Umberto Eco twierdził, że „Piękno jest (…) ograniczone kanonem, a brzydota jest nieograniczona w swoich możliwościach”. I rzeczywiście, obecnie widzimy wokół nas prawdziwie nieograniczone morze brzydoty. „We współczesnym świecie wszystkie formy tradycyjnego porządku są w oczywisty sposób zagrożone. By je utrzymać przy życiu, z pewnością nie wystarczy tylko pisać o nich książki, pisał Roger Scruton. Trzeba mieć wizję przyszłości, wizję celu, do którego zmierzamy. A czy zmierzamy do pięknego celu, czy w ogóle mamy jakieś cele?

Modyfikacje piękna i brzydoty poszły współcześnie zdecydowanie za daleko; występek stał się cnotą, brzydota pięknem, prawda postprawdą, czyli nowoczesnym kłamstwem. Dziś możemy stwierdzić, że piękno zamieniło się miejscem z brzydotą. Piękno kwitnącej róży, sonety Shakespeare’a, piękno szybującego orła, uśmiech dziecka, zorza poranna, piękno kobiecego ciała przestały być bezdyskusyjnym kanonem piękna. Zostały przez wielu wprost wyszydzone.

Poszukiwanie piękna nie jest już fascynujące i atrakcyjne dla nas współczesnych, zwłaszcza dla młodego pokolenia, estetyczny sposób życia i bycia przestał być wymagany i na tzw. topie. Nie dążymy już do piękna, bo nie jest dziś ono najwyższą wartością, głębokie pragnienie ładu i harmonii jedynie irytuje, a skoro nie potrzeba dobra i piękna ani ładu, to nie potrzeba też religii, hierarchii, tradycji, honoru, miłosierdzia, miłości, a tym bardziej pokory, wstrzemięźliwości itp. Św. Tomasz z Akwinu piękno zaliczał do podstawowych, powszechnych cech bytu zwanych transcendentaliami, ceną piękna, także tego moralnego, jest umiarkowanie. Jednakże zło, głupota i brzydota są dziś odmalowywane w bardzo powabnych kolorach.

Poglądy Akwinaty na piękno, jego istotę w cywilizacji chrześcijańskiej, są nadal trwałe, nie tylko dla ludzi wierzących czy prawdziwych intelektualistów. To właśnie prawda, dobro i piękno są prawdziwymi aspektami bytu ludzkiego – są ciągle transcendentne, są ze sobą nie tylko nierozerwalnie powiązane, ale wręcz tożsame i prowadzą do jednego wspólnego celu – zbawienia ludzkiego. Choć są przecież piękności niebezpieczne, zdradliwe, amoralne, czy wręcz zabójcze – te też istnieją. Liczą się tak naprawdę ludzkie uczucia, jeśli potrafią być piękne.

Ludzkie życie jest niewątpliwie bardzo złożone i zmienne, nie mówiąc już o tym, jak bardzo kruche, niczym porcelanowa filiżanka, ale to właśnie piękno winno nam dostarczać w tej ziemskiej pielgrzymce przyjemności, wrażliwości, dodawać smaku, radości, wytchnienia, głębszych przemyśleń. To piękno właśnie winno powodować chęć poprawy, pogłębienia naszej edukacji, skutecznie pobudzać ludzkie zainteresowania i poszerzać horyzonty. Francis Hutcheson (1694–1746), irlandzki filozof okresu oświecenia, twierdził, że: „Piękno polega na jedności w wielości”, tak jak wcześniej greccy stoicy czy sofiści, którzy uważali, że „piękno dzieła zasadza się na odpowiedniości formy wobec treści, na doskonałości, której podstawą są stosunki, relacje matematyczne jej elementów, ale również na świetności wykonania, które jest wynikiem indywidualnego geniuszu na lśnieniu tej piękności”. Doskonale widać to na obrazach Joana Miró, że można zamordować sztukę – co też sam głosił i udowadniał swą twórczością ten artysta – w młodości kataloński księgowy. Nie wiadomo, czego tu było mniej, geniuszu czy piękności?

