W Polsce, w kontekście możliwej rosyjskiej agresji, najczęściej omawia się scenariusz pełnoskalowej wojny z kolumnami czołgów próbującymi dotrzeć do Warszawy, z uderzeniami rakietowymi w naszą infrastrukturę, z wielką bitwą powietrzną na ścianie wschodniej itd. Taki scenariusz, mimo że nie da się go odrzucić, wymaga jednak od Rosji długotrwałego przygotowania i dogodnych warunków geopolitycznych, by podobna inwazja stała się możliwa. Nie jest to jednak jedyny scenariusz potencjalnej rosyjskiej agresji, bowiem tzw. wojna hybrydowa może w rosyjskim wykonaniu być dla nas nie mniej groźna niż inwazja konwencjonalna. I dokładnie dla dokonania takiej hybrydowej operacji Rosja może wykorzystać miejsca podobne do estońskiej Narwy.
Czym jest to miasto? Jest to w zasadzie rosyjska enklawa w środku Estonii. 97% mieszkańców Narwy wykorzystuje w życiu codziennym język rosyjski, znaczna ich część estońskiego po prostu nie zna. 38% mieszkańców Narwy to obywatele Rosji. Część z nich ma obywatelstwo podwójne, a część nie ma żadnego innego obywatelstwa poza rosyjskim – z tego prostego powodu, że nie chcą zdawać egzaminu ze znajomości estońskiego i dlatego nie mogą ubiegać się o obywatelstwo estońskie. W wyborach parlamentarnych Narwa głosuje regularnie na otwarcie prorosyjskich polityków.
Do tego należy dodać problem geografii. Narwę od rosyjskiego miasteczka Iwangorod oddziela niewielka rzeka o tej samej nazwie. Budynki w wielu miejscach przylegają bezpośrednio do brzegu rzeki i brzeg ten nie jest chroniony nawet płotem. Miasto leży na swoistym przesmyku o szerokości 12 km, pomiędzy Morzem Bałtyckim a zbiornikiem Narwskim. Do miasta prowadzi jedna jedyna droga. W erze wojny dronów, gdzie rosyjskie jednostki są w stanie odcinać logistykę przeciwnika na głębokości kilkudziesięciu kilometrów, takie miejsce jest niemal idealne do przeprowadzenia lokalnej operacji z wykorzystaniem „zielonych ludzików” – lub przynajmniej prób jej przeprowadzenia.
Ale w jakim celu Rosja miałaby się narażać na wojnę z NATO dla niewielkiego miasteczka? W celu zrujnowania NATO jako organizacji. Dokonać tego można poprzez zademonstrowanie, że artykuł 5 Sojuszu w rzeczywistości nie gwarantuje bezpieczeństwa państwu członkowskiemu. Do osiągnięcia tego celu nie potrzeba pełnoskalowej inwazji i okupacji państw bałtyckich. Wystarczy wykorzystać rosyjską ludność – na przykład w Narwie – jako swoisty kamuflaż, zająć niewielkimi siłami, wspartymi ogniem z drugiej strony granicy, fragment terytorium jednego z państw bałtyckich, ogłosić tę operację „buntem miejscowej ludności” i dalej po prostu się tam okopać, broniąc się tak długo, jak będzie to możliwe.
W ten sposób Rosja stworzyłaby ogromny dylemat dla wielu państw członkowskich NATO. W Polsce zazwyczaj rozważa się scenariusz, w którym to inne państwa Zachodu wspierają nas w razie agresji. Tymczasem powyższy wariant uderza w nas przede wszystkim tym, że natychmiast postawi przed nami pytania fundamentalne: czy mamy wesprzeć sojusznika? Czy jesteśmy gotowi zaryzykować bezpieczeństwem Warszawy, Gdańska, Lublina i innych miast dla Narwy? Czy nasze brygady mają przejść przez korytarz suwalski, by wesprzeć Estończyków, w sytuacji, gdy na własnych granicach z obwodem królewieckim i Białorusią będziemy mieli wysokie ryzyko eskalacji?
W końcu pojawi się pytanie najtrudniejsze: czy mamy podjąć takie działania, nie mając pewności, że inne państwa członkowskie zrobią to samo? Bo jeżeli dla nas ta sytuacja będzie bezpośrednim zagrożeniem bezpieczeństwa, to czy w równym stopniu będzie zagrażać Niemcom, Włochom, Hiszpanii czy Grecji? Rosja będzie jednocześnie deklarować, że nie jest z nami w stanie wojny i że „szuka rozwiązania dyplomatycznego”. Nie dlatego, że ktoś uwierzy w „oddolne powstanie rosyjskiej ludności” w Estonii, lecz po to, by dzielić interesy państw NATO i zostawić furtkę dla tych, którzy za wszelką cenę będą chcieli uniknąć konfrontacji.
Wystarczy moment zawahania, chaos decyzyjny, kolejne „szczyty i konsultacje” zamiast realnych działań – i natychmiast okaże się, że artykuł 5 NATO nie działa w praktyce. Wtedy Sojusz jako gwarant bezpieczeństwa zacznie tracić sens.
To scenariusz nie mniej groźny niż pełnoskalowa wojna z Rosją – a być może groźniejszy, bo rozgrywany w szarej strefie, gdzie decyzje polityczne są trudniejsze, a odpowiedzialność bardziej rozmyta.
Mikołaj Susujew
