Pewną, choć wydaje się, że wątpliwą pociechą jest to, że podobnej jakości są inne, formułowane w Europie, „recepty”, w jaki sposób rozwiązać stojące przed nami dylematy. Ale zacznijmy od diagnoz p. Premiera Tuska, które wszystkie, co warto odnotować, są słuszne. Po pierwsze zauważył on, że zagrożenie rosyjskie jest realne i to nie w perspektywie kilkuletniej, ale raczej trzeba być przygotowanym na zaostrzenie sytuacji nawet w czasie najbliższych miesięcy. Po drugie, co dzisiaj już dla wszystkich wydaje się oczywiste, stwierdził, iż „nie ma pewności”, czy Amerykanie wywiążą się ze zobowiązań sojuszniczych w sytuacji agresji wymierzonej w jedno z państw członkowskich NATO znajdujących się w Europie, i po trzecie zaapelował on w związku z tym, aby na gruncie art. 42.7 Traktatu Europejskiego państwa Wspólnoty stworzyły realną odpowiedź na diagnozowane wcześniej zagrożenia. „Jeśli chcecie mieć prawdziwy sojusz, nie tylko na papierze – powiedział Tusk – to potrzebujecie prawdziwych narzędzi i realnej siły, jeśli chodzi o instrumenty obronne i mobilność sił zbrojnych między krajami itd. To bardzo praktyczny problem na dziś”, i dodał: „Dlatego moją obsesją i misją jest teraz reintegracja Europy. To oznacza wspólną obronę… wspólny wysiłek na rzecz ochrony naszych wschodnich granic”.

Wszystkie te tezy, brane osobno, są słuszne, tylko ich połączenie, a zwłaszcza proponowane rozwiązanie, jest świadectwem zarówno braku koncepcji strategicznej.

Muszę teraz wyjaśnić powody mojej krytyki. Otóż, jeśli uważamy, iż wiarygodność sojusznicza Stanów Zjednoczonych jest obecnie mniejsza niż w przeszłości – nieważne, czy rozbija ją ekstrawagancka polityka Donalda Trumpa, czy, jak napisałem w poprzednim moim artykule, zakwestionowanie art. 3 przez Hiszpanię (Francję, która poparła stanowisko Madrytu) – to w praktyce oznacza to osłabienie zdolności odstraszania Paktu. Sojusz Północnoatlantycki był i jest nadal organizacją, której głównym celem było zapobieżenie wojnie przez odstraszenie przeciwnika. Chodziło i nadal chodzi o to, że pokazując naszą gotowość, działające automatycznie procedury (art. 3) i zdolności, wpływamy na rachunek strategiczny potencjalnego agresora, podnosząc „cenę”, którą być może będzie on zmuszony zapłacić, jeśli zdecyduje się na wojnę. Ten mechanizm ma wymiar przede wszystkim psychologiczny, bo jaki charakter będzie miało realne wsparcie, jest – na gruncie art. 5 – niewiadomą. Przeciwnik ma wiedzieć, że procedury i zdolności do współdziałania, a także udzielenia pomocy (stąd znaczenie mechanizmu kooperacji opisanego w art. 3, który właśnie zakwestionowała Hiszpania i Francja), będą działały sprawnie, a kwestia skali pomocy sojuszników jest nieokreśloną, co w praktyce oznacza, iż w swych rachunkach strategicznych musi on uwzględniać scenariusz maksymalnego zaangażowania. Jeśli zatem premier państwa członkowskiego mówi, iż „ma wątpliwości” co do wiarygodności sojuszniczej USA, to obiektywnie – niezależnie czy te obawy są uzasadnione (oczywiście, że są) – osłabia działanie tego mechanizmu psychologicznego, na którym ufundowane jest odstraszanie. Jeśli jednocześnie uważamy, iż ryzyko rosyjskiej agresji nie jest „za górami, za lasami”, ale znacznie bardziej realne, to mamy do czynienia, w wypowiedzi p. Premiera, z niezrozumiałą sprzecznością. Uznanie rosnącego ryzyka nakazywałoby rozsądnie myślącemu i działającemu politykowi (niezależnie od tego, co realnie myśli) mówić o sile odstraszania, mało tego – starać się o gesty i wypowiedzi amerykańskiego sojusznika, w tym wypadku Donalda Trumpa, aby on potwierdzał „żelazobetonowy” charakter tych zobowiązań. Nawet jeśli polski premier w głębi serca w nie nie wierzy, to publicznie powinien zabiegać o idące w zupełnie inną stronę deklaracje Waszyngtonu. Oczywiście nie po to, aby „fryzować rzeczywistość”, jak mawiają Niemcy, ale aby zyskać na czasie, a ten czas jest nam potrzebny na wzmocnienie odstraszania zarówno rozbudowując nasze zdolności, jak i uzupełniające, a być może budując alternatywne formaty bezpieczeństwa.