Często spieramy się na temat piękna, rzadziej brzydoty i choć istnieją teoretycznie eksperci od piękna i sztuki, to każdy oceny dokonać musi sam, musi przede wszystkim poczuć to piękno, różne rzeczy, postawy i wizerunki jako te piękne i te brzydkie. Piękno dostarcza przyjemności oku i uchu, ale pobudza nasze endorfiny, serotoninę, ale również skłania do przemyśleń, tworzy dobre obyczaje i przyjazny klimat, to piękno, a nie brzydota tworzy ten pożądany kontekst naszego życia, zaspokaja nasze oczekiwanie harmonii i szczęścia. To, że epoki i ideologie modernizmu, konstruktywiści, fowiści czy dadaiści, surrealizm czy komunizm i niemiecki hitleryzm zakwestionowały dobro, prawdę, miłość, to w efekcie musiało też doprowadzić do zerwania z pięknem. To surrealista André Breton (1896–1966) pisał o tzw. pięknie konwulsyjnym, które oznaczało zgrozę, czarny humor, prowokację, destrukcję, histerię bezbożności, bluźnierstwo, erotyzm, samowolę, eksplozję pożądania i wielki niepokój. Było to więc jawne zaprzeczenie piękna jako kategorii estetycznej – to był właśnie początek triumfu brzydoty, to, co dzisiaj, współcześnie, stało się już praktycznie normą. Dziś owe mroki naszej egzystencji, wiwisekcja najdziwniejszych upodobań i wszelkich zboczeń – to też niektórzy nazywają „pięknem i wybitną, nowoczesną sztuką” – awangardową czy konceptualną.

Dzisiaj bezszokową codziennością stała się seksualność wszystkiego i wszystkich, zwłaszcza aktualnej sztuki. Ciało może być brzydkie, byle było nagie, nawet wulgarne, odarte z godności i delikatności. Taka „sztuka” zawsze dziś znajduje adoratorów i amatorów, jest nagłaśniana i promowana, tak jak choćby instalacja rzeźby „Złotej Waginy”, „Wilgotna Pani” w warszawskim Teatrze Dramatycznym, bo tak najwyraźniej piękno sztuki i teatru pojmuje i postrzega dyrektor artystyczna tego przybytku Melpomeny, tytułująca się mianem „Artystki – Waginistki”. Według dyrektor tego warszawskiego teatru o długiej i pięknej tradycji, Moniki Strzępki, rzeźba „Złota Wagina” w holu Teatru Dramatycznego: „ma wzmocnić energię społecznej zmiany, którą tworzą protesty kobiet, ruchy klimatyczne oraz ludzie walczący o prawa mniejszości, prawa człowieka i demokrację”. Tylko dlaczego ta walka musi być tak brzydka i obsceniczna, tak ewidentnie bez gustu, tak skrajnie ideologiczna i upolityczniona i taka wulgarna? Dlaczego musi demoralizować, często deprawować, degradować nasz kod kulturowy i cywilizacyjny? Dlaczego teatr ma być dziś miejscem, gdzie tak niewiele jest piękna, pięknego obrazu, pięknej scenografii, pięknego słowa, a tak dużo bluźnierstwa, brzydoty i co w tej manifestacji płciowej jest takiego urokliwego? A może lepiej byłoby wystawić tam rzeźbę muzy pieśni i dramatu, Melpomeny? Łatwo przecież porównać i odróżnić to, co prawdziwe, piękne i zwyczajnie brzydkie i obsceniczne.

Dziś stosunek tzw. elit, zwłaszcza tych artystycznych, sprowadza się do całkowitego zanegowania harmonijnego, tradycyjnego piękna, ich podstawowych kanonów i estetyki mającej istotne wartości. To właśnie owi heroldzi brzydoty i zła zarazem narzucają ton tzw. sztuce nowoczesnej i wyzwolonej. Ich stosunek do klasycznego piękna to głównie negacja, szokowanie, prowokowanie, bluźnierstwo, ale i kiczowatość, skrajne upolitycznienie przekazu, no i oczywiście seksualizacja postępowa i tęczowa. Brak jakiegokolwiek umiaru, głębszego humanistycznego przekazu, wulgarność, a także mówiąc bardzo łagodnie, wyjątkowo elastyczny stosunek do pierwowzoru artystycznego. Brzydota ich znarkotyzowała i usynowiła zarazem, nic dziwnego, że dziś brzydota triumfuje na salonach, nie tylko tych artystycznych, na scenach, kartach powieści, w malarstwie, w muzyce, filmie, w architekturze, kulturze, no i oczywiście w internecie.

