04.12.17, 17:15

Rebelia czy prowokacja? Moskwa, październik 1993

Mijała czwarta godzina wydarzeń, które powinny posta­wić  na  nogi  wszystkie  siły  rządowe  i  prezydenta.  Tym­czasem wiadomo było,  że Jelcyn nadal przebywa w swejrezydencji  pod  Moskwą,  a  w  samej  stolicy  nikt  nie  pró­bował pokrzyżować planów rebeliantów.  Około godzinysiedemnastej  pierwsze  oddziały  Makaszowa dotarły doOstankino.  Pomimo  że  w  pobliżu  telewizji  zgromadzonebyły  znaczne  siły  rządowe,  nikt  nie  przeszkadzał  imw  podejściu  pod gmach, gdzie  mieściły się studia.

Andrzej Grajewski

Rebelia czy prowokacja? Moskwa, październik 1993

 3 października  1993  r.  w  Moskwie  rozpoczęły  się  zamieszki.  Około  godzinydwunastej   w  południe  tłum  manifestantów  przedarł   się   w  okolicach  MostuKuznieckiego  przez  słabe  posterunki  milicji  oraz  oddziałów  OMON,  sforso­wał  zasieki   z  drutu  kolczastego   i  połączył   się   z  obrońcami  Białego  Domu.  Zapewne   niewielu   w   ogarniętym  euforią  tłumie   zauważyło,   że  posterunkiwokół  obleganego  od  kilkunastu  dni  parlamentu  były  tego  dnia  mniej  liczne,aniżeli   w  poprzednim  okresie.  Także  OMON-owcy  zachowywali   się  jak  no­wicjusze,  pierzchając  na  widok  nacierającego,  lecz  bezbronnego  tłumu.  Zu­pełnie  bezradny  okazał  się  także  dowodzący  silami  milicyjnymi  pod  BiałymDomem,  pułkownik  Nikołaj  Wódko,  naczelnik  kadr  MSW,  który nie  potrafiłzapanować  nawet  nad  swymi  oddziałami,  z  których  część  przeszła  na  stronęobrońców  parlamentu.Później  stwierdzono,  że  napastników  było  nie  więcej,  jak  10  tysięcy.

  Siły rządowe  dysponowały  wówczas  zgrupowaniem  milicji,   wojsk  wewnętrznychoraz  jednostkami  OMON  w  sile  6  tysięcy.  Część  oddziałów  OMON  zostaładwa  dni   wcześniej   sprowadzona  z  Osetii.  Takie  zgrupowanie  -  zdaniem   fa­chowców  -  potrzebowałoby  dziesięciu  minut,   aby  rozgonić  demonstrantówpróbujących   się  przedrzeć  w  okolice  parlamentu.  Nikt  im  jednak  nie  wydałbojowych  rozkazów,  co  więcej,  pozwolono  manifestantom  zdobyć  wojskowesamochody,  co  ułatwiło  im  przeprowadzenie  szybkiego  ataku  na  merostwoMoskwy.Około  godziny  piętanstej  położenie  w  stolicy  zdawało  się  zachęcać  wice­prezydenta  Aleksandra  Ruckoja  i  przewodniczącego  Rady  Najwyższej   Rusla-na  Chasbulatowa  do  dalszych  działań.  Wiedzieli,   że  Jelcyna  nie  ma  w  Mo­skwie,   a   dwa   dni   wcześniej   minister   gen.   Paweł   Graczow   wysłał   wojskamoskiewskiego   garnizonu   na   wykopki.   Wiarygodni   świadkowie   twierdzili,że  gotowość  przejścia  na  stronę  parlamentu  wykazuje  część  żołnierzy  z  byłejdywizji   KGB   im.   Feliksa   Dzierżyńskiego.   A   była   to   najpoważniejsza   siłazbrojna,  jaką  władze  mogły  w  tym  momencie  dysponować  w  Moskwie.

