Grzegorz Strzemecki: TVP wspólnikiem genderystów? - zdjęcie
21.05.17, 14:40Fot. Dorota Niedźwiecka

Grzegorz Strzemecki: TVP wspólnikiem genderystów?

"Nasz Dziennik" usiłował umieścić w telewizji publicznej spot reklamowy zachęcający do sięgnięcia po sobotnio niedzielny weekendowy numer tej gazety podejmujący temat hasłowo określony jako "gender w szkołach" (do obejrzenia TUTAJ)

Jutro w naszym dzienniku ważny temat - gender w szkołach. - mówi w spocie lektor - Pod przykrywką równości twoje dziecko słucha o homoseksualizmie. Możesz temu zapobiec. Pomożemy ci. Przeczytaj jak sprawdzić szkołę i co zrobić. Nasz Dziennik. Myślimy po polsku.

Jak poinformował Nasz Dziennik, Telewizja Polska odmówiła emisji spotu mailem o następującej treści:

„Nie nadaje się: reklama narusza art. 16 b ust. 3 pkt 2 ustawy o radiofonii i telewizji, przekaz handlowy nie może zawierać treści dyskryminujących ze względu m.in. na orientację seksualną”

Zaproponowana przez Nasz Dziennik modyfikacja w postaci zwrotu „Twoje dziecko słucha nieprawdy o homoseksualizmie” również nie zyskała aprobaty:

„Tekst nie jest dopuszczalny z uwagi na wcześniej powołany przepis ustawy”

Ostatecznie - jak pisze nasz dziennik - Biuro Reklamy TVP zasugerowało zmianę całej treści spotu, dodatkowo podając w wątpliwość, czy dopuszczalne jest umieszczenie w nim sformułowania „gender w szkołach”.

Incydent ten pokazuje, jak bardzo uzasadniony jest pogłębiający się niepokój środowisk, nie tylko rodzicielskich, broniących dzieci, rodziny i całe społeczeństwo przed falą genderyzmu oraz coraz dalej idących roszczeń i przywilejów LGBTQ. Publiczna, jak się o niej mówi, telewizja nie dopuszcza nawet domyślnej sugestii, że homoseksualizm może być czymś niewłaściwym czy niezdrowym, czymś o czym dzieci, przynajmniej do pewnego wieku niekoniecznie muszą zdobywać wiedzę, zwłaszcza bez wiedzy i zgody rodziców na to jak i przez kogo ta wiedza zostanie im podana. Pretekstem do tego jest "antydyskryminacyjny" zapis w ustawie o radiofonii, telewizji, ale niezależnie od jego słuszności i interpretacji, decyzja TVP faktycznie oznacza zakaz wyrażenia krytycznej opinii o homoseksualizmie: że jest niemoralny, niezdrowy, że jest formą zaburzonej seksualności.

Wyjątkową bezczelnością jest ze strony autora cytowanego maila poddawanie wątpliwość dopuszczalności umieszczenia w spocie sformułowania "gender w szkołach". Nie wiem z jakiej pozycji ów autor rozważał zakaz tego sformułowania, albo z kim poczuł się solidarny - z genderystami czy z polityką rządu, jednak z każdej perspektywy zastosowanie tego określenia jest uprawnione.

Jeśli miało by to być "niedopuszczalne" z perspektywy genderystów, to przypominam że u schyłku rządów PO zrealizowali oni potężny, zakończony huczną konferencją w siedzibie Rady Ministrów program "Gender w podręcznikach". W jego ramach przeanalizowano setki szkolnych podręczników, by dać wytyczne do ich ocenzurowania i zmiany, żeby były zgodne z wymaganiami genderyzmu. To, że gender w podręcznikach oznacza również gender w szkołach jest chyba oczywiste.

Jeśli "niedopuszczalne" miałaby miałoby być stwierdzenie, że gender w szkołach pojawia się w ramach dobrej zmiany, to jestem w stanie podać przykłady szkół, w tym także katolickiej, w których za czasów rządu PiS "gender" się pojawił, np. w postaci nauczania samego pojęcia gender (płci społeczno-kulturowej), pochwały coming outu transseksualisty i innych form promocji zaburzonych seksualności. Dodać trzeba koniecznie, że gender w szkołach pojawia się w oparciu o pozostawione przez rząd PO-PSL rozporządzenie ministra edukacji w sprawie wymagań wobec szkół i placówek z 6.08.2015 r. które nakazuje owym wszystkim podlegającym MEN placówkom "realizowanie działań antydyskryminacyjnych". Działania antydyskryminacyjne oznaczają w praktyce genderystowską edukację, o czym pisaliśmy TUTAJ, a rozporządzenie mimo wielokrotnych apeli środowisk rodzicielskich obowiązuje nadal.

Zupełnym skandalem jest natomiast zakazanie w reklamie komunikatu „Twoje dziecko słucha nieprawdy o homoseksualizmie”, bo oznacza to zakaz wprowadzenia do debaty publicznej niezmiernie ważnej informacji, że dzieci, młodzież i cała opinia publiczna są oszukiwane w bardzo ważnej i drażliwej kwestii. Jeśli tak się dzieje, a jestem gotów bronić i udowodnić tezę że tak jest, to owa publiczna z nazwy telewizja zamiast być forum publicznej debaty staje się wspólnikiem tych, którzy te nieprawdy przekazują, "stojącym na czatach" i pilnującym, aby bezkarnie mogli uprawiać swój proceder.

