nie może) wskazać drogi wyjścia z sugestywnie przedstawionego piekła na ziemi. Jest barbarzyńcą, który uderza w najświętsze miejsce zachodniej cywilizacji i wskazuje jego głęboką dysfunkcję, a zaraz potem bezradnie rozkłada ręce. Włoski artysta, podobnie jak Faithfull, jest raczej prostolinijny. W czasie, gdy wcho dził do wielkiej gry w filmowym światku, za dogmat przyjął niechęć do wypalonej wojną Europy. Słusznie zauważył, że nie ma w niej już życia.

Jednak, jak na barbarzyńcę przystało, poruszał się w obrębie tego, co zastał, jak słoń w składzie porcelany. Przede wszystkim błędnie diagnozował rolę chrześcijaństwa, utożsamiając je z postoświeceniowym paradygmatem, który w istocie zanegował religię jako zabobon. Kościół - rozumował - jest przecież częścią świata, który jak najszybciej musi odejść w niepamięć. Owa prostolinijność, a w gruncie rzeczy również nieoryginalność poszukiwań, objawiła się w twórczości artysty później, wraz z takimi filmami jak Ostatni cesarz, Mały Budda i Rzymska opowieść. Fascynacja wschodem i „wielokulturowością", będąca późniejszą dominantą poszukiwań pokolenia '68, pokazała, że po nihilistycznym buncie nie pozostało już właściwie nic. Na szczególną uwagę zasługuje nieudana Rzymska opowieść. Opierając się na pomyśle podobnym do tego w Ostatnim tangu..., reżyser potwierdza diagnozę upadku cywilizacji, ale jednocześnie śmiało wyznaje: „Europie potrzebna jest świeża krew!". Ową życiodajną ideę uosabia młoda, piękna Afrykanka, w której bez pamięci zakochuje się główny bohater - włoski pianista i kompozytor Kinsky.

Znowu jest wielkie mieszkanie, samotność, dekadenckie piękno, ale tym razem pojawia się również fascynacja granicząca z miłością. Więcej - ma miejsce nawet coś na kształt ofiary, która ma skłonić dziewczynę do przyjęcia gorącego afektu. Pianista sprzedaje piękne antyczne meble, a w końcu także fortepian. Wszystko to symbolizuje starą Europę wraz z jej duchem. Potrzeba „nowego" prowokuje zerwanie wszelkich więzów z przeszłością. Wreszcie Bertolucci rozprawia się bezpośrednio z rewoltą 1968 roku w filmach Ukryte pragnienia i Marzyciele. Przyznam, że oba filmy poraziły mni e radykalną zmianą dotychczasowej optyki. Reżyser patrzy na dorobek rewolty z perspektywy kilkudziesięciu lat i przyjmuje wobec niej wręcz moralizatorsko-krytyczną pozę. Ukryte pragnienia to opowieść o niewinnej nastolatce poszukującej swego ojca. Bohaterka przyjeżdża do starej Europy ze Stanów Zjednoczonych - symbolu „nowego świata". Także tutaj pojawia się zatem tęsknota za „świeżą krwią".

Okazuje się, że dziewczyna poczęła się na początku lat 70. w pewnej toskańskiej posiadłości, a człowiek, który dotychczas podawał się za jej tatę, nie jest nim w istocie. Wskazówką do poszukiwań okazuje się jeden z ostatnich wierszy matki - poetki, która opowiada w nim historię krótkiej znajomości z pewnym mężczyzną. Reżyser niesłychanie sugestywnie nakreślił w filmie 50-, 60-letnich hippisów, którzy stracili wiarę w dawne ideały, a pozostał im już tylko cynizm i rozpacz. We włoskiej posiadłości odbywały się przeszło 20 lat temu spotkania artystycznej komuny, podczas których czczono sztukę, wolną miłość i kontestację. Refleksem tych wydarzeń jest po latach „zjazd" uczestników owych spotkań, w którym bierze udział bohaterka filmu. Wyczuwa się u Bertolucciego autentyczne zażenowanie, kiedy portretuje podstarzałych, wyzwolonych humanistów paradujących nago, opowiadających o traceniu cnoty czy roztkliwiających się nad czasami, które minęły. Jednocześnie w filmie obecny jest zachwyt nad niewinnością i młodością, która szuka „trudnej" prawdy i miłości. Czyją znajduje? W ostatnich scenach filmu główna bohaterka traci dziewictwo z pewnym młodym Włochem. Nie wiadomo, czy będzie z tego prawdziwa miłość, czy moż e dziewczyna popełni błąd swojej matki... Włoski reżyser nie uzmysłowi ł sobie jednak dotąd, skąd bierze się jego niechęć do czegoś, co niegdyś współtworzył .

