Do katastrofy doszło około 129 kilometrów od miasta Melbourne. Dwusilnikowy samolot turbośmigłowy leciał z Bahamów i przewoził 11 dorosłych pasażerów. Według wstępnych ustaleń przyczyną wypadku mogła być awaria silnika.

Po rozbiciu maszyny uruchomił się awaryjny sygnał lokalizacyjny, który odebrała Straż Przybrzeżna. W tym samym czasie w powietrzu znajdował się wojskowy samolot ratowniczy HC-130J Combat King II należący do amerykańskich sił powietrznych, wykonujący lot szkoleniowy. Dzięki temu ratownicy mogli niemal natychmiast rozpocząć poszukiwania.

Rozbitkowie przez około pięć godzin dryfowali na tratwie ratunkowej po wzburzonym Atlantyku. Nad rejonem katastrofy zaczynały zbierać się burzowe chmury, a sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna.

„To prawdziwy cud, że wszyscy ci ludzie przeżyli” – powiedziała podczas konferencji prasowej major Elizabeth Piowaty, dowodząca jednym z samolotów uczestniczących w akcji.

Ratownicy relacjonowali, że pasażerowie byli skrajnie wyczerpani. „Byli już na tratwie od około pięciu godzin i patrząc na nich, mogliśmy stwierdzić, że są wyczerpani – fizycznie, psychicznie i emocjonalnie” – mówił kapitan Rory Whipple.

Załoga wojskowego samolotu zrzuciła rozbitkom wodę, żywność oraz dodatkowy sprzęt ratunkowy, aby pomóc im przetrwać do czasu przybycia śmigłowca. Ostatecznie wszystkich 11 pasażerów ewakuowano za pomocą specjalnych podnośników i przetransportowano do bezpiecznego miejsca.

Według ratowników akcja zakończyła się dosłownie w ostatniej chwili. Jak relacjonowano, po zakończeniu ewakuacji śmigłowiec miał zapas paliwa pozwalający jedynie na kilka minut dalszego lotu.

Ocaleni trafili następnie pod opiekę medyczną na lotnisku Melbourne Orlando International Airport.