Teraz trzeba odnieść się do sformułowanej przez premiera Tuska propozycji, aby podstawą tej alternatywy uczynić zapisy art. 42 pkt 7 Traktatu Europejskiego. Od razu trzeba zauważyć, iż nie jest to autorska propozycja p. Premiera, bo austriacka prasa informuje, że Kaja Kallas, szefowa unijnej dyplomacji, nalega na władze w Wiedniu, aby te „bardziej precyzyjnie” zdefiniowały obowiązek wzajemnej pomocy określony w tym artykule. Można zatem bez ryzyka wielkiego błędu założyć, że Bruksela chciałaby w obecnej sytuacji redefinicji, a w praktyce zapewne rozszerzenia, ogólnych zapisów zawartych w tym artykule. Problem polega wszakże na tym (i nie jest to jedyny), że tego rodzaju dążenie, psychologicznie zrozumiałe, jest z punktu widzenia polityki bezpieczeństwa absurdalne, wręcz ją osłabiające. Jeśli bowiem nasi europejscy sojusznicy, w odpowiedzi na wezwania Kallas i Tuska, tak określą swoje zobowiązania, iż przeciwnik (Rosja) uzna je za ograniczone, to w praktyce będziemy mieć do czynienia ze słabszą od pożądanej przez nas reakcją, a „policzenie” deklarowanych zdolności oznaczać może słabnięcie odstraszania. Możemy też wyobrazić sobie maksymalistyczne deklaracje – i zapewne o to chodzi p. Premierowi – tylko że trudno je będzie osiągnąć w formule traktatowej, a na dodatek tego rodzaju ogólne zapowiedzi (w stylu „pomożemy wszystkim, co mamy”) z oczywistych powodów uruchamiają pytanie o zdolności. Można powiedzieć, że art. 5 jest podobnie co do zasady skonstruowany. Pełna zgoda, tylko właśnie z tego powodu wzięcie przez przeciwnika pod uwagę zdolności naszego amerykańskiego sojusznika zmienia postać rzeczy.

Z art. 42 są jeszcze inne problemy. Podpunkt 1 tego artykułu stanowi bowiem, że „Wspólna polityka bezpieczeństwa i obrony stanowi integralną część wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Zapewnia Unii zdolność operacyjną opartą na środkach cywilnych i wojskowych. Unia może z nich korzystać w przeprowadzanych poza Unią misjach utrzymania pokoju, zapobiegania konfliktom (podkr. MB) i wzmacniania międzynarodowego bezpieczeństwa, zgodnie z zasadami Karty Narodów Zjednoczonych. Zadania te są wykonywane w oparciu o zdolności, jakie zapewniają Państwa Członkowskie”. O jakich problemach, w związku z tym artykułem, myślę? Są one na gruncie zapisów oczywiste. Po pierwsze, jeśli „zdolności dostarczają państwa członkowskie”, to jaki sens w politykę bezpieczeństwa ma angażowanie Brukseli? To samo można osiągnąć na gruncie polityki bilateralnej (sieć umów) albo wielostronnej, ale bez angażowania biurokracji unijnej, której wpięcie do tego systemu podejmowania decyzji – niezależnie od własnych, partykularnych interesów, które zawsze Bruksela realizuje – wydłuża i komplikuje proces podejmowania decyzji. Drugi problem jest niewiele mniejszy, bo otwierające ten artykuł zapisy, porządkując jego interpretację (w tym podpunktu 7, na który powołuje się p. Premier Tusk), mówią o misjach poza Unią i raczej wskazują na działania o charakterze ekspedycyjnym czy stabilizacyjnym, a nie wspólną politykę obronną. Wszystko, w tym redakcję tego artykułu, można zmienić, ale jest to proces zarówno długotrwały, jak i zakładający porozumienie z państwami, które całkiem niedawno odmówiły zwiększenia swego zaangażowania w kolektywną obronę (Hiszpania), są neutralne, a w związku z tym sam fakt przekształcenia zapisów art. 42 mogą uważać za zakwestionowanie swej neutralności (Irlandia, Austria), lub przez lata uprawiały politykę zbliżenia z Rosją, stawiając raczej na „obłaskawienie” wschodniego niedźwiedzia, a nie jego odstraszanie (Cypr, Malta, Słowenia, Słowacja, Austria). Innymi słowy, cel polityczny, o którym mówi p. Premier Tusk, deklarując, że to „jego obsesja”, wydaje się być trudniejszy niż też niełatwe zadanie polegające na wzmacnianiu więzi atlantyckich.