Na to pytanie ostatecznie odpowiada w filmie Marzyciele, który - tak jak kiedyś Ostatnie tango... - wywołał wielką konsternację. Tym razem była to jednak reakcja typu: „Jak on mógł? On, genialne dziecko roku 1968?". Faktycznie, tym razem oskarżenie nie jest zawoalowane i ubrane w jakąś miłosną historię. Rzecz dzieje się w samym oku cyklonu, na kilkanaście dni przed rozpoczęciem zamieszek paryskich. Inteligenci, stymulujący rewoltę przedstawieni są tu jako ludzie nieświadomi tego, co robią, niezdecydowani, a ostatecznie kompletnie wyalienowani z rzeczywistości. „Rewolucję" robią m.in. dzieci takich właś­ nie francuskich „myślicieli" - rodzeństwo nastolatków pozostające ze sobą w związku kazirodczym. Ich jedyną aktywnością jest analizowanie dzieł kina światowego i wzajemne egzaminowanie się z wiedzy na ich temat. Do swego odrealnionego świata zapraszają pewnego niewinnego amerykańskiego studenta, którego w kilkanaście dni doszczętnie demoralizują.

Okazuje się, że inicjatorzy rewolucyjnych zmian obyczajów nie mają w sobie nic prócz entuzjazmu i wewnętrznej zgnilizny. Film wieńczy wstrząsająca scena, w której rodzice, którzy wyjechali z Paryża na urlop, wracają wcześniej, niż zamierzali, do domu. Zastają tam roznegliżowane, spite do nieprzytomności własne dzieci, które śpią w jednym łóżku ze swym amerykańskim przyjacielem (po upojnej nocy w „trójkącie"). Rodzice wstydzą się na siebie spojrzeć i mim o swoich postępowych poglądów są zgorszeni. Postanawiają jednak pociech nie budzić. Zostawiają im tylko czek na większą sumę i uciekają z powrotem z Paryża. Kilka godzin później rodzeństwo wychodzi na barykady. Film nie pozostawia złudzeń - barbarzyńcy nie mieli w sobie niczego z romantyków, nie powodowała nimi żadna parareligijna idea, a poza tym byli niedouczeni i zakłamani.

Czy w tym kontekście sprawdza się Frossardowy obraz buntowników-moralistów, którzy napominają umierającą cywilizację? Jedno jest pewne - namys ł nad twórczością Bertolucciego pokazuje wyraźnie, że reżyser nie wyleczył się raczej z niezgody na starą Europę z jej dziedzictwem. Wyleczył się za to z bezkrytycznego legitymizowania buntu dla samego buntu.

Postmodernistyczne moralizowanie

Michel Houellebecą nie jest bohaterem wydarzeń 1968 roku. Urodził się 10 lat przed wybuchem rewolty, mógł więc jedynie nasiąknąć atmosferą tamtych lat. Jednakże właśnie ten okres w dziejach XX-wiecznej Europy interesuje go najbardziej. Opublikował dotąd cztery powieści, z których co najmniej trzy w jakiś sposób dotykały wydarzeń majowych. Krytycy - jak informuje polski wydawca jego książek - dopatrywali się w prozie Houellebecąa napiętnowania pokolenia '68, konsumpcjonizmu, liberalizmu, religii, lewicy, prawicy, białych, czarnych, hippisów, grubasów, Brazylijczyków, Salmana Rushdiego, Aldousa Huxleya i niemieckich różokrzyżowców. Słowem, autor chce swoim pisarstwem krytykować wszystkich i wszystko, na czym, jak już wiadomo, zbił całkiem niezłe pieniądze. Więcej - wypiera się pobratymstwa ideowego z kimkolwiek. Na podstawie lektury jego książek trudno stwierdzić, czy jest to autentyczna niechęć do identyfikacji, czy kolejna zagrywka promocyjna.

