Bogusław Chrabota w „Rzeczpospolitej” napisał, że „zapowiedź przyjazdu do Warszawy ministra Andrija Sybihy i wprowadzenia do ukraińskiego Panteonu Narodowego bohaterskiego generała Marka Bezruczki, to krok w dobrą stronę”. Dodał, że jeśli Bezruczko znajdzie się tam obok hetmana Iwana Mazepy, „powinniśmy się cieszyć”. Publicysta zaznaczył również, że „narodowe panteony są najczęściej pisane atramentem krwi i narodowych egoizmów”.

Tyle tylko, że właśnie dlatego Polska nie powinna dać się wciągnąć w tanią grę symboli. Wpisanie do ukraińskiego Panteonu jednego lub kilku bohaterów dobrze kojarzonych w Polsce nie może przykryć kluczowego pytania: czy w tym samym miejscu mają zostać uhonorowani Stepan Bandera, działacze OUN i dowódcy UPA? Jeśli tak, żaden Bezruczko, Mazepa ani inny „wspólny bohater” nie zmieni istoty problemu.

Rada Najwyższa Ukrainy 1 lipca przyjęła ustawę o Panteonie Narodowym. Według Wirtualnej Polski dokument przewiduje sześć kategorii osób, które mogą zostać uhonorowane, w tym dowódców formacji wymienionych z nazwy, także UPA. Już samo to powinno w Warszawie zapalić wszystkie czerwone lampki. Instytut Pamięci Narodowej przypomina, że Zbrodnia Wołyńska była antypolską czystką etniczną o charakterze ludobójstwa, dokonaną przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1943–1945.

Dlatego najpierw musi paść jasny warunek: Bandera won z panteonu. UPA won z państwowego kultu. Dopiero później Polacy mogą się zastanawiać, czy w ogóle chcą uczestniczyć w ukraińskiej operacji symbolicznej i czy upamiętnienie Bezruczki jest rzeczywiście gestem szacunku, czy tylko próbą osłodzenia gorzkiej pigułki.

Pożyteczni idioci, którzy dają się nabierać na narrację, że Polska powinna być wdzięczna za ewentualne wpisanie do panteonu jakiejś polsko-ukraińskiej postaci, mylą gest z ustępstwem. To nie Kijów robi Polsce łaskę, jeśli wspomina człowieka, który rzeczywiście walczył ramię w ramię z Polakami przeciw bolszewikom. Prawdziwym testem nie jest Bezruczko, lecz Bandera. Nie Mazepa, lecz UPA. Nie piękne słowa o pojednaniu, lecz odrzucenie kultu zbrodniarzy.

Wołodymyr Zełenski sam zaostrzył spór, mówiąc podczas Dnia Konstytucji Ukrainy: „Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować”. Jeśli te słowa mają oznaczać prawo Ukrainy do gloryfikowania osób odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach, odpowiedź Warszawy powinna być jednoznaczna: pamięć o ludobójstwie nie podlega negocjacjom.

Polska pomagała Ukrainie od pierwszych dni rosyjskiej agresji. Przyjęła miliony uchodźców, przekazała sprzęt wojskowy, otworzyła logistyczne zaplecze dla Kijowa i płaciła realną cenę polityczną oraz społeczną. Tym bardziej ma prawo wymagać elementarnego szacunku dla własnych ofiar. Przyjaźń nie polega na tym, że jedna strona ma milczeć, gdy druga buduje państwowy kult wokół postaci splamionych krwią polskich cywilów.

Jeżeli Sybiha rzeczywiście przyjedzie do Warszawy z propozycją Bezruczki, polska odpowiedź powinna być chłodna i twarda. Najpierw Kijów musi jasno zadeklarować, że w Panteonie Narodowym nie będzie miejsca dla Bandery, OUN i UPA i zająć haniebny patronat już nadany jednostce przez Zełenskiego. Dopiero potem można rozmawiać o Marko Bezruczce, Iwanie Mazepie czy innych postaciach, które nie obrażają pamięci polskich ofiar.

W dodatku sama formuła tej propozycji wygląda jak czysta kpina. Ukraiński minister ma przyjechać do Polski, żeby prosić Polaków o zaakceptowanie umieszczenia w ukraińskim Panteonie… Ukraińca? I to ma być przedstawiane jako gest wobec Warszawy? To nie jest elegancja dyplomatyczna, lecz próba ustawienia Polski w roli petenta, który ma się cieszyć, że Kijów łaskawie przypomni postać zasłużoną także dla wspólnej walki z bolszewizmem i jest oczywistym odwracaniem kota ogonem w sprawie banderyzmu.

Co więcej, taka propozycja może być odczytana jako kolejna potwarz. Kijów zdaje się mówić: zobaczcie, jak wiele Ukraina zrobiła dla Polski. A gdzie są w tym ukraińskim panteonowym geście bohaterowie z Polski, którzy bronili Ukrainy, wspierali jej w całej wspólnej historii niepodległość i także przez ostatnie lata realnie pomagali jej przetrwać? Gdzie wdzięczność dla Polski za pomoc po rosyjskiej napaści w 2022 roku – za przyjęcie milionów uchodźców, przekazanie broni, otwarcie granic, wsparcie logistyczne, humanitarne i polityczne?

Jeżeli Ukraina naprawdę chciałaby wykonać gest dobrej woli wobec Polski, zaczęłaby nie od symbolicznych sztuczek pod dyktando Berlina, lecz od jasnego odcięcia się od kultu Bandery, OUN i UPA oraz od realnego uhonorowania polskiej pomocy i polskich ofiar. Tymczasem propozycja Bezruczki wygląda jak próba przykrycia problemu: dajmy Polakom jednego akceptowalnego Ukraińca, a w tle róbmy swoje z Banderą. To nie dobra wola i nie elegancja, lecz chamstwo polityczne i buta ubrana w język pojednania.

W tej sprawie nie wolno mylić realizmu z kapitulacją. Realnym interesem Polski nie jest udawanie, że problemu nie ma, lecz wymuszenie na Kijowie granicy: nie będzie normalnych relacji, dopóki Ukraina będzie stawiać zbrodniarzy na piedestale. Docisnąć Zełenskiego – to dziś nie hasło emocjonalne, ale warunek uczciwego sąsiedztwa.

Gdyby żył Zagłoba, to zapene powiedziałby na tę okoliczność coś w tym stylu:

„Na koń, mości panowie, bo tu nie dyplomacja, jeno hucpa w biały dzień! Żeby kto do polskiej izby przychodził, portret zbója na stół kładł, a potem jeszcze oczekiwał, że mu za to miodu naleją — tego i najtęższy łgarz by nie wymyślił.

Panteon chcecie stawiać? To najpierw won z Banderą i całą jego kompanią, co ręce po łokcie w niewinnej krwi maczali. A potem dopiero będziem radzić, czy uczciwy Polak ma tam w ogóle czego szukać.

Bo kto wdzięczności za polską pomoc nie zna, a butą i afrontem płaci, ten nie przyjaciela szuka, lecz głupca, który mu jeszcze za policzek podziękuje. Veto, mości panowie! Z taką pamięcią przy jednym stole się nie siada.”

Wiktor Logosławski