W tym miejscu pojawia się pytanie o zdolności wojskowe, bo przecież nie dzięki aktywacji unijnego soft power będziemy chcieli bronić się przed Rosją. Napisałem o tym wiele i nie chcę powtarzać ciągle tych samych argumentów. Warto jednak, abyśmy pokusili się o pewien eksperyment myślowy. Które państwa z Unii, ze względu na potencjał demograficzny, ekonomiczny i – w konsekwencji – wojskowy, mają szanse na odegranie głównej, konstrukcyjnej roli w budowie nowego, europejskiego systemu bezpieczeństwa? Amerykańscy eksperci w artykule opublikowanym na łamach The Foreign Affairs piszą o „wielkiej czwórce” w europejskiej polityce bezpieczeństwa. Należą do niej Wielka Brytania (poza UE), Francja, Niemcy i Polska. Włochy zaniedbały bardziej niż inne państwa w ostatnich latach swoje siły zbrojne, mają ogromny dług publiczny i przede wszystkim „zwrócone są” w stronę Morza Śródziemnego; wschodnia flanka to dla nich „inna bajka”, obronie której nie będą dedykować swego i tak ograniczonego potencjału kosztem odkrycia się na południu. Hiszpania ma podobny rachunek strategiczny, a na dodatek nie chce się angażować. Pozostają zatem te cztery państwa; inne też są ważne i w żadnym stopniu ich nie lekceważę, ale ich zaangażowanie będzie zawsze miało charakter uzupełniający, pomocniczy, tym bardziej jeśli bierzemy pod uwagę scenariusz „wielkiej wojny”, w której zasoby odgrywają istotną rolę.

Jeśli zatem mówimy o europejskiej czwórce – pomijam milczeniem kwestię statusu Wielkiej Brytanii, milcząco uznając ją za uczestnika tej wspólnoty – to trzeba zwrócić uwagę na kluczowe, w domenie lądowej, znaczenie potencjału Polski i Niemiec. Muszą się one wzajemnie uzupełniać i powinny też być rozwijane. Gdybyśmy naszą analizę ograniczyli do tytułów prasowych albo nagłaśnianych wypowiedzi medialnych, to sprawa jest prosta. Niemcy, jak niedawno potwierdził minister Pistorius, budują największą armię lądową Europy, a zatem na tyłach mieć będziemy solidnego, silnego i zaangażowanego partnera. Ciesząc się ze zmiany kierunku niemieckiej polityki wobec Rosji (bo lepiej, aby Berlin był z Moskwą poróżniony, niż szukał płaszczyzn współpracy), musimy jednak – chcąc prowadzić roztropną politykę – pytać, jak naszym sojusznikom z Zachodu idzie to głośno deklarowane dzieło. Innymi słowy: jak skutecznie budują „największą armię lądową Europy” i kiedy chcą nią dysponować?

Opisanie terminów jest najłatwiejsze, bo deklarował je minister Pistorius. Niemiecki minister obrony zapowiedział również „zmianę doktrynalną”, która polega na przejściu do formuły „jednego teatru działań wojennych”. Jak sam zauważył, Niemcy będą obecnie w swej polityce wojskowej i zbrojeń traktować obszar NATO, Bliski Wschód i rejon Indo-Pacyfiku w kategoriach jednego, powiązanego ze sobą szeregiem współzależności teatru działań. To oznacza oczywiście, iż budowany potencjał ma „obsłużyć” tak definiowane obszary odpowiedzialności. Pistorius zaprezentował w tym wypadku ciekawe podejście, mówiąc o tym, że należy mówić w związku z tym o profilu zdolności i odejść od sztywnych kwot sprzętowych – liczby czołgów, samolotów czy okrętów. Pytanie nie brzmi – deklarował – ile batalionów potrzebuje armia niemiecka, ale jakie efekty musi być w stanie osiągnąć.