  Po­głoski   o  rozłamie,   później   całkowicie  zdementowane,   potwierdził  jednakw  południe  w  rozmowie  z  dziennikarzami  generał  Sawostjanow.Wcześniej  do  Białego  Domu  dotarły  rzekomo  pewne  informacje,  jakobyrównież  część  dowódców  wojskowych  okręgów  gotowa  była  opowiedzieć  siępo   stronie   rozwiązanego  parlamentu.   Kilka  dni   przed   tymi  wydarzeniamiWiktor  Aczałow  („parlamentarny"  minister  obrony)  stwierdził,  że  gdyby  za­istniała  potrzeba  obrony  Rady  Najwyższej,  to  wierne  parlamentowi  oddziaływojskowe   przybędą   pod   gmach   wraz   z   czołgami.   Wtórował   mu   wówczasWiktor  Barannikow  („parlamentarny"  minister  bezpieczeństwa),  mówiąc,  żeparlament  może  liczyć  na  lojalność   7  tysięcy  oficerów  Ministerstwa  Bezpie-czeństwa  Rosji.  Prawdopodobnie  wszystko  to  zrodziło  u  Ruckoja  i  Chasbu-łatowa  przekonanie,   że  ostateczne  zwycięstwo  nad  Jelcynem  jest   w  zasięgudłoni,  wystarczy  tylko  podjąć  zdecydowane działania  i  opanować centrum  te­lewizyjne    w   Ostankino1.    Wprawdzie    z    inicjatywy   patriarchy   Aleksego    IIw    siedzibie   Moskiewskiego   Patriarchatu    toczyły    się    rozmowy   pomiędzyprzedstawicielami   obu   zwaśnionych   stron,  jednak  niewielu  wierzyło   w   ichpowodzenie.  Wieczorem  napięcia  nie  wytrzymał  sam  patriarcha,  który  do­znał  zawału  serca  i  rozmowy  w  klasztorze  Daniłowskim  zostały  przerwane.  Ok.    godz.    15.  30.    Ruckoj   nakazał    zdobycie   merostwa   Moskwy   orazszturm  budynków  telewizji.  Jednocześnie  bojówkarze  dowodzeni  przez  gen.Alberta   Makaszowa    (byłego    dowódcę    Nadwołżańsko-Uralskiego    OkręguWojskowego,   a  także  kandydata  na  urząd  prezydenta  Rosji  w  czasie  wyboróww  199lr.)   zaatakowali  hotel  „Mir",  gdzie  mieściła  się  kwatera  sztabu  kryzy­sowego,  odpowiedzialnego  za  przywrócenie  porządku  w  rejonie  parlamentu.Do  obu  obiektów  atakujący  dostali  się  nadspodziewanie  łatwo.  Po  raz  kolej­ny  opanowano  kolumnę  transportową  wojsk  wewnętrznych. 

  Pozostawionew   stacyjkach   samochodów  klucze   zachęcały  wręcz   zdobywców,   aby   z   tegosprzętu  zrobić  natychmiastowy  użytek.Około   godziny   szesnastej    generał   Makaszow   utworzył   pierwszą   grupęprzeznaczoną  do  szturmu  na centrum  telewizyjne  w  Ostankino.  Wkrótce  dłu­ga  kolumna  ciężarówek  i  autobusów  wyruszyła  przez  całą  Moskwę  do  Ostan­kino.  Korzystała  przy  tym  z  uprzejmości  milicji,  która  ułatwiła  im  przejazd  naskrzyżowaniach  zatłoczonych  moskiewskich  ulic.  Minęła  czwarta  godzina  wy­darzeń,  które  powinny  postawić  na  nogi  wszystkie  siły  rządowe  i  prezydenta.Tymczasem  wiadomo   było,   że  Jelcyn  nadal   przebywa  w   swej   rezydencji  podMoskwą,   a  w  samej   stolicy  nikt  nie  próbował  pokrzyżować  planów  rebelian­tów.    Około   godziny   siedemnastej    pierwsze    oddziały   Makaszowa   dotarłydo  Ostankino.  Pomimo  że  w  pobliżu  telewizji  zgromadzone  były  znaczne  siły  rządowe,  nikt  nie  przeszkadza!  im  w  podejściu  pod  gmach,  gdzie  mieściły  sięstudia.  Pod  budynkiem  rozpoczął  się  wiec.  Przemawiający  tam  Ilja  Konstanti-now,  lider  Frontu  Ocalenia  Narodowego,  zachęcał  zebranych  do  ataku  zapew­niając,  że  zdobycie  telewizji  będzie  „kluczem  do  zwycięstwa".  W  tym  czasie  naKreml   przybył   helikopterem  Jelcyn,   oczekując   dalszego   rozwoju   wypadków.Wieczorem  podpisał  dekret  o  wprowadzeniu  w  Moskwie  stanu  wyjątkowego.Tymczasem  po  godzinie  dziewiętnastej   z  tłumu  otaczającego  budynki  studiatelewizyjnego  padły  pierwsze  strzały  po  tym,  jak  żołnierze  ochraniający  obiektodmówili  złożenia broni. 