Jak to się ma do kanonu klasycznego piękna, do normalności i subtelności – najzwyczajniej ma się nijak. Jak to się ma do klasycznej wizji piękna, do wizerunku kobiecego piękna z końca XVIII wieku, choćby tego z obrazu George’a Romneya (1734–1802), sami Państwo oceńcie.

Brzydota, zamiast piękna, ma dziś pełnić główne funkcje estetyczne, ma śmieszyć, zadziwiać, podobno pobudzać wyobraźnię, wyrażać ekspresję, protestować, odrzucać i wzniecać bunt, ma być interesująca. A jak twierdził niemiecki pisarz i poeta Friedrich Schlegel, „Interesujące ma zawsze przewagę nad pięknem”.

Jednak brzydota deformuje, wykoślawia, często też wyszydza, uczy pogardy i nienawiści. A wszystko po to, by brzydota wyzwoliła nas z okowów wszelkiego tradycjonalizmu, religii, konserwatyzmu, a zwłaszcza patriarchatu, by zmusić nas do porzucenia konwencji, płci, tradycyjnych ról społecznych, ale też zwykłej delikatności, wrażliwości czy rycerskości. To właśnie ta nowoczesna brzydota ma nas zniechęcić do hierarchii, porządku, myślenia, oceniania i wybierania tego, co dobre i prawdziwe, jak i tego, co piękne i normalne. Ta postępowa brzydota pod sztandarem transhumanizmu, neomarksizmu, jak i genderyzmu ma nas poprowadzić ku temu „lepszemu” światu. Czy na pewno jednak warto byle do przodu, byle szybko, ale też byle jak, bez oglądania się na boki, a tym bardziej spoglądania wstecz na dorobek minionych pokoleń w sferze kulturowej i etycznej? Dr Janusz Janowski, polski malarz, nie tak dawno stwierdził w Polskim Radiu, że: „Epatowanie brzydotą stanowi oś współczesnej wypowiedzi artystycznej (…). Piękno stało się znamieniem tego, co minione, sztuki już nieaktualnej”. Smutna refleksja

To gorzkie, a zarazem prawdziwe słowa o współczesnej sztuce i dzisiejszej twórczości, to coś zdecydowanie gorszego i smutniejszego niż nawet turpizm, czyli kierunek w sztuce afirmujący brzydotę, wywołujący szok artystyczny, z drugiej połowy XX wieku, promujący swoisty kult brzydoty.

Dla tzw. lewactwa sztuka zawsze była i miała być formą walki ideologicznej, rewolucji społecznej i kulturowej, a wiadomo, że rewolucje muszą mieć swoje ofiary i jednymi z pierwszych padają zawsze prawda, dobro i piękno. Wystarczy spojrzeć choćby na kilka tylko współczesnych tzw. dzieł sztuki i ich autorów, z Andym Warholem (1928–1987) na czele, którego wylansowano na szamana tej nowoczesnej sztuki, z jego mało pięknym dziełem, „Puszką z zupą firmy Campbell” (1962), które właściwie zapoczątkowało kierunek sztuki znany jako pop-art. Tylko, że to jest raczej gastronomiczne i marketingowe „piękno” w czystej postaci. Czy też tzw. dzieło Damiena Hirsta z londyńskiej galerii sztuki „Eyestorm” zatytułowane „Nie ma jak w domu” – przedstawiające popielniczkę wypełnioną niedopałkami, śmieci, resztki jedzenia, puste butelki i stare gazety, które rano sprzątacz wyrzucił do śmietnika, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z tego, jaka to „piękna sztuka”.