Co do jednego można być pewnym - ten rodzaj pisania spełnia w znacznym stopniu kryteria „artystycznego postmodernizmu". Dlaczego tylko w znacznym stopniu? Przecież do charakterystycznego dla estetyki postmodernistycznej mylenia tropów interpretacyjnych należy dorzucić jeszcze quasi-naukowe eseje umieszczane ni z tego, ni z owego w kluczowych fragmentach książek, swoisty chłód narracyjny i przesadne epatowanie seksem. Katalog takich środków każe widzieć francuskiego prozaika jako kolejną gwiazdę „nowej literatury". A jednak jest w jego książkach coś, co nie pozwala uznać go za stuprocentowego postmodernistę . Houellebecą w dwóch sytuacjach staje się gorącym moralistą - kiedy odnosi się do skutków konsumpcyjnego sposobu życia oraz gdy zastanawia się nad dorobkiem pokolenia '68. Od razu trzeba nadmienić, że pisarz umieszcza oba zagadnienia w porządku przyczynowo-skutkowym. Najpierw był majowy zryw, a potem - jako jego nieoczekiwana konsekwencja - hiperkonsumpcja. Najwyraźniej widać to w Cząstkach elementarnych.

Atmosfera wypalenia - wspólna zresztą także Faithfull i Bertolucciemu - skutkuje znowu postawą nihilistyczną. Doświadczenie duchowego wyniszczenia odnosi się w takim samym stopniu do czasów przed rokiem 1968 i po nim. Bohaterami swojej prozy czyni francuski pisarz ludzi, którym dane było wychowywać się na przełomie lat 60. i 70. Uzasadnione wydaje się domnie ­ manie, że autor dzieli się z czytelnikiem również swoim własnym doświadczeniem. Istnieją bowiem podobieństwa w jego biografii i w biografiach braci Bruna i Michela (bohaterów Cząstek elementarnych). Ich historia prowadzona jest tak, by czytelnik niemal fizycznie poczuł obrzydzenie do infantylizmu i nieodpowiedzialności rodziców, którzy powołali chłopców na świat. Obaj od zarania swojego życia doświadczali fizycznego bólu istnienia. Jeden był wciąż upokarzany, drugi alienował się w naukę. Wszystkie te wydarzenia poprzedzają jednak narodziny, które oczywiście nie były oczekiwane z radością.

Chłopcy przyszli na świat z dwóch krótkotrwałych związków Janinę - nawiedzonej hippiski. Janinę wkrótce „przechrzciła się" zresztą na modniejsze, „amerykańskie" imię Jane. Żaden z synów nie był przy matce. Zamiast ich wychowywać, wolała spędzać czas, medytując i ćpając w komunach. Ojcowie Michela i Bruna, którzy zajmowali się sztuką i biznesem, wykazywali podobnie nikle zainteresowanie opieką nad dziećmi. Ojciec Michela odwiedził kiedyś komunę hippisowską, w której Janinę wówczas przebywała z dzieckiem:

Dom wydawał się opuszczony. Ale w salonie siedziała po turecku na dywanie może piętnastoletnia zupełnie naga dziewczyna. - Gone to the beach... - rzuciła w odpowiedzi na jego pytanie, po czym z powrotem zapadła w apatię. W sypialni Janinę wielki brodacz, najwyraźniej pijany, leżał w poprzek łóżka i chrapał. Marc nastawił ucha; usłyszał jakieś jęki czy rzężenie. W sypialni na piętrze panował odrażający smród, słońce wpadało przez szybę, rzucając ostre światło na czarno-białą glazurę. Jego syn czołgał się niezdarnie po posadzce, ślizgając się co chwila w kałuży uryny i ekskrementów. Mrużył oczy i bez przerwy jęczał. Wyczuwając ludzką obecność, rzucił się do ucieczki. Marc wziął go na ręce; przerażona, mała istota drżała w jego ramionach. Wyszedł; w pobliskim sklepie kupił fotelik dla dziecka. Napisał kilka słów do Janinę, wsiadł do samochodu, przypiął dziecko do fotelika i ruszył, kierując się na północ. [•••] Od tego dnia Michel był wychowywany przez babkę, która po przejściu na emeryturę zamieszkała w departamencie Yonne, skąd pochodziła.