Ochrona budynku  odpowiedziała salwą w tłum.  Roz­począł  się  bój,  w  którym  początkowo  stroną  przeważającą  byli  rebelianci.  Dodeputowanych  zgromadzonych  w  Białym  Domu  dotarła  nieprawdziwa  wiado­mość,  że  ośrodek  telewizyjny  został  już  zdobyty.  Chasbulatow  miał  wówczaspowiedzieć:  „Ostankino  zdobyte.  Dzisiaj  trzeba  zdobyć  również  Kreml"2.Sprzeczne  są  informacje  na  temat  sukcesów  szturmu  na  telewizję.  Jednerelacje  mówią,  że  rebelianci  zdołali dotrzeć  do pierwszego  piętra,  inne,  że  na­pastników  udało  się  zatrzymać  w  korytarzach  na  parterze.  Jedno jest  pewne,w  żadnym  momencie  nie  było  bezpośredniego  zagrożenia  tej  części  budyn­ków,  gdzie  mieściły  się  studia.  A  jednak  szef telewizji  Wiaczesław  Bragin,  naosobisty  rozkaz  premiera  Czernomyrdina,   wyłączył   emisję  ogólnorosyjskie-go  programu.  Stało  się  to  w  momencie,  gdy  tłum  napastników  liczył  około4  tysięcy  ludzi  uzbrojonych  głównie   w  pałki,   spośród  nich  tylko  blisko  stuposiadało broń  palną,  natomiast ochronę  Ostankina  stanowiło 400  żołnierzyMSW   z   dywizji   im.   Feliksa   Dzierżyńskiego,   wchodzącej   niegdyś   w   składKGB,  w  tym jednostkaspecnazu,dysponująca  sześcioma  ciężkimi  wozami  bo­jowymi  BTR.  Wkrótce  po  rozpoczęciu  walk  pod  telewizją  siły  rządowe  otrzy­mały  posiłki  w  postaci  stu  milicjantów  i  piętnastu  BTR.  Nic  więc  dziwnego,że  gdy  około  godziny  21  zdecydowały  się  one  wreszcie  na  działanie,  oddzia­ły  Makaszowa  i  Barkaszowa  zostały  rozbite  w  ciągu  kilkunastu  minut.  Wyłą­czenie  pierwszego  programu   telewizji  było  wstrząsem  dla  całego  kraju,   su­gerowało,   że   wojna   domowa   zagraża   całej    Rosji.   

