Jak zwalczyć mafie VAT? Prof. Jerzy Żyżyński dla Frondy - zdjęcie
23.02.17, 19:59źr. zdj. Facebook

Jak zwalczyć mafie VAT? Prof. Jerzy Żyżyński dla Frondy

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Jak to możliwe, że już tak długo kwitnie proceder wyłudzania podatku VAT?

Prof. Jerzy Żyżyński, ekonomista, członek Rady Polityki Pieniężnej:

Odpowiem trochę półżartem - półserio. Gospodarka rynkowa to system, w którym człowiek zdobywa środki utrzymania na, z grubsza biorąc, pięć sposobów: po pierwsze jako pracownik najemny, po drugie, jako zatrudniony w sektorze publicznym, czyli funkcjonariusz albo pracownik instytucji państwowych finansowanych z budżetu, po trzecie jako żyjący z kapitału, czyli rentier, po czwarte jako emeryt lub rencista, czyli żyjących ze środków ubezpieczenia społecznego lub emerytalnego, i wreszcie po piąte, jako przedsiębiorca. Każdy z tych sposobów oznacza, że człowiek coś daje lub dał w przeszłości społeczeństwu i otrzymuje za to odpowiednie wynagrodzenie w postaci określonej ilości środków pieniężnych – czyli jak ja proponuję definiować pieniądz – określonej ilości praw do nabywania dóbr i usług. Szczególną kategorię stanowią przedsiębiorcy, ludzie, którzy dzięki swej inwencji dają coś społeczeństwu wykorzystując poza swą inwencją i pracą własną, pracę innych ludzi i kapitał. Sprzedając wytworzone przez siebie produkty lub usługi otrzymują pewną ilość tych praw do nabywania dóbr i usług i dzielą się nimi ze swoimi pracownikami i ponoszą odpowiednie koszty. Ale niestety jest część ludzi, którzy nie mają tych umiejętności dania czegoś społeczeństwu, a mają olbrzymi apetyt, chcieli pozyskać taką ilość środków, których żadną miarą nigdy nie dostaną, gdyby chcieli się gdzieś zatrudnić jako pracownicy najemni. Nie starcza im inteligencji, by coś dać społeczeństwu i otrzymać za to zapłatę – i tacy ludzie potrafią tylko kombinować, jak by tu ukraść coś, zrabować, zwędzić, wycyganić itd.

Nie starcza im inteligencji, ale jakoś sobie radzą, skoro udaje im się okraść państwo na tak duże kwoty. Niektórzy eksperci mówią, że budżet państwa traci na takich machinacjach nawet 50 mld złotych...

Pamiętamy wszyscy z dzieciństwa opowieść o Misiu Puchatku, takim misiu o bardzo małym rozumku, który miał co prawda mały rozumek, ale bardzo sprawnie działający, gdy chciał dobrać się do smakowitego miodku. No i tak jest z tymi ludźmi, niewiele umieją, nic nie są w stanie stworzyć, zaoferować czegoś społeczeństwu, na czym mogliby zarobić, ale jak trzeba coś ukraść, to wtedy szare komórki działają u nich bardzo sprawnie, potrafią to świetnie zorganizować. I tak pojawiły się kombinacje, jak tu dobrać się do miodku, jak wyrwać trochę z podatku, wykorzystać mechanizm wadliwości całego procesu opodatkowania podatkiem VAT – bo to niestety podatek podatny na takie kombinacje. Skoro jest podatek naliczony i zwracany, to próbuje się np. nie odprowadzić podatku należnego i zniknąć, odzyskać podatek naliczony, ale nie wpłacić należnego na następnym etapie itd. Tak powstały szczególne mafie zarabiania na podatku VAT, które generują poważne straty dla nas wszystkich.

Ale mogą Panią pocieszyć, o ile to może być jakieś pocieszenie, to są nie tylko Polacy. Jeszcze, gdy byłem posłem w Komisji Finansów w poprzedniej kadencji, otrzymaliśmy ciekawą informację od jednego z ekspertów, że firmy wyłudzające podatki od polskiego państwa są rejestrowane w Londynie lub w innych egzotycznych krajach, na egzotycznie brzmiące nazwiska. Ale prawdopodobnie ci osobnicy to były (i są) tylko tzw. słupy, za którymi kryją się nieznani mocodawcy. I polskie władze wiedziały o tym, ale niestety nie były skuteczne w walce z tym procederem, natomiast bardzo usilnie starały się odrabiać starty na polskich podatnikach, którzy albo zostali wplątani, albo z jakichś powodów mieli zaległości podatkowe.  