Chłód bijący z tej opowieści przekłada się następnie na sposób prowadzenia narracji. Houellebecą świadomie używa beznamiętnego kronikarskiego stylu. Cierpienie, przedstawiane w ten sposób, staje się niesłychanie dojmujące dla czytelnika, który przecież potrzebuje od pisarza jakiegoś potwierdzenia swojego oburzenia. Życie chłopców przeistacza się potem w rodzaj smutne j egzystencji - Bruno pławi się w pornografii i bezskutecznie szuka miłości, Michel - również nie będąc zdolny do miłości - ostatecznie przyjmuje postawę ubó­ stwienia nauki. Kiedy dochodzi do nich informacja o bliskiej śmierci matki, mężczyźni udają się we wskazane miejsce, żeby oddać jej ostatni „hołd":

Cerę miała ziemistą, bardzo ciemną, z trudem oddychała, wyraźnie doszła do kresu; ale w półmroku, nad krogulczym nosem błyszczały białka jej ogromnych oczu. [...] Bruno opadł ciężko na krzesło stojące obok łóżka. - Stara kurwa z ciebie... - wypowiedział pouczającym tonem. Zasługujesz na to, żeby zdechnąć. - Michel usiadł naprzeciwko niego u wezgłowia i zaciągnął się papierosem. - Chciałaś, żeby cię spalić? - ciągnął Bruno z werwą. - Proszę bardzo zostaniesz spalona. Wsypię to, co zostanie po tobie, do jakiegoś pudełka i co rano, jak tylko się obudzę, odleję się na twoje popioły. - Potrząsnął z satysfakcją głową; Jane wydała z siebie jakiś chrapliwy dźwięk.

Książka drobiazgowo opisuje społeczne i kulturowe konsekwencje rewolty '68. Francuski skandalista jest cyniczny i bezwzględny. Być moż e dlatego powieść spotkała się z tak ostrym przyjęciem we Francji? Podobnie zresztą jak kolejna jego książka pt. Platforma, opowiadająca historię o świecie nieumiarkowanej konsumpcji. Houellebecą nie ucieka w niej oczywiście od krytyki „rewolucji nihilizmu", jednak po zakończeniu lektury widać, że autor powiela schemat krytykowania wszystkiego za wszelką cenę. Widać tu przemyślaną strategię promocyjną, a przekaz nieuchronnie traci na wiarygodności. Czytelnik odnosi wrażenie, że nihilistyczna postawa pisarza jest idealnie skrojona pod oczekiwania społeczne.

Niewidzialną barierą jest niechęć wydobycia się z bagna nihilizmu, ku proklamowaniu czegoś bardziej budującego. Obawiam się, że w wypadku Houellebecąa jest to bariera nie do przejścia. Lepiej bowiem sprzedaje się skandal i perwersja. A ponadto - i to wydaje się ważniejsze - autor nie znajduje już dystansu, z któ­ rego mógłby dostrzec, że świat nie jest taki zły, jak mu się wydaje. To przecież „ten świat" tak chętnie, kupuje jego książki! Autor we własnym mniemaniu pozostaje bardzo uczciwy. Zważywszy na pozycję pisarza we Francji, porównywalną jedynie do popularności gwiazd muzyki pop, wpływ jego twórczości na masy wydaje się przemożny. Można powiedzieć, że także w tym wypadku Frossardowa diagnoza „odnowy ducha Europy przez rewoltę barbarzyńców" staje się - przynajmniej tymczasowo - bezzasadna.

Wszak Houellebecqowi pozostaje już tylko permanentne oskarżanie i histeryczny rechot. *** Oczywiście artystów zdystansowanych wobec wydarzeń końca lat 60. jest znacznie więcej - np . Leonard Cohen, który wiele lat po wydaniu w 1966 roku Pięknych przegranych - jednego z manifestów rewolty - uciekł do klasztoru buddyjskiego i ostatecznie został tam wyświęcony na mnicha (charakterystyczne jest to, że nie odczuwał potrzeby szukania prawdy bliżej własnych korzeni i wszedł na typową dla artystycznej bohemy drogę duchowości wschodu); albo Bob Dylan - ojciec chrzestny muzyki rockowej, bard, poeta, jedna z najważniejszych postaci inspirujących młodzieżowy bunt, po etapie przewodzenia kontrkulturowym salonom i wielu chrześcijańskich iluminacjach ostatecznie zagrał koncert dla papieża Jana Pawła II. Można by wymieniać znacznie dłużej.

