Terlikowska: Mamusiu, a czy mnie też byś zabiła?  - zdjęcie
13.04.16, 15:10

Terlikowska: Mamusiu, a czy mnie też byś zabiła?

Choć oficjalnie syndrom ten nie został uznany, niemniej jednak badacze zajmujący się problemem mówią wprost o „syndromie ocaleńca”. Zasadne więc stają się pytania o to, co dzieje się z dzieckiem, które przeżyło aborcję, co dzieje się z dzieckiem, które żyje, ale wie, że jego rodzeństwo takiej szansy nie dostało, jak wyglądają relacje takich dzieci z rodzicami, i w końcu jak one funkcjonują w społeczeństwie, jak budują relacje, żyjąc z piętnem śmierci.

Coraz więcej dzieci trafia na oddziały psychiatryczne z powodu dziwnych i niezrozumiałych zachowań. Kluczem do rozwiązania tych problemów okazuje się… aborcja. W Imieniu cierpienia  B. Foà przytacza taką oto historię opowiedzianą przez lekarza i psychoterapeutę Philipa Neya: „Pewna pacjentka powiedziała mi, że postanowiła się przyznać  swojemu dziewięcioletniemu synowi do aborcji, której dokonała wiele lat przed jego narodzeniem. Dziecko odparło: „Wiedziałem, mamusiu, o tym, że coś było nie w porządku. Zawsze miałem koszmary, pojawiały się w nich noże, a ty, mamusiu, mnie zabijałaś. Mam urojonego brata, który chce mnie zabić”. Ney w swojej praktyce słyszał wiele takich historii. Ich wspólny mianownik był jeden – w tych opowiadaniach występował nieżyjący braciszek lub siostrzyczka. Dzieci doskonale odczuwały „mentalny gwałt zadawany na ich psychice” doświadczeniem aborcji swoich rodziców.

      Nie ma jednej definicji „syndromu ocaleńca”. Philip Ney wymienia aż dziesięć odmiennych jego typów. Mając na uwadze fakt, że bardzo wiele rodzin doświadczyło problemu aborcji, warto pokazać wszystkie jego odcienie. I tak, są to dzieci, które ze statystycznego punktu widzenia mają niewielkie szanse na przeżycie ciąży; dzieci, których rodziec zaplanowali przerwanie ciąży; dzieci, których rodzeństwo zostało poddane aborcji przed nimi lub już po ich narodzeniu; dzieci żyjące w zagrożeniu, słyszące od swoich matek np. słowa: „powinnam cię była usunąć; dzieci, które z rożnego powodu (np. niepełnosprawności, pozamałżeńskie) mogły zostać poddane aborcji; dzieci, które zostałyby poddane aborcji, gdyby tylko rodzice mieli taką możliwość; dzieci, które żyją tylko dlatego, że rodzice za późno podjęli decyzję o aborcji; dzieci, których bliźniak został poddany aborcji; dzieci, które przeżyły zabieg aborcji  formie podania roztworu soli; dzieci, które przeżyły aborcję, choć pozostawiono je by zmarły z głodu i wyziębienia.

      Wyliczenie to pokazuje, w jak rozmaity sposób dzieci mogą doświadczać skutków aborcji swoich rodziców. To ogromy problem, zważywszy że mówimy w skali świata o milionach osób. „Te osoby straszliwie cierpią. To są osoby, które niby nie wiedzą o tym wydarzeniu, ale tak naprawdę całe ich ciało, cała psychika jakby „pamięta” to, co się stało” – mówi psycholog prof. Maria Ryś. Wskazuje, że osoby te charakteryzują się obniżonym poczuciem własnej wartości, czują się niekochane, niechciane na tym świecie. „Czasem stwierdzają wprost, że jest im tak źle, że wolałaby nie istnieć” – dodaje prof. Ryś.

      Jak więc w takiej rodzinie budować zdrowe relacje? Jak zaufać rodzicom, którzy choć zapewniają o swojej miłości, nie dali się urodzić innemu swojemu dziecku? Jak bardzo bolesne musi być więc pytanie, które pada z ust dziecka: „Mamo, a gdybym był na jego/jej miejscu też byś mnie zabiła?”. B. Foà nie ma wątpliwości, że to ogromna trauma: „Są wściekłe, ponieważ zostały pozbawione rodzeństwa, które mogłoby stać się dla nich ważne. Doświadczają silnego poczucia winy i rozumują w taki sposób: To moja wina, bo byłoby nas zbyt wiele (…) mają poczucie, że żyją wyłącznie dlatego, że były chciane” – pisze autorka w książce Imię cierpienia.

      Dzieci chciane. Zwolennicy aborcji bardzo często odwołują się do argumentu. Dzięki dostępowi do aborcji – przekonują – na świat przychodzić będą tylko te dzieci, które są faktycznie chciane przez rodziców. Inne – niechciane – prawa do życia mieć nie będą. Wyrok na nie wydadzą ci, którzy winni zapewnić im miłość i troskę. Tyle że to „chciane” to tylko propagandowe hasło. „Wiem, wiem to już od dawna, że slogany powtarzane przez psychologów nie mają pokrycia w życiu. Wiem, wiem na pewno, że to nie jest prawda, że z niechcianej, niepożądanej ciąży rodzą się niechciane dzieci. Nie tak prosto… Chciane bywają trudniejsze od niechcianych. Niechciane bywają największą radością rodziców” – przekonuje Wanda Półtawska. Jej wieloletnie doświadczenie pracy w poradni rodzinnej pozwala na wyciąganie takich wniosków: „Prześledziłam losy tych tzw. „niechcianych dzieci” aż do drugiego pokolenia. I wiem na pewno, że twierdzenie, iż z tak zwanej ciąży niechcianej rodzi się trudne i niekochane dziecko, nie jest prawdą”. Zdaniem Wandy Półtawskiej te wszystkie kobiety, które tak bardzo walczą o to, by móc zabijać własne dzieci, w gruncie rzeczy tego nie chcą i podświadomie oczekują, że ktoś stanie na ich drodze i powie: stop, nie zabijaj: „Każde dziecko jest bardziej kochane przez Boga, niż potrafią je kochać jego rodzice. Ale losy tych dzieci przyjętych, a początkowo niechcianych, pokazują, że Pan Bóg jakby chciał ludziom specjalnie im wynagrodzić i sprawia, że te dzieci przynoszą radość. I o ile kobiety latami żałują, że zabiły dziecko i nieraz cierpią z tego powodu latami, o tyle nigdy nie żałują, że dziecko żyje” – przekonuje Wanda Półtawska.  

      Dziecko nienarodzone staje się więc kozłem ofiarnym dla współczesnych społeczeństw – zauważa P. Ney: „Najlepszym kozłem ofiarnym jest osoba niewinna, nieposiadająca głosu i niemogąca się bronić. Wydaje się, że płód – dziecko jeszcze nienarodzone – to doskonały kozioł ofiarny. Tylko że jego śmierć nie rozwiązuje żadnych problemów społecznych; wręcz odwrotnie – wraca jak bumerang do ludzi, którzy decydują się na takie niszczycielskie zachowanie”.  

 Małgorzata Terlikowska