Było   także   właściwympretekstem  wobec  Zachodu,  który  chwilę  później  zaczął  przekazywać  komu­nikaty  z  różnych  stolic  świata  o  poparciu  udzielonemu  prezydentowi  Jelcy­nowi.   Po   godzinnej   przerwie  telewizja  bez  przeszkód  wznowiła  nadawanieprogramu.  Jak  powiedział  jeden  z  polityków  obozu Jelcyna:  „Bragin  potrzeb­ny  byl   Kremlowi   wyłącznie  po  to,   by   w  odpowiednim  momencie  pokazać  Rosji  i  światu  tabliczkę  z  napisem:  'Bandyci  z  parlamentu  napadli  na  Ostan­kino.  Zmuszeni  jesteśmy  przerwać  nadawanie'."3.Na  pytanie,  dlaczego  tak  długo  siły  rządowe  zwlekały  z  podjęciem  akcji,odpowiedź  może  być  tylko jedna:  chciano  skłonić  rebeliantów  do  szturmu  natelewizję.   W  tym   spektakularnym   boju,   który  całemu   krajowi   uzmysławiałrozmiary  niebezpieczeństwa,   padły  pierwsze   strzały  i  pierwsi  zabici.   Wcze­śniej   pod   parlamentem  zginęło  dwóch   milicjantów,   ale  nie   w   walce,   leczw trakcie  przepychanki  z tłumem,  pod  kołami  samochodów.  Gdy pod Ostan­kino  wojsko  ruszyło  wreszcie,  aby  rozpędzić  rebeliantów,  na  Kremlu  obrado­wał  sztab  kryzysowy.  Na jego  czele Jelcyn  postawił  wiceministra  obrony  gen.Konstantyna  Kobca.  Godzinę  później,  około  22.30  do  centrum  Moskwy  wje­chał  pierwszy  oddział  z  odsieczą  dla  strony  rządowej  -  trzydzieści  wozów  bo­jowych  BTR  i  czterdzieści  ciężarówek  z  żołnierzami  27.  Sewastopolskiej  Bry­gady   Zmotoryzowanej     (dawniej    będącej    częścią    wojsk    KGB,    a    późniejpodległej   MSW).   Zajęli   oni   pozycje   wokół   Kremla.   W   tym   samym   czasiew  okolicy  Kremla  na  wezwanie  Jurija  Gajdara  odbył   się   wiec  zwolennikówprezydenta Jelcyna.  Zaapelowano  do  mieszkańców  Moskwy  o  poparcie  legal­nej  władzy. 

Domagano  się,  aby  zwolenników Jelcyna  uzbroić,  co  mogło  dowodzić,  że  wówczas  nie  była jeszcze  przesądzona  kwestia,   czy  wojsko  zechcewystąpić  przeciwko  rebeliantom.Zdaniem  wielu  komentatorów,  wydarzenia  3  października  były  prowoka­cją,  zorganizowaną  przez  podległe Jelcynowi  służby  specjalne  w  celu  sprowo-kowania  zbrojnych  wystąpień  zwolenników  parlamentu.  Atak  na  Ostankinobył  pułapką,  w  którą  zostali  wciągnięci  Ruckoj   i  Chasbułatow.  Wystąpieniez  bronią  w  ręką  było  dostatecznym  pretekstem  do  radykalnej  rozprawy  z  par­lamentem,  który  ponosił  polityczną  odpowiedzialność  za  rozpętaną  w  Mo­skwie  awanturę.  Niejasne  są  natomiast  przyczyny  reakcji  wojska  na  wydarze­nia   w   Moskwie.   Niektórzy   publicyści   prasy   moskiewskiej    sugerowali,    żewojsko   opóźniając   ponad   granicę   bezpieczeństwa   swe   działania   w   istocie„zmontowało"   prowokację   w  prowokacji4.   Namówiono  Jelcyna  do  działańmających   sprowokować   zwolenników   parlamentu   do   rebelii,    a   następniezwlekano   z  jej   stłumieniem.   W  trakcie   kilku   godzin   nocnych   pertraktacji,które  nastąpiły  w  ministerstwie  obrony  narodowej,  generał  Paweł  Graczowi  towarzyszący  mu  oficerowie  postawili  zapewne Jelcynowi  warunki,  od  speł­nienia  których  uzależniali  wydanie  rozkazu  podległym  sobie  wojskom. Jelcynnie  miał  wyjścia.  Wprawdzie  siły  rebeliantów  były  rozpędzone  i  znajdowałysię  tylko  w  rejonie  Białego  Domu,  lecz  nikt  nie  mógł  przewidzieć,  jak  poto­czą  się  wypadki  następnego  dnia. Jelcyn  w  swych  pamiętnikach  przyznaje,  że Graczow  bardzo  niechętnie  wyraził  zgodę  na  użycie  wojska  w  walce  z  parla­mentem.  Nikt nie  miał planu,  co robić dalej. 