Jest to tak drastyczne naruszenie misji mediów publicznych, że nie może obyć się bez wyjaśnień kierownictwa TVP, a przede wszystkim naprawienia tego, chciałbym wierzyć, błędu, to jest przeprosin pod adresem Naszego Dziennika i popartej czynami deklaracji, że TVP będzie forum rzetelnej debaty o homoseksualizmie, ideologii gender-queer i przetaczającej się przez świat queer-seksualnej rewolucji. Informacja i debata na ten temat są niezmiernie potrzebne, bo genderystowska rewolucja, oprócz zdobywania kolejnych ośrodków władzy (nie tylko politycznej) polega na systematycznej zmianie świadomości społeczeństw, nieświadomych tego jakie "pranie mozgów" im się aplikuje. Rzetelna informacja jest niezbędna, by społeczeństwo przed tym "praniem mózgów" uchronić. Oczywiście musi to być debata, w której będzie można wyrażać wszystkie poglądy i podawać wszystkie informacje, bez filtra tzw. politycznej poprawności - mentalnego terroryzmu skutecznie zastępującego orwellowską policję myśli.

"Odpuszczenie" sprawy oznaczałoby, że w "marszu przez umysły i instytucje" genderyści zdobyli i utrzymują w TVP swój przyczółek, a my jako społeczeństwo milcząco wyrażamy na to zgodę. Jest to tym ważniejsze, że jest to już kolejny krok w kierunku genderyzmu firmowany przez "dobrą zmianę".

W czerwcu zeszłego roku nasz rząd podpisał unijne "Konkluzje ws równouprawnienia osób LGBTI" zobowiązujące państwo polskie m.in. do prowadzenia kampanii propagandowych "na rzecz społecznej akceptacji LGBTQ", zwiększenia praw i prawnej ochrony LGBTI i ich rodzin" (a więc np. wprowadzenia homo-"małżeństw" i homo-adopcji) i i upoważniające Komisję Europejską do monitorowania wdrażania tych dyrektyw oraz "podjęcia kroków prawnych przeciwko tym krajom człokowskim, które nie wdrożą dyrektyw w terminie". Trudno o lepszy przykład ukręcenia bicza na samego siebie.

W grudniu w ONZ zagłosowaliśmy za powołaniem "niezależnego eksperta" ds LGBTQ, który już obwieścił swój program narzucania państwom legalizacji homo-pseudo-małżeństw i redefinicji rodziny w duchu queer. W ONZ zbiorczym głosem Unii Europejskiej popieramy kolejne genderystowskie dokumenty, zupełnie jakbyśmy wyzbyli się swoje narodowej i państwowej tożsamości. Dostrzegam i doceniam pozytywne działania, jak wykreślenie "gender" z Deklaracji Rzymskiej, ale to zdecydowanie za mało.

Naprawdę, życzę temu rządowi jak najlepiej i w wielu jego działaniach widzę wybijanie się na prawdziwą niepodległość po dziesiątkach lat niewoli lub półniewoli, jednak wobec wymienionych wyżej posunięć nie można przejść obojętnie, niezależnie od tego, czy dokonano ich z powodu jakiejś nie znanej publicznie politycznej kalkulacji, niedostatecznej kontroli starych niewymienionych kadr, czy lekceważenia problemu. To ostatnie zresztą nie byłoby żadnym usprawiedliwieniem, bowiem lekceważenie kulturowej kolonizacji - używając określenia papieża Franciszka - niszczącej fundamenty społeczeństwa i tożsamości człowieka, to - używając słów słynnego politycznego wygi - gorzej niż zbrodnia, to błąd.

Knebel na nie podobającą się gejowskiemu lobby i "liberalnej" lewicy reklamę w TVP wpisuje się niestety w ten niechlubny dorobek czynów i zaniechań "dobrej zmiany". Jeśli jest to tylko nieświadomość, lekceważenie tematu jako mniej ważnego i niechęć do otwierania kolejnego frontu, to chciałbym zwrócić uwagę, że obrona społeczeństwa przed "wypraniem mózgów" nie jest sprawą marginalną, wręcz przeciwnie: jest to rzecz absolutnie priorytetowa. To właśnie dziesiątki lat owego lewicowo-"liberalnego" formatowania świadomości sprawiły, że społeczeństwa Zachodu znalazły się w obliczu upadku własnej cywilizacji (rozkładu morale i tożsamości oraz przejęcia ich państw przez muzułmanów) i nawet tego w swojej większości nie są tego świadome, a mniejszość która to dostrzega jest wyśmiewana i zwyczajnie przegłosowywana. Przejście do porządku dziennego nad tym zakazem reklamy Naszego Dziennika świadczyłoby o tym, że jesteśmy na wstępnym etapie zjawiska, które pokazaliśmy w bardziej zaawansowanej formie na przykładzie Hiszpanii, gdzie zakazano (administracyjnie i sądowo) publicznego głoszenia prawdy kim jest kobieta a kim mężczyzna (patrz TUTAJ). Nb. przypadek ten pokazuje dlaczego ów współczesny "liberalizm" należy obecnie pisać w cudzysłowie - ma on więcej wspólnego w totalitaryzmem niż z wolnością.

Lekceważenie frontu walki o świadomość i morale społeczeństwa - i to jego większości, a nie tylko własnych zwolenników zemści się prędzej czy później, może nawet bardzo prędko. Dlatego reklamę "Naszego Dziennika" nie tylko należało z zasady zamieścić w TVP, ale trzeba było go w tej kampanii wesprzeć. Jeśli nie zrobiono tego tym razem, trzeba zabrać się do tego niezwłocznie w innym terminie i nie traktować jako jednorazowej akcji, ale jako stały element misji telewizji publicznej - i to najwyższej wagi.

Grzegorz Strzemecki