27.06.16, 20:10

Ewangelia na co dzień: Bieg Apostołów do Grobu

Dla nas, współczesnych chrześcijan, najbardziej radosnym świętem jest uroczystość Zmartwychwstania Pana Jezusa. W liturgii co chwila rozbrzmiewa radosne Alleluja. Dla Apostołów natomiast noc, a dla większości z nich nawet dzień Paschy żydowskiej, następujący po ukrzyżowaniu i śmierci Pana Jezusa, był najsmutniejszym czasem.
Siedzieli w Wieczerniku, zamknięci ze strachu przed kapłanami i faryzeuszami. Mieli czas, aby z nowej perspektywy, spowodowanej śmiercią Mistrza, przemyśleć swą trzyletnią z Nim przygodę. A była to największa, najpiękniejsza przygoda, jaka mogła się zdarzyć nie tylko tym prostym rybakom, ale człowiekowi w ogóle. Trzy lata cudownych, nadzwyczajnych wydarzeń, nigdzie dotąd nie słyszanej nauki i wielkich nadziei zbudowania Królestwa Bożego na ziemi. A teraz te nadzieje, razem z ciałem Mistrza poszły do grobu. Zamierzali pewnie, skoro tylko skończą się święta Paschy, wrócić do Galilei, do swoich dawnych zajęć. Słuchanie Jezusa, udział w Jego cudach, Jego podróże apostolskie zamieniliby z powrotem na łowienie ryb lub szarą pracę na kawałku pola. Tylko w chwilach wspólnych spotkań czy samotnej zadumy wspominaliby jeszcze z melancholią trzyletnią przygodę przeżytą z Jezusem z Nazaretu i swój w niej udział.
Te ich smutne rozważania przerwało przybiegnięcie Marii Magdaleny z wieścią o pustym grobie. Musiało nagle coś w nich ożyć, jakaś wielka nadzieja, bo dwaj z nich, najbliżsi sercu Chrystusa - Piotr i Jan, ruszyli do grobu. I musiało to ich uczucie być tak gwałtowne i potężne, że ruszyli biegiem. Wiele momentów dramatycznych pełnych napięcia przeżyli oni w ciągu ostatnich trzech lat, ale nigdy Ewangelie nie wspominają, aby byli czymś tak poruszeni i przejęci, iżby biegli pędem. Nie było to jakieś współzawodnictwo, bo obu poruszała ta sama miłość i ta sama budząca się nadzieja.
W sposób artystyczny przedstawił ten bieg malarz szwajcarski E. Burnand. Na jego obrazie widzimy obu apostołów biegnących i zadyszanych. Usta maja półotwarte. Włosy i szaty są rozwiane.
Jan był młodszy, więc pierwszy przybył do grobu. Nie wszedł jednak do środka, ale zastanawiał się, być może, z powodu swego melancholijnego temperamentu, co ma uczynić. Ojcowie Kościoła podają inną, bardziej prawdopodobną przyczynę jego zwlekania, a mianowicie, że uznając w Piotrze zwierzchnika Apostołów, czekał na jego przybycie i decyzję, co dalej trzeba robić. Piotr, jak przystało na sangwinika, nie myśli długo i natychmiast wchodzi do grobu. Za nim idzie Jan. Cóż tam stwierdzają? Nie ma ciała Ukrzyżowanego, na ziemi leżą opaski, w które owinięte było Jego ciało i oddzielnie położona, porządnie zwinięta chusta, która przykrywała głowę, zawinięta tak, jakby to uczynił ktoś, „kto wstaje i składa nocną bieliznę, której już nie potrzebuje”. Patrząc na ten porządek w zwinięciu chusty Jan myśli: Nie to nie może być wykradzenie; złodziej nie myśli o zostawieniu po sobie porządku. Ten fakt stał się powodem, że Jan - jak sam pisze - uwierzył w zmartwychwstanie przed ujrzeniem Zmartwychwstałego. Jego wiara była w tym momencie raczej przeczuciem i nadzieją niż pewnością. Nie była podzielana przez innych apostołów. Nie chcieli oni nawet wierzyć Magdalenie, która widziała Jezusa na własne oczy.
Pusty grób, który znalazła najpierw Magdalena, a potem Piotr i Jan, były przedmiotem anegdotycznej rozmowy między chrześcijaninem a muzułmaninem jadącymi samolotem na Bliski Wschód:
- Ja jadę do Mekki i tam zobaczę grób ze zwłokami naszego założyciela Mahometa. Pan zaś w Jerozolimie może znaleźć tylko pusty grób Jezusa.
- I tu leży, proszę pana - odpowiada chrześcijanin - zasadnicza różnica między nami.
 
ks. Stanisław Klimaszewski MIC, "Ewangelia na co dzień", Tom II.