Dopiero generał Aleksandr Kor-żakow  zaproponował,   aby  zastosować  wariant  przygotowany  przez  koman­dora  Zacharowa,  funkcjonariusza  Głównego  Zarządu  Ochrony.  Proponowałon  ostrzelanie  punktów  dowodzenia  w  Białym  Domu,   a  następnie  przenik­nięcie  jednostek  specjalnych  do  gmachu  i  aresztowanie  przywódców  rebelii5.Koncepcja  opanowania  budynku  przez  oddział  antyterrorystyczny  „Alfa"musiała  zostać  odrzucona,  ponieważ  nikt  nie  potrafił  dostarczyć  planów pod­ziemnych  przejść  do  parlamentu.  Dokumentacja  znalazła  się  dopiero  5  paź­dziernika  wieczorem.  Żołnierze   „Alfy"  nie  wykazywali  przy  tym  ochoty  po­dejmowania  szturmu  budynku,  pomimo  że  zadanie  zostało  im przedstawioneprzez  samego  naczelnika  Głównego  Zarządu  Ochrony,  generała  lejtnanta Mi­chaiła  Barsukowa.   Dowodzący  grupą  pułkownik  Zajcew  stwierdził,   że  atakbezpośredni  spowoduje  wielkie  straty  wśród  ludności  cywilnej6. Jednak  4  paź­dziernika  „Alfa"  znalazła  się  pod  Białym  Domem.   W  trakcie  działań  rozpo­znawczych  zginął  jeden  z  członków  grupy,  zastrzelony prawdopodobnie  przezsnajpera  broniącego  parlamentu.   W  tej   sytuacji   „Alfa"   odstąpiła   od   bezpo­średniego   szturmu   gmachu   Rady   Najwyższej.   Miała   jednak   wziąć   udziałw  dalszych  działaniach.  Było  więc  rzeczą  oczywistą,  że  bez  pomocy  wojska  rebelia  nie  może  zo­stać  stłumiona.  Ostateczne  rozstrzygnięcie  nastąpiło   4  października  okołogodziny  4  nad  ranem.  Wówczas  do  podmoskiewskich  garnizonów  wojsk  po-wietrzno-desantowych,   dywizji  tulskiej   i  riazańskiej,   napłynęły  rozkazy  na­kazujące  im  wymarsz  na  Moskwę7.  Około  godziny  8  oddziały  te  zajęły  pozy­cje   wokół    Białego   Domu,    zastępując   formacje   milicyjne    i   wojska   MSW.

Kilkanaście  minut  później   dwanaście   czołgów   rozpoczęło   ostrzał   gmachuparlamentu.   Strzelano   w  namierzone  wcześniej   okna.   Pociski  kumulacyjnerozrywały    się   wewnątrz    gmachu    wywołując    ogromne    straty   wśród   jegoobrońców. 