Jako priorytety wskazał głębokie, precyzyjne uderzenia, obronę przeciwlotniczą przed pociskami hipersonicznymi oraz możliwości w zakresie dronów, podkreślając, że Niemcy w zasadzie zaczynają od zera w zakresie uderzeń dalekiego zasięgu. Wracając jednak do kwestii wielkości sił zbrojnych, bo ostatecznie niemiecki minister obrony podał liczby, to Berlin chce, aby do 2035 roku potencjał kadrowy Bundeswehry wzrósł do 460 tys. osób, z czego 200 tys. to ma być aktywna rezerwa, a w siłach zbrojnych ma służyć 260 tys. mężczyzn i kobiet. Jak deklarował, odbudowa potencjału Bundeswehry skończy się w roku 2039, ale ostatnie cztery lata poświęcone mają być na zapewnienie przewagi technologicznej sił zbrojnych poprzez automatyzację i sztuczną inteligencję.

Pozostawiając bez komentarza ten harmonogram, choć wydaje się oczywiste, że Niemcy na 13 lat oceniają czas, jaki Europa będzie potrzebowała, aby zastąpić amerykańskie zdolności dedykowane dziś obronie starego kontynentu, postawmy inne pytanie. Czy ten scenariusz jest realny? Bo my w Polsce – jak mi się wydaje – działamy w oparciu o przeświadczenie, że niemieckie deklaracje oznaczają niemal automatycznie ich realizację i w związku z tym należy traktować je jak pewnik. Ale tak być nie musi.

Obecnie w Bundeswehrze, w świetle oficjalnych danych służy, 185 420 osób. Ale w grudniu 2025 roku, a te dane móżmy porównać ze stanem na koniec 2022 roku było to 184 200. Tak nawiasem mówiąc ubiegły rok był dla Bundeswehry najlepszym rokiem rekrutacyjnym. W grudniu 2022, bo na koniec każdego kwartału publikowane są oficjalne statystyki było to 183 050. Łatwo obliczyć, że mimo zagrożenia związanego z rosyjską wojną agresywną na Ukrainie, mimo Zeitenwende i większych nakładów realny przyrost kadrowy sił zbrojnych naszego sąsiada między grudniem 2022 a grudniem 2025 wyniósł 1 150 osób. W tym tempie „dochodzenie” do poziomu 260 tys w służbie zajmie Niemcom 197 lat. Ale załóżmy, że przyspieszenie rekrutacji nastąpi, bo „wyniki” z końca pierwszego kwartału 2026 są lepsze, i będzie to trwała tendencja to ile czasu Niemcy potrzebują aby dojść do deklarowanej wielkości sił zbrojnych? 31 - 32 lata. Trudności rekrutacyjne nie są wynikiem opieszałości niemieckich władz, ani też nie chodzi w tym wypadku o brak środków, bo w ostatnim czasie aby zwiekszyć rekrutację zaproponowano sute premie dla ochotników. Po wejściu w życie ustawy Zeitenwende premia za podpisanie kontraktu z wojskiem jest stała (5,4 tys euro) i automatycznie przyznawana, ale to nie spowodowało lawinowego przyrostu ochotników. Zapewne dlatego, że podobnie jak w innych państwach zachodniej części Europy (np w Wielkiej Brytanii) służba wojskowa nie jest atrakcyjną ścieżką kariery zawodowej a koncepcja obrony ojczyzny nie jest przesadnie popularna. Podobna sytuacja jest w przypadku rezerwistów i zapewne dlatego niemieckie stowarzyszenie skupiające tych którzy odbyli służbę w siłach zbrojnych zaproponowało ostatnio aby podnieść wiek powoływanych (rezerwistów) do 70 roku życia. „Ludzie dłużej są sprawni” brzmi uzasadnienie, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż jednym z powodów takiego postulatu są też problemy z odbudowa aktywnej rezerwy. Tym bardziej, że są to naczynia powiązane bo ci którzy kończą kontrakty z Bundeswehrą stają się bazą rekrutacyjną dla rezerwy co oznacza, że im wolniej przebiegał będzie proces odbudowy kadrowej tym mniejsza będzie grupa z której rekrutować się będzie w przyszłości aktywnych rezerwistów.

