Aneks, który od lat pozostaje tajny, ma zawierać znacznie szerszy materiał niż sam raport z 2007 roku. Według dostępnych informacji dokument „zawiera dwa razy więcej materiałów i znacznie więcej nazwisk osób, które współpracowały z rosyjskimi służbami”. W przestrzeni publicznej powraca więc pytanie: co dokładnie kryje się w archiwach i jakie mogą być konsekwencje ich ujawnienia?

W debacie pojawiają się także głosy ostrzegające przed publikacją. Krytycy wskazują na ryzyko ujawnienia wrażliwych informacji. Jak stwierdził sędzia Waldemar Żurek, „w takiej sytuacji geopolitycznej publikowanie jakichkolwiek raportów (…) jest po prostu absurdem” i może oznaczać, że „w Moskwie (…) zacierają ręce”.

Z kolei zwolennicy ujawnienia dokumentów podkreślają argument przejrzystości życia publicznego. W opinii Marzeny Nykiel „opinia publiczna pozbawiona jest wiedzy, kto za kim stoi, przez co ulega dezinformacji i manipulacjom”. Jej zdaniem właśnie brak dostępu do pełnych informacji osłabia państwo i sprzyja utrzymywaniu nieformalnych układów wpływów.

Do sprawy od lat odnosi się także Antoni Macierewicz, który podkreśla wagę ujawnienia personaliów osób powiązanych ze służbami. „Sprawa osób, które mogą być zależne od Rosji (…) to fundamentalna kwestia dla bezpieczeństwa naszej armii” – zaznaczał były minister obrony.

Spór ma również wymiar instytucjonalny. Dokument trafił już – w formie zanonimizowanej – do marszałków Sejmu i Senatu. Choć ich opinia nie jest wiążąca, decyzja o publikacji może mieć daleko idące skutki polityczne i prawne.

Eksperci przypominają, że temat wpływów rosyjskich w Europie Środkowo-Wschodniej od lat pozostaje przedmiotem analiz m.in. NATO czy European Council on Foreign Relations. W tym kontekście polska debata wpisuje się w szerszy problem bezpieczeństwa i przejrzystości struktur państwowych.