Kanonadę  przerwano  około  godziny  12,  gdy  z parlamentu  żołnie­rze   „Alfy"   wyprowadzili  grupę  kobiet   i   dzieci.  Około  godziny   15   nieznani   snajperzy   zaczęli   z   różnych   stron   ostrzeliwać   ulice  wokół   Białego  Domu.W  odpowiedzi  czołgi  wznowiły  ostrzał  budynku.   W  rejon  walk  dotarły  tak­że  oddziały  riazańskiej  dywizji  powietrzno-desantowej.  Walki  zostały  zakoń­czone  po  godzinie   17,  wkrótce  po  tym  deputowani  poddali  się  żołnierzom„Alfy",  którzy  zdołali  przeniknąć  do  środka  gmachu.W   dalszych   działaniach   Ministerstwo   Bezpieczeństwa   Rosji   odgrywałorolę   ważną,   aczkolwiek   pomocniczą.   Agenci   resortu   informowali   wojsko­wych  o  rozmieszczeniu  barykad  wokół  Białego  Domu  i  pozycjach  zajmowa­nych  na  zewnątrz  przez  jego  obrońców.  Jeszcze  ważniejsze  zadanie  spełnialiagenci   umieszczeni  wewnątrz   Białego  Domu.   To   ich  informacje  pozwoliły  zlokalizować   główny   sztab   obrony  gmachu   generała  Wiktora  Aczalowa   nadwunastym  piętrze  Białego  Domu  oraz  gabinet  Ruckoja  na czwartym piętrze.Umożliwiło  to  oblegającym  skoncentrować  ogień  na  stanowiskach  dowodze­nia  rebeliantów  i  całkowicie  zniszczyć  ośrodek  kierowania obroną parlamen­tu  w  ciągu  kilkunastu  minut8.  Funkcjonariusze  Ministerstwa  Bezpieczeństwacały  czas   przekazywali   także   informacje   o   nastrojach  panujących  wewnątrzgmachu.   Wykorzystali   zamieszanie   spowodowane   kolejną  przerwą   w   wal­kach  (ok.  godziny  18),  aby wprowadzić  do  budynku  żołnierzy  „Alfy".  Dopro­wadzili  ich  następnie  do  gabinetu,  gdzie  przebywali  Aleksandr  Ruckoj   i  Ru-slan    Chasbulatow;    później    odnaleziono    również    Alberta    Makaszowa,Wiktora  Barannikowa   i  Andrieja  Dunajewa.   To  oficerowie   „Alfy"   wyprowa­dzali  deputowanych  z  płonącego  Białego  Domu. 

Być  może  również  funkcjo­nariusze   Ministerstwa   Bezpieczeństwa   przyczynili   się   do   wybuchu   pożaruw  Białym  Domu,  który  posiadał  bardzo  nowoczesną  aparaturę  przeciwpoża­rową.   System   powodował   natychmiastowe   odcięcie   palących   się   pomiesz­czeń  od  reszty  gmachu  i  zalanie  ich  wodą.   4  października  system  jednak  zo­stał  wyłączony,   a  powstały  w  wyniku  ostrzału  pożar  skutecznie  potęgowałpanikę  wśród  obrońców  i  złamał  chęć  dalszego  oporu.  Pożar  został  ugaszo­ny  dopiero  5  października  wieczorem.  Nie  wyjaśniona  pozostała  także  spra­wa  snajperów,  którzy  od  rana  4  października  zaczęli  ostrzeliwać  ulice   w  re­jonach     przylegających     do     Białego     Domu,     zabijając     i     raniąc     wieluprzypadkowych  przechodniów.  Działania  te  posłużyły  władzy  jako  pretekstdo  ostatecznej  rozprawy  z  obrońcami  Białego  Domu.  Nigdy  nie  wyjaśniono,kto  wówczas  strzelał  i  na  czyje  polecenie.  Obserwatorzy  tamtych  wydarzeń,jak  i  dziennikarze  obecni  wówczas  w  Białym  Domu,  zgodnie  stwierdzali,  żestrzały  nie  padły  od  strony  parlamentu.Warto  także  odnotować  rolę  FAPSI  (Federalna Agencja  Rządowej  Łącznościi  Informacji),  która  w  decydującym  momencie  odcięła wszystkie  połączenia  Ra­dy  Najwyższej.  Później  pojawiły  się  także  pogłoski,  że  FAPSI  korzystając  z  szy­frowych  linii  wojskowych,   sfabrykowała  meldunki  dla  wiceprezydenta  Ruckojao  rzekomej  gotowości  syberyjskich  okręgów  wojskowych  do  czynnego  poparciadla  deputowanych.  Podejmując  dyskusję  na  temat  roli  służb  specjalnych  w  przy­gotowaniu  wydarzeń  3  października  w  Moskwie  warto  wspomnieć  i  o  tym,  żetrzy tygodnie wcześniej  CIA  przedłożyło  raport,  z  którego  wynikało,  że  w  Rosjiprzygotowywane   są  wydarzenia  mogące   doprowadzić  do   rozwiązania  kryzysu  politycznego,   od   wielu   miesięcy   destabilizującego   ten   kraj9.  