Jeśli analizujemy niemiecką politykę obrony, a zwłaszcza zgodność publicznych deklaracji, które – nagłaśniane przez media – zapadają w pamięć, z ich realizacją (już nie tak intensywnie promowaną), to warto poświęcić też nieco uwagi programowi odbudowy infrastruktury, w tym komunikacyjnej. Merz, obejmując urząd kanclerza, zapowiedział – jak pamiętamy – uruchomienie dwóch programów: zbrojeniowego o wartości łącznej 500 mld euro i infrastrukturalnego, na co Berlin planuje wydać podobną kwotę. Warto też pamiętać, że 5% wskaźnik na obronność, jaki członkowie NATO (prócz Hiszpanii) uzgodnili w trakcie ostatniego szczytu, składa się z dwóch elementów: 3,5% na siły zbrojne i 1,5% na niezbędną infrastrukturę logistyczną. Mamy teraz pierwsze niemieckie analizy, jak w 2025 roku wydatkowano środki przeznaczone na infrastrukturę. Rok po uchwaleniu przez Bundestag Specjalnego Funduszu na rzecz Infrastruktury i Neutralności Klimatycznej (SVIK) dwa renomowane instytuty badawcze oceniły rezultaty. Obliczenia Niemieckiego Instytutu Ekonomicznego (IW) wskazują, że w 2025 roku 86% środków zostało sprzeniewierzonych. Z kolei monachijski Instytut IFO doszedł nawet do wniosku, że 95% nowo zaciągniętego długu nie zostało wykorzystane na dodatkowe inwestycje infrastrukturalne, a „poluzowanie” gospodarki budżetowej służyło łataniu dziur i oznaczało przeznaczenie pieniędzy na zupełnie inne niż deklarowane cele. Mówimy o niebagatelnych kwotach, bo zadłużenie rządu federalnego tylko z tytułu przeznaczenia środków na ten jeden fundusz wzrosło w 2025 roku o 24,3 mld euro, ale na inwestycje w infrastrukturę przeznaczono jedynie 1,3 mld.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Powód jest oczywisty. Otóż w przypadku naszych europejskich partnerów mamy do czynienia ze zjawiskiem, które określiłbym mianem asymetrii deklaracji i realnych działań. Dużo się mówi i obiecuje, ale znacznie mniej robi. Nie wynika z tego, iż Amerykanie nie uprawiają tego rodzaju polityki, ale oni przynajmniej nie muszą gonić. Polska polityka w zakresie obronności też obarczona jest podobną wadą – szumne deklaracje i mniej optymistyczna rzeczywistość. Ale zastanawiamy się, jaka architektura bezpieczeństwa w Europie jest w interesie Polski, i bez rzetelnej oceny realnych zdolności (a nie deklaracji na ten temat) naszych sojuszników nie będziemy w stanie dokonać trafnych wyborów.

Wróćmy zatem do projektów budowy systemu bezpieczeństwa o oparciu o Unię Europejską, bo – jak napisał francuski Le Point – na niedawnym szczycie Unii na Cyprze państwa członkowskie podjęły „decyzję o poważniejszym zbadaniu mechanizmu w dużej mierze nieznanego opinii publicznej: artykułu 42.7 Traktatu o Unii Europejskiej”. Prezydent Cypru miał zauważyć, że Komisja Europejska otrzymała zadanie opracowania „planu operacyjnego” określającego procedury uruchomienia tej klauzuli w przypadku agresji. Wywodzenie na tej podstawie, iż mamy do czynienia z jakąś dojrzałą koncepcją, jest w najlepszym wypadku myśleniem życzeniowym. Francuski tygodnik przypomina, nota bene, że ten artykuł (42.7) był w historii aktywowany tylko raz. Stało się to w roku 2015 po atakach terrorystycznych 13 listopada. Wówczas francuskie władze uznały, iż powinny rozmieścić wojsko na własnym terytorium, i w związku z tym wystąpiły do innych państw UE, aby te umożliwiły im ściągnięcie żołnierzy z misji zamorskich bez szkody dla ich przebiegu. Państwa członkowskie, zwiększając wówczas swoje zaangażowanie, umożliwiły Paryżowi tego rodzaju posunięcie. Gołym okiem widać w związku z tym, że artykuł ten „używany był” w związku z zaangażowaniem państw członkowskich poza granicami Wspólnoty w misjach stabilizacyjnych i pokojowych, co właściwie wyklucza odmienną jego interpretację. Można oczywiście wszystko zmienić, ale wymaga to rewizji Traktatu Europejskiego, co z pewnością uruchomi przetarg polityczny i nie wiadomo, do jakich rezultatów doprowadzi.

