To nie są klasyczne dane meldunkowe. GUS oparł badanie na rejestrach administracyjnych i tzw. „śladach życia”, czyli informacjach wskazujących, że dana osoba faktycznie przebywała na terenie Polski. Urząd zaznacza, że statystyka ma charakter eksperymentalny, ale jej wyniki dają wyjątkowo ciekawy obraz tego, gdzie realnie koncentrują się cudzoziemcy.
Najwięcej cudzoziemców w liczbach bezwzględnych przebywało w Warszawie – 301 183 osoby. To 14,51 proc. wszystkich osób uwzględnionych w danych dla stolicy. Drugie miejsce zajął Wrocław z liczbą 153 771 cudzoziemców, a trzecie Kraków – 101 418. Dalej znalazły się Poznań, Łódź, Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Częstochowa i Lublin.
Sama liczba cudzoziemców nie pokazuje jednak pełnej skali zmian. Największe miasta dominują statystycznie, bo są największymi rynkami pracy i usług. Znacznie bardziej zaskakujący obraz pojawia się po sprawdzeniu udziału cudzoziemców w lokalnej społeczności.
Liderem okazała się gmina Ustronie Morskie w województwie zachodniopomorskim. Według danych GUS cudzoziemcy stanowili tam aż 30,43 proc. wszystkich osób uwzględnionych w badaniu. Drugie miejsce zajęła gmina Mikstat w Wielkopolsce z udziałem 29,84 proc., a trzecie Głowno w województwie łódzkim – 29,12 proc. Bardzo wysokie wyniki odnotowano również w Raszynie, Mławie, Jelczu-Laskowicach, Kobierzycach, Tarnowie Podgórnym, Krynicy Morskiej i Mszczonowie.
To oznacza, że w części mniejszych gmin cudzoziemcy stanowią już nie symboliczny dodatek do lokalnej społeczności, ale jedną czwartą, a nawet niemal jedną trzecią wszystkich osób faktycznie przebywających na ich terenie. W praktyce wpływa to na szkoły, rynek mieszkań, opiekę zdrowotną, transport, bezpieczeństwo, lokalny rynek pracy i codzienne życie mieszkańców.
Dane GUS pokazują również, że migracja nie jest już wyłącznie problemem wielkich metropolii. Owszem, Warszawa pozostaje liderem pod względem liczby cudzoziemców, ale procentowo wyżej są mniejsze gminy turystyczne, przemysłowe i logistyczne. To tam lokalne samorządy mogą najszybciej odczuwać skutki napływu pracowników i rodzin z zagranicy.
Równolegle rośnie liczba cudzoziemców pracujących w Polsce. Według GUS w ostatnim dniu grudnia 2025 roku pracę w Polsce wykonywało 1 141,1 tys. cudzoziemców, czyli o 7,2 proc. więcej niż rok wcześniej. To pokazuje, że gospodarka coraz bardziej opiera się na pracy migrantów, zwłaszcza w logistyce, przemyśle, usługach i budownictwie.
Problem polega na tym, że obecny rząd prowadzi w tej sprawie politykę zbyt luźną i zbyt reaktywną. Z jednej strony władza mówi o kontroli i bezpieczeństwie, z drugiej nie pokazuje spójnego planu dla gmin, w których udział cudzoziemców gwałtownie rośnie. Same dane GUS powinny być alarmem: Polska potrzebuje jasnej strategii, kontroli napływu, realnej weryfikacji legalności pobytu i pracy oraz egzekwowania obowiązków wobec państwa przyjmującego.
Nie chodzi o uderzanie w ludzi, którzy legalnie pracują, płacą podatki i respektują polskie prawo. Chodzi o odpowiedzialność państwa. Jeżeli w niektórych gminach cudzoziemcy stanowią już 20–30 proc. lokalnej populacji, to rząd nie może udawać, że wystarczy biernie obserwować statystyki. Potrzebne są narzędzia dla szkół, policji, samorządów, urzędów pracy i służb migracyjnych.
Zbyt luźna polityka migracyjna oznacza ryzyko powstawania lokalnych napięć, szarej strefy zatrudnienia, presji na mieszkania i usługi publiczne oraz problemów z integracją. Władza, która nie chce tego nazwać po imieniu, przerzuca koszty własnej bierności na mieszkańców miast i gmin.
Nowe dane GUS są więc czymś więcej niż statystyczną ciekawostką. To mapa realnych zmian społecznych, które już zaszły w Polsce. Jeżeli rząd nie zacznie prowadzić polityki migracyjnej opartej na interesie państwa, kontroli i bezpieczeństwie, to za kilka lat wiele samorządów może obudzić się z problemami, których dziś można jeszcze uniknąć.
Zenon Witkowski
Fot. Dane GUS
Fot. Dane GUS