Natomiast   na 10  dni  przed  krwawą  moskiewską  niedzielą  minister  spraw  zagranicznych  Ro­sji,   Andriej   Kozyriew   uprzedził   sekretarza   stanu   Warrena   Christophera,   żewkrótce  w  Rosji  zajdą  wydarzenia  szczególnej  wagi.  W  kolejnym  raporcie  CIA,sporządzonym  już  po  4  października,  sugerowano,  że  wydarzenia  osłabiły  po­zycję  Ministerstwa  Bezpieczeństwa  Rosji  na  rzecz  wzrostu  wpływów  i  znacze­nia wywiadu wojskowego GRU.15  października  w  czasie  konferencji  prasowej  minister  bezpieczeństwa  Ni­kołaj  Gołuszko  odrzucił  zarzut  czynnego  udziału  MBR  w  przygotowaniu  prowokacji.  Jego  zdaniem,   sytuacja  w  Moskwie  w  przeddzień  rozstrzygających  wy­darzeń  nie  dawała  podstaw,  aby  przewidywać  wybuch  rebelii.  Twierdził  on,  żecały  resort  -  poza  dwunastoma  funkcjonariuszami  z  zarządu  irkuckiego  -  opo­wiedział  się  za Jelcynem.  22  września Jewgienij  Sawostjanow,  naczelnik  Zarzą­du  ds.  Moskwy  MBR  zwrócił  się  z  propozycją,  aby  funkcjonariusze,  którzy  niechcieli  brać  udziału  w  operacjach  przeciwko  parlamentowi,  poprosili  o  krótkiurlop.  Nikt  z  tej  propozycji  nie  skorzystał.  Sawostjanow  przekonywał  później,że  ministerstwo  nie  mogło  przeciwdziałać  krwawym  zajściom,  ponieważ  niedysponowało   żadną   jednostką   specjalną. 

   Rzeczywiście   po   dymisji   WiktoraBarannikowa,   Głównemu   Zarządowi   Ochrony  Prezydenta   Rosji   przekazanoantyterrorystyczny   oddział    „Wympieł",    wcześniej   pod   kierownictwo   GZO   przeszedł  również  oddział   „Alfa".   Natomiast  wszyscy  funkcjonariusze  Mini­sterstwa   Bezpieczeństwa   w   Moskwie   zostali   postawieni    w   stan   gotowości3  października  o  godzinie  13.30.  Ich  informacje  były przesyłane  do  sztabu  kie­rującego  całą  akcją.  Jednocześnie  jednak  obaj  generałowie  przyznali,  że  mini­sterstwo  nie  wywiązało  się  do  końca  ze  swego  zadania  -  nie  przewidziało  moż­liwości  wybuchu   zbrojnego  powstania  w  Moskwie.Nigdy  nie  ustalono,  ile  osób  zginęło  w  czasie  walk  3  i  4  października  1993roku  w  Moskwie.  Komunikaty  oficjalne  mówiły  o  kilkudziesięciu  zabitych.  Jed­nak  niezależne  źródła  twierdziły,  że  liczba  zabitych  mogła  przekroczyć  nawet1500  osób.  W  Białym  Domu  oprócz  deputowanych  i  uzbrojonych  cywilów  znaj­dowały  się  setki  cywilów,  pracowników  Rady  Najwyższej,  ich  rodzin,  wreszciegapiów,  których  wydarzenia  zamknęły  w  gmachu.  Oni  najczęściej  padali  ofiarąostrzału  4  października.  Większość  trupów  miała  być  wyniesiona  podziemnymprzejściem  prowadzącym  z  parlamentu  do  stacji  metra  „Krasnopresnienskaja".Następnie  ciała  miały  być  wywiezione  za miasto  i  spalone.  O  żadnej  identyfika­cji  zwłok  nie  było  mowy10.  Przywódcy rebelii  z Chasbulatowem  i  Ruckojem  zna­leźli  się  w  więzieniu  Lefortowo,  lecz  po  kilku  miesiącach  wszyscy  zostali  zwol­nieni,  podobnie jak  wcześniej  organizatorzy puczu  w  sierpniu  1991  r.Po  rozstrzygnięciu  konfrontacji  z  Radą  Najwyższą  na  swoją  korzyść  otocze­nie  Jelcyna  wystąpiło  z  ostrą  krytyką  wobec  kierownictwa  resortu.  ZarzuconoMinisterstwu  Bezpieczeństwa przede  wszystkim,  że  nie  dostarczyło  rządowi  naczas  dokładnych  informacji  na temat  zamiarów  opozycji.  Niewątpliwie  wpłynę­ło  to  na  zwiększenie  roli  Ministerstwa  Obrony,  które  odegrało  decydującą  rolęw  stłumieniu  rebelii.  Ważną  rolę  w  opracowaniu  planu  zdobycia  parlamentemodegrał  generał  Dmitrij  Wołkogonow,  doradca  prezydenta Jelcyna  ds.  wojsko­wych". 

