"Resortowe dzieci": celnie, choć zbyt płytko - zdjęcie
21.01.14, 08:23fot. Wydawnictwo Fronda

"Resortowe dzieci": celnie, choć zbyt płytko

4

Rodowody ludzi mainstreamowych mediów zawsze cieszyły się zainteresowaniem. Wiedza na ten temat była traktowana jako nieco wstydliwy element czasów transformacji. Stanowiła niszowy segment debaty publicznej. Wszak przez lata przekonywano nas usilnie, iż niestosowną rzeczą, a nawet łajdactwem, jest grzebanie w kronikach rodzinnych elity medialnej III Rzeczypospolitej.

Rodzinne tabu

To było chore: przecież nikogo nie dziwi mówienie choćby o rodzinie Rothschildów czy też o rodach finansowych magnatów, którzy na dobre wpisali się w historię kapitalizmu i jego wszelkich odmian. Tylko o polskich rodach, stanowiących tę część nowej burżuazji, której korzenie sięgają stalinowskiej rzeczywistości, nie wypadało mówić. To tabu było bowiem konieczne dla utrzymania wysokiego stopnia zaufania do medialnych autorytetów.

Inna rzecz, że miłośnicy tego typu wiedzy byli niejednokrotnie zafiksowani na wątkach żydowskich albo piętrowych teoriach wyjaśniania świata od podszewki. Nie sprzyjało to rzetelnemu uwiarygodnieniu informacji choćby o familijno-środowiskowych koneksjach „resortowych dzieci”.

Stąd, gdy wpadały mi w ręce polskie książki wchodzące w historię rozmaitych związków rodzinno-biznesowych, zwykle odnosiłem wrażenie, że mają temat raczej zaciemnić i ośmieszyć, niż cokolwiek wyjaśniać. W tym też zasługa książki Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza, że wreszcie oferuje ona czytelny i rzeczowo udokumentowany przekaz. Tylko w ramach rozpaczliwej próby obrony bohaterów publikacji można próbować przekaz ów zwekslować jako np. antysemicki.

Ta publikacja to kompendium w rodzaju: „Kto jest kim w III RP?”, dotyczące jednak swoistej dziedziny: „wiedzy reglamentowanej”. Bo podobnie jak w czasach PRL (choć z innych już przyczyn) informacja wciąż stanowi zasób podlegający skrupulatnej kontroli. W Polsce długo kontrolowana była zwłaszcza ta wiedza, która dotyczyła „resortowych rodowodów”.

Ci sami ludzie, nowe doktryny

Nowa oligarchia, także medialna, buduje dziś peryferyjny kapitalizm i właściwe dla niego wyobrażenia społeczne i ideologiczne. Rodziny jej prominentnych reprezentantów tworzyły przed dziesięcioleciami zwasalizowaną przez ZSRR Polskę. Zdobyty wówczas kapitał polityczny i kulturowy, oparty na sowieckim wsparciu militarnym, nie pozostał jednak bez wpływu na losy dzieci i wnuków.

Gdy w pierwszych latach transformacji całe grupy społeczne oskarżano o roszczeniowość czy o chorobę zsowietyzowania, spod tego oskarżenia były wyjęte dzieci (post)komunistycznej elity. To one, jak niegdyś ich krewni, opowiadały i organizowały masom świat: tym razem w myśl doktryn ekonomicznych i społecznych wychwalających konieczną bezwzględność kapitalizmu.

Ale gdy jedni zyskiwali coraz większe profity, zdobywane wcale nie za sprawą „powszechnej równości szans”, reszta mogła dzielić resztki z pańskiego stołu – albo pogodzić się z życiową przegraną. Stąd ta książka jest dla mnie przede wszystkim pracą o strukturach (nowej) władzy i transferach wpływów w jej obrębie, nazwiska w pewnym sensie są wtórne.

Ta opowieść o „dworach III RP” ukazuje, jak najbardziej wpływowe koterie i grupy nacisku przez dziesięciolecia formalnie i nieformalnie kształtowały rodzimą rzeczywistość. W odróżnieniu od wielu krytyków publikacji nie uważam jednak, że są to już sprawy mało istotne. Nie są przede wszystkim ze względu na ciągnącą się długo zmowę milczenia wokół tych tematów.

Przez dobrych piętnaście lat przepoczwarzania się Polski praktycznie jedno środowisko medialne sprawowało rząd nad wyobraźnią społeczeństwa i jego nowych elit. Przesilenie stało się faktem dopiero później i wiązało się z tzw. aferą Rywina, wejściem do Polski koncernu Axel Springer, konfliktem ITI z Agorą oraz ugruntowaniem się tzw. mediów niezależnych.

Tylko z powodu wspomnianego przesilenia dziś możemy trzymać w ręku omawiany tu tytuł. Jest on teraz zwykłym, powszechnie dostępnym towarem, a nie „książką tajemną”, sprzedawaną gdzieś w „podziemnych księgarniach”, zapchanych produkcją dla „oszołomów”.

Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę na jeszcze jeden krytyczny głos dotyczący pierwszego tomu „Resortowych dzieci”. Dotyczy on faktu, że „dziennikarze znów zajmują się innymi dziennikarzami”. Sprawa ściśle wiąże się z pytaniem: kto ma patrzeć na ręce czwartej władzy? Otóż w polskich realiach tylko konflikt wewnątrzmedialny, nałożony na liczne spory tożsamościowe i historyczne (rzadziej gospodarcze), umożliwia pluralizm przekazu jako taki.

Tylko spory w środowisku samych mediów sprawiają, że dokonuje się swoista kontrola jednych środków przekazu przez drugie. I nie widzę tu jakiejkolwiek alternatywy dla tego mechanizmu, bo organizacje dziennikarskie są u nas dość słabe, a społeczna kontrola nad medialnymi koncernami pozostaje bliska zeru.

Czego w książce brak

Ja natomiast mam z tą publikacją inny problem. Rodzima debata publiczna bardzo często zastępuje poważne dyskusje o strukturalnych problemach III RP kwestiami personalnymi. Dyskutowanie o statystykach, procesach społeczno-gospodarczych i konsekwencjach przyjmowanych reform jest o wiele mniej ciekawe dla konsumentów medialnego przekazu.

Część czytelników „Resortowych dzieci” traktuje tę książkę po prostu jako niezłą rozrywkę, która zapewnia możliwość rozmowy o znienawidzonych twarzach mainstreamowych dziennikarzy-celebrytów. Michnik, Olejnik, Paradowska, Lis są znacznie ciekawsi niż dane dotyczące bezrobocia, służby zdrowia, systemu edukacji, struktury podatkowej i efektywności wykorzystania środków unijnych czy budżetowych.

A przecież mamy w Polsce choćby tak fundamentalne prace o realiach przemian jak czterotomowa książka prof. Jacka Tittenbruna, „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”. W III Rzeczypospolitej praca ta została dokumentalnie przemilczana niemal przez wszystkie media, niezależnie od ich ideowych i partyjnych afiliacji.

Nie bez przyczyny. Tittenbrun ujawnia obraz przemian, które nie pozwalają na zbudowanie prostej dychotomii: zła oligarchia o korzeniach PRL-owskich versus dobra, patriotyczna prawica, która jest „zawsze z ludem”. Czy ktoś zresztą jeszcze wierzy, że tylko „resortowe dzieci” w medialnym światku wspierały np. stworzenie w Polsce systemu zabezpieczeń społecznych bazującego na Otwartych Funduszach Emerytalnych?

Uczestnictwo w oligarchizacji rzeczywistości społecznej, budowanie hermetycznych grup wpływów, ślepe zapatrzenie w doktrynę wolnorynkową: to wszystko było także udziałem tych, którzy uważają się za najprawdziwszych Polaków, patriotów. Co więcej, sądzili oni, iż antykomunizm czyni nieomylnym ich zapatrzenie w post-thatcheryzm.

Tymczasem nie trzeba głębokich analiz, by spostrzec, że Zachód także doświadczył negatywnych konsekwencji kapitalizmu karteli i koncernów, politycznej władzy na usługach biznesu i demontażu państwa. A wszystko to zupełnie bez pomocy Michnika, Olejnik i Lisa.

Powtórzę na koniec: „Resortowe dzieci” to istotna książka, ale znam wiele znacznie ważniejszych, które jednak nie zrobiły takiej medialnej furory. To pozycja niewygodna dla wielu, bo opowiada o sprawach determinujących historyczne przemiany, na których ufundowana jest nasza rzeczywistość. Publikacja ta nie daje jednak pełnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego III Rzeczpospolita jest państwem coraz mniej efektywnym.

Krzysztof Wołodźko

Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz

„Resortowe dzieci. Media”

Recenzja ukazała się w Tygodniku "Nowa Konfederacja"

Fronda, Warszawa 2013

Komentarze (4):

anonim2014.01.21 10:23
i od razu odzywają się dyżurne patałachy...;)
anonim2014.01.21 11:42
polecam bardzo fajna książka przeczytałam
anonim2014.01.21 12:28
@arbiter Wielu było w Polsce komunistów ale relatywnie niewielu ubeków. UBek nie może się tłumaczyć w taki sposób, że "ten drugi też był komunistą". Od szeregowego komunisty do UBeka to kawałek drogi. Resortowe dzieci nie zostały opisanie dlatego, że ich rodzice to śmietanka komunistycznych siepaczy ale dlatego, że komunistyczny mainstream widział w nich potencjał do walki o utrzymanie władzy. Zamiast dziennikarzy, w mediach umieszczał ideologów i propagandystów. Po 89 niewiele się zmieniło, solidaruchy nadal chodzili w jednych spodniach a komuna miala media i zgadnij kto dostawał angaż i dlaczego?
anonim2014.01.21 13:21
Po przeczytaniu książki obraz nasuwa się sam: Nie jest możliwe aby to był przypadek że akurat ludzie z takimi powiązaniami rodzinnymi zrobili największe kariery medialno- celebryckie w III RP.