Nie dziwi więc, że podobnej proweniencji artystycznej współczesny malarz Willem de Kooning mówił o tym cudownym dziecku sztuki nowoczesnej, Andym Warholu, że: „Jest zabójcą sztuki, mordercą piękna, a nawet katem śmiechu, nie cierpię twojego pacykarstwa” – twierdził przedstawiciel abstrakcyjnego ekspresjonizmu, którego twórczość też nie ma zbyt wiele wspólnego z klasycznym pojęciem piękna. To była dopiero prawdziwa kłótnia w rodzinie. Choć wydaje się, że piękno skutecznie potrafili mordować wspólnie. I tak dobrze, że obaj panowie nie poszli śladem pewnego chińskiego artysty, który rzeźbę Wenus z Milo (oryginał 130–100 p.n.e.), wykonał w całości z ludzkich odchodów. To dopiero musiało być wysublimowane poczucie piękna i estetyki, dość charakterystyczne dla współczesnych twórców, i cóż to była za twórcza odwaga i głębokie przesłanie dla przyszłych pokoleń – nieprawdaż? Co prawda wybitny polski filozof Władysław Tatarkiewicz (1886–1980) pisał swego czasu, że: „Ostatecznie pojęcie piękna wydaje się dziś teoretykom zbyt nieokreślone, a artystom zbyt sztywne, staroświeckie, patetyczne, obce”, to jednak o roli ekskrementów ludzkich w sztuce nie wspominał, a rzeźby tej klasy i piękna w marmurze, takie jak Wenus z Milo, Pieta, Bachus, Dawid, czy Madonna z Brugii przetrwały ponad 500 lat i dalej urzekają swym unikalnym pięknem. I to nie tylko dlatego, że Michał Anioł (1475–1564) wolał rzeźbić w czymś innym niż chiński artysta, ale robił to zwyczajnie staranniej, z błyskiem prawdziwego geniuszu, a i pewnie pachniało piękniej przy ich tworzeniu.

Jak widać, prawdziwe piękno potrafi przetrwać setki i tysiące lat i ciągle zachwycać, brzydota na szczęście tej nadzwyczajnej mocy nie posiada, a to głównie dlatego, że opiera się na dysharmonii, negacji, na wykoślawieniu. Sama negacja z reguły nie może być fundamentem czegoś szczególnie ważnego i trwałego, w tym nowego bytu. Sokrates podkreślał też, że: „Nawet złota tarcza jest brzydka, a kosz na śmieci piękny, jeśli w stosunku do celu, jakiemu służą, ona jest źle, a on dobrze wykonany”.

W Paryżu w 1980 roku w siedzibie UNESCO św. Jan Paweł II mówił: „Człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze. Pierwszym i podstawowym wymiarem kultury jest zdrowa moralność, kultura moralna”.

Możemy mówić o pięknie, gdy idzie o urodę ludzką, o naturę, możemy rozprawiać o pięknie przedmiotów, najlepszych cechach ludzkiego charakteru, pięknie czegoś szczególnie atrakcyjnego, pięknie krajobrazu, pięknie pór roku, ale możemy też oceniać piękno w odniesieniu do estetycznego wyglądu czegoś lub kogoś w stosunku do wyjątkowego charakteru barw, zwyczajów, przepychu, nastroju czy wytworności. Istnieje piękno kompetencji, kunsztu, perfekcji, przydatności, doskonałości rzemiosła, talentu, wirtuozerii wykonania, kobiecego powabu, gracji i doskonałości. Mówimy o wyjątkowości piękna danego dzieła czy osoby i o pięknie w kontekście elegancji, finezyjności, o pięknie harmonii, o pięknie mistrzowskiego stylu i wyrafinowaniu. Gdybym sam miał zdefiniować pojęcie piękna, to ująłbym to tak: „Piękno jest nierozerwalnie związane z człowiekiem, to magnetyzm i wieczne przyciąganie ku temu, co dobre, prawdziwe i godne, ale też sprawiedliwe, to szaty, które zdobią naszą cywilizację i jej boski wyraz”.

 

Fragment książki Janusza Szewczaka „Piękno zdeptane, kult brzydoty” Wydawnictwa Biały Kruk

Publikacja za zgodą Wydawnictwa