W  dotychczasowym  kształcie  Ministerstwo  Bezpieczeństwa  nie  było jużnikomu  potrzebne,  a  niewygodnych  świadków  należało  usunąć  ze  sceny  poli­tycznej.  W  efekcie  prezydent Jelcyn  zdecydował  się  przeprowadzić  kolejną  reor­ganizację  resortu  bezpieczeństwa. Jednak  zdaniem  wielu  ekspertów,  pozycja  or­ganów bezpieczeństwa nadal  była  silna.  Michael  Waller,  dyrektor ośrodka  sprawbezpieczeństwa  międzynarodowego  w  waszyngtońskiej  Fundacji  Wolności  Mię­dzynarodowej,    jeden    z    najwybitniejszych    znawców   problematyki    rosyjskichsłużb  specjalnych,  pisał  po  tych wydarzeniach:  „Na  najbardziej  paskudną ironięlosu   w   postradzieckim   procesie   reform   zakrawa   to,   że   rosyjska   demokracjauzależniła   się   teraz   od   instytucji   i   osobistości,   które   kiedyś   kierowały   stale   rozrastającymi   się   siatkami  informatorów  -  całym  systemem   szpiegowania   są­siadów  przez  sąsiadów.  Są  to  organa,  które  zapewniały  międzynarodowym  ter­rorystom  szkolenie,  broń  i  pieniądze;  stanowiły  machinę,  która  prześladowała,a  nawet  mordowała  własnych  obywateli,  tych  właśnie,  których  idee  w  ostatecz­nym  rozrachunku  pomogły Jelcynowi  znaleźć  się  u  władzy"12.Minister  Wiktor  Barannikow  spędził   w  więzieniu  kilka  miesięcy,   wyszedłna  mocy  amnestii   w   1994   r.,  podobnie  jak  pozostali  członkowie  kierownic­twa  Rady  Najwyższej.  Zmarł  w  Moskwie  22  lipca  1995   r.   w  niewyjaśnionychokolicznościach.   Oficjalnie  podano,  że  Barannikow  zmarł  na  atak  serca.  PoMoskwie  krążyły  jednak  plotki,  że  został  otruty  ponieważ  posiadał  listę  wy­bitnych  rosyjskich  polityków,  którzy  w  przeszłości  byli  agentami  KGB.

ANDRZEJ GRAJEWSKI

Pismo Poświęcone Fronda nr 29

Powyższy   tekst  jest   rozdziałem   książki   „Tarcza   i   Miecz.   Rosyjskie   służby   specjalne   1991-1998"(Warszawa  1998),  wydanej  przez  Centrum  Stosunków  Międzynarodowych  i  Bibliotekę  „Więzi".