Rozczarowanienie doprowadziło bohaterów '68 do postawienia kilku fundamentalnych pytań, np. dlaczego nam się nie udało? Czy mieliśmy coś istotnego do powiedzenia? Czy efekty naszych działań nie przyniosły w rezultacie więcej złego niż dobrego? Nie moż e w związku z tym dziwić, że ogromne rzesze hippisów i lewaków - z Billem Gatesem na czele - z powodzeniem rozpoczęły wielkie kariery w biznesie i polityce. Rozczarowanie i niezdolność do odpowiedzi na fundamentalne pytania skutkuje w warstwie światopoglądowej najzwyklejszym cynizmem, a w życiu codziennym - powrotem do uprzednio zanegowanych struktur. Najdobitniej świadczą o tym krytyczne spostrzeżenia Houellebecąa, Faithfull i Bertolucciego, którzy na byłych rewolucjonistach nie pozostawiają suchej nitki. Frossard opisuje ten mechanizm następująco:

Istniejący początkowo poryw pochodzenia duchowego pod wpływem zupełnie nieoczekiwanego sukcesu zmienił się w ideologię, wpisując się w przestarzałe schematy rewolucyjne. [...] Wielu młodych, dawnych młodych, dawnych bardzo młodych, którzy robią wrażenie trochę „przebrzmiałych", powróciło do świata, który czekał na nich chichocząc. Podziwiałem ich odwagę, gdy świat widział jedynie ich bezładną i niszczącą pasję. Dziś prowadzą życie jakby na marginesie. Wprawiło ich w ruch coś bardzo potężnego i dość jasnego. Potem to ulotne światło zniknęło i oto znów nie mogą wyjść z ciemnego wnętrza wieży Babel.

W planie duchowym rewolta poniosła zatem sromotną klęskę. Ta diagnoza stanie się jeszcze bardziej przygnębiająca, gdy zauważymy, że kolejna próba złamania cywilizacyjnego status quo spełzła na niczym tylko dlatego, że barbarzyńcy przychodzili z wnętrza umierającej cywilizacji. Kilka lat po paryskim maju w Wielkiej Brytanii podobną klęskę poniesie ruch punkowy. Powody porażki będą bardzo podobne, z tą jednakowoż różnicą, że znacznie szybciej znajdą się tam ludzie, którzy „pokoleniowy bunt" będą chcieli z dużym zyskiem sprzedać. Czy zatem zostały już wyczerpane wszelkie możliwości potrząśnięcia skostniałą cywilizacją? Dwudziestowieczne doświadczenie uczy, że ruchy o charakterze społeczno-aktywistycznym zwykle wydają z siebie doniosły manifest, by za chwilę spalić się we własnym ogniu. Owszem, ta chwila moż e trwać dłużej lub krócej, zawsze jednak kończy się bolesnym upadkiem. Może istotną wskazówkę mógłby tutaj dać Bob Dylan, który oddając hołd Janowi Pawłowi II, skonstatował zapewne, że upadłej cywilizacji potrzebny jest prorok. O potrzebie proroka pisze także Frossard:

Zadaniem proroka jest przywrócić człowieka do jego pierwotnego przeznaczenia, czyli do uwielbienia Boga. W naszych czasach nikt tego nie robi. Jan Paweł II, owszem, sprowadza nas na dobrą drogę, do istoty rzeczy, lecz sytuacja nie jest jeszcze wystarczająco napięta, abyśmy się spostrzegli, że jest on naszą ostatnią deską ratunku. Myślę, że pewnego dnia wywrze on wpływ decydujący na bieg wydarzeń. Dzisiaj poza Janem Pawłem II całkowicie brak wielkich głosów sumienia. Już od dawna nie słyszeliśmy niczego ważnego.

Te słowa zostały spisane w 1982 roku i już dzisiaj wiadomo, że były prorocze. Zwłaszcza że stosunkowo niedawno proklamowano coś, co w mediach masowych przyjęło się nazywać „pokoleniem JP2". Pontyfikat był w istocie dla wielu młodych ludzi doświadczeniem szczególnym. Większość z nich wręcz nie wyobrażało sobie Stolicy Apostolskiej z innym papieżem. Co więcej - dane im było słuchać człowieka, który już za życia uznawany był za świętego. Nauczanie papieskie dało tym ludziom „kompendium" postępowania, odnosiło się bowiem do niemal wszystkich aspektów ich egzystencji. Zycie i śmierć papieża wytyczyły również granicę końca wieku. Sądzę, że część historyków za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat oznaczy koniec XX-wiecznych totalitaryzmów nie rokiem 1989 i upadkiem Muru Berlińskiego lecz rokiem 2005 i wydarzeniem śmierci Jana Pawła II.