Niedawna wizyta prezydenta Macrona w Polsce dała okazję do akcentowania „nowej jakości” we wzajemnych relacjach, podkreślania faktu, iż francuskie myśliwce zdolne do przenoszenia broni jądrowej będą patrolowały naszą przestrzeń powietrzną, co zwiększy siłę odstraszania (tu zgoda), a także, iż nastąpiło zbliżenie między Warszawą a Paryżem na gruncie wątpliwości co do wiarygodności sojuszniczej Stanów Zjednoczonych.

Warto, w związku z francuskimi planami wzrostu wydatków wojskowych – a taką propozycję złożył minister Lecornu w „propozycji aktualizacji Ustawy o Programie Wojskowym na lata 2024–2030” – przytoczyć opinię na jego temat autorów artykułu z portalu specjalizującego się w kwestiach wojskowych. Autorzy Zone Militaire napisali, iż „projekt aktualizacji Ustawy o Programie Wojskowym na lata 2024–2030 [LPM] pomija kwestię zwiększenia liczebności francuskich sił zbrojnych (podkr. MB), stawiając na pierwszym miejscu ‘spójność’ i potrzebę uzupełnienia najpoważniejszych luk w zakresie zdolności”. I dalej argumentują, że „jeśli chodzi o Armię, jej ambicje, aby stworzyć w pełni operacyjną dywizję, a docelowo móc rozmieścić korpus, prawdopodobnie będą hamowane przez braki w zakresie zdolności, szczególnie w obszarach uderzeń na duże odległości, zwalczania dronów i walki elektronicznej oraz logistyki”. A zatem ambicją armii jest stworzenie operacyjnej dywizji (ok. 15 tys. żołnierzy), a docelowo nawet korpusu, tylko że do 2030 roku nie ma na to środków. A zatem i w przypadku Francji mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem jak w przypadku Niemiec – retoryka jest bardzo obiecująca, ale realne działania powolne i więcej niż skromne.

Anonimowy dyplomata, przywoływany przez Le Figaro, trzeźwo zauważa, iż akcentowanie współpracy wojskowej między Polską a Francją – ale tu o realny postęp trudno – „w czasie, gdy transatlantyckie powiązania w zakresie bezpieczeństwa są wciąż bardzo niestabilne”, może stanowić również „argument wyborczy”. Warto zastanowić się nad tą tezą, bo z oddali być może lepiej obserwować polską rzeczywistość polityczną i intencje graczy. W świetle tej interpretacji Donald Tusk podkreśla „europejskość” chyba nie dlatego, że rzeczywiście widzi we Wspólnocie realną „tarczę”, z której możemy skorzystać w związku z zagrożeniem rosyjskim, ale chciałby uruchomić w Polsce „efekt Carneya”, czyli mechanizm polityczny, który pozwolił kanadyjskim liberałom wygrać wybory, kiedy byli w beznadziejnej sytuacji. Aby to osiągnąć, trzeba nie tylko zohydzić i przedstawić amerykańskiego prezydenta w kategoriach człowieka niewiarygodnego – w czym zresztą z całych sił pomaga Donald Trump – ale również sam sojusz ze Stanami Zjednoczonymi uznać za wątpliwy. To, że alternatywa jest jeszcze gorsza, nie ma znaczenia. Nie chodzi tu bowiem o bezpieczeństwo, ale o wpojenie wyborcom, że należy go szukać wyłącznie w Europie – inne drogi są niewiarygodne – a to wzmacnia pozycję partii, która ma opinię „proeuropejskiej”. Chodzi zatem znów o politykę wewnętrzną, nawet kosztem bezpieczeństwa. Niebezpieczne to gry.

Marek Budzisz

_______

Publikacja za zgodą Autora