Jego w wielu miejscach profetyczne nauczanie (m.in. o totalitarnym charakterze popkultury czy niebezpieczeństwach dysproporcji ubóstwa i bogactwa między południem i północą) zawiera coś, co można nazwać kompletną diagnozą współczesności. Idąc za takim z grubsza opisem zakończonego dopiero pontyfikatu, dziennikarze ukuli termin „pokolenie JP2". Propagatorzy tego określenia mieli na myśli młodzież zapatrzoną w Karola Wojtyłę i jego dzieło. Niestety, jest to pojęcie z gatunku „życzeniowych". Na dzień dzisiejszy nie opisuje ono bowiem żadnej konkretnej grupy ludzi. Jasne wydaje się, że twórcom etykiety „JP2 Generation" zależało na skonfrontowaniu go z „pokoleniem '68". Trudno jednak porównywać coś, co jest nieźle opisane w literaturze, do czegoś, co w rzeczywistości nie istnieje.

„Pokolenie JP2 " miałoby - tak jak ja to rozumiem - stanowić spójny ruch, który opierając się na nauczaniu i świadectwie Ojca Świętego, buduje nowe instytucje i przekuwa dorobek pontyfikatu w rodzaj „państwa Bożego". Z grubsza wiadomo, co stanowi zaczyn ruchu 1968 roku - organizacja (nowa lewica francuska i niemiecka, międzynarodówka sytuacjonistów, ruch hippisowski w USA itp.), aktywność (rewolta kulturalna 1968 roku we Francji, terroryzm w wydaniu Baader/Meinhof, wojujący feminizm itp.), swoista „filozofia" (J-P- Sartre, G. Deleuze, J. Derrida, R. Dworkin, M. Foucalt czy J. Habermas) i współczesne przenoszenie do świata wielkiej polityki pomysłów z tamtych lat (np. Joshka Fischer czy Daniel Cohn Bendit w strukturach UE). Jak miałaby się zatem przejawiać aktywność przedstawicieli „pokolenia JP2"? Trudno powiedzieć. Widać jednak wyraźnie, że w związku z przełomem doświadczenia religijnego istnieje wielka potrzeba przebudzenia. Idąc za diagnozą Frossarda, nie sposób zaprzeczyć, że pontyfikat Jana Pawła II zasiał w ludzkich sercach (a szczególnie w sercach młodzieży) ziarna, które zakieł­ kują dopiero po jakimś czasie. Oczywiście już dzisiaj możemy obserwować jakościowe ożywienie wyznawców Kościoła. Formy radykalnego zaangażowania w sprawy wiary można by wymieniać długo.

Trudno jednak na razie mówić o pokoleniu, z którym można byłoby identyfikować jakiś program czy manifest. Porównując owo religijne ożywienie do polityczno-kulturalno-społecznego przełomu końca lat 60., należy stwierdzić, że 1. nie ma ono żadnej porównywalnej organizacji, 2. jego aktywność jest incydentalna (np. Świtowe Dni Młodzieży), 3. trudno powiedzieć, by istniał tu przyswojony katalog dzieł filozoficznych „pokoleniowo ważnych", 4. nie sposób zrównać aktywności żadnej partii politycznej z ewangelicznym radykalizmem. To, z czym mam y do czynienia, jest raczej oddolnym, ściśle religijnym ruchem, który odbywa się na różne sposoby, na różnorodnych drogach. Jednak wszystkie te drogi prowadzą do jednego, najważniejszego celu - formowania ku świętości. I tylko tutaj można dopatrywać się nadziei na odnowę kultury. Raz jeszcze warto przywołać Andre Frossarda:

Maj "68" byt momentem alarmowym, sygnałem. Potem znów wpadliśmy w bezwład, w przyzwyczajenie. Powiedziano: „No dobrze, to było takie krótkie spięcie, fałszywy alarm". Sformułowano różne wyjaśnienia tego wydarzenia, na przykład: „Młodzież musi się wyżyć", czy coś w tym rodzaju. Potem „majowe dzieci" rozproszyły się w naturze. Jedni stali się, powiedzmy, wyznawcami Nietzschego, inni zaczęli krążyć wokół klasztoru, nie wchodząc doń, jeszcze inni urządzili się w sektorze przemysłowym, a byli i tacy, co przedwcześnie schronili się pod krzewem rycynusowym, pełni goryczy, głębokiego niesmaku. Po tym gorącym okresie cywilizacja zachodnia wróciła zwyczajnie na dawne tory, nie wyciągnąwszy najmniejszych wniosków praktycznych i duchowych z wydarzenia. Dziś po pewnym czasie, gdy „maj '68 " nie jest jeszcze tak odległy, znowu mamy zupełną ospałość intelektualną. Powróciliśmy do naszych wymiocin, jak mówi Biblia. A jednak ten przebłysk miał miejsce i szykuje się ciąg dalszy.