Jak to możliwe, że polskie władze dopuściły do czegoś takiego?

Jest ciekawe, że właśnie w stosunku do tych niepolskich podmiotów pasących się na naszym budżecie polskie władze były tak mało skuteczne. A przecież tracimy na tym my wszyscy, budżet mógłby lepiej realizować swe zadania, deficyt mógłby być mniejszy. Tu chodzi przecież o nasze podatki, czyli o finansowanie naszego dobra wspólnego. Pamiętajmy, że po to płacimy podatki, by realizować te funkcje państwa, które służą dobru wspólnemu.

Oczywiście, trzeba przyznać, że cały ten proces pozyskiwania dochodów państwa i wykorzystywania ich, gdy realizowane są wydatki, ma liczne wady. Ale wokół kwestii budżetowych jest wiele nieporozumień. Ludzie mówią czasem: „Nasze podatki się marnują”, są często niezadowoleni ze swojego państwa. Tymczasem sprawa jest bardziej skomplikowana, okazuje się bowiem, że wiele obszarów działalności państwa jest po prostu niedofinansowanych. Z państwem jest tak jak z każdym innym przedsięwzięciem: po to, by uzyskać zadowalający efekt, trzeba to przedsięwzięcie na odpowiednim poziomie sfinansować. I okazuje się, że liczne obszary odpowiedzialności naszego państwa wymagają większego dofinansowania. Okazuje się, że my jako obywatele, makroekonomicznie, czyli sumarycznie, płacimy stosunkowo niskie podatki, bo wpływy podatkowe w stosunku do PKB są niskie w porównaniu z krajami rozwiniętymi.

Część komentatorów uważa, że podatki w Polsce i tak są po prostu za wysokie

Dziedzina podatków, czy jak to się kiedyś mówiło, skarbowości – u nas pojęcie skarbu państwa zmieniło, można powiedzieć, wypaczyło, swe znaczenie – to trudna dziedzina, obrosła wieloma mitami i różne grupy interesów, lobbyści nie naszych interesów, albo ludzie zideologizowani przez błędne teorie, wypaczyli społeczne rozumienie kwestii podatków i stosunku do własnego państwa. Na przykład zbudowano taki powszechny pogląd, że ludzie nie chcą pracować z powodu podatków, że one jedynie szkodzą. Jednak takie wypowiedzi świadczą jedynie o tym, że ci ludzie nic nie rozumieją z mechanizmów ekonomicznych. Co charakterystyczne, w krajach, gdzie podatki są wysokie, gospodarka świetnie się rozwija, bo nie jest istotna wysokość podatków, lecz konstrukcja systemu, czy zawiera on bodźce (po angielsku incentives) sprzyjające rozwojowi. To wydaje się paradoksalne, że bogactwo kraju można dostrzec właśnie tam, gdzie płaci się wysokie podatki. System podatkowy ma sprzyjać wytwarzaniu coraz większej wartości, a więc generalnie sprzyjać pracy. Bo tak naprawdę źródłem dobrobytu jest praca. Klasyczna ekonomia definiowała trzy czynniki wzrostu gospodarczego: praca, kapitał i ziemia. Demagodzy podatkowi lamentują, że opodatkowuje się pracę. Ale jeżeli opodatkowanie pracy jest złe, to co mamy opodatkować? Kapitał? Nie, trzeba po prostu rozdzielić źródła podatkowe na różne elementy procesów ekonomicznych, żeby wszystko mogło funkcjonować w sposób racjonalny.

Niektórzy uważają, że poprzedni rząd dawał przyzwolenie na funkcjonowanie „mafii” VAT bądź po prostu przymykał oko na ten proceder

Takie wrażenie można niestety odnieść. Przyzwolenie było w tym sensie, że nie ścigano tego rodzaju przestępstw odpowiednio skutecznie. Ale czy było to świadome, celowe? Trudno rzucać tak ciężkie oskarżenia, nie mając na to konkretnych dowodów. Jednak będąc jeszcze posłem za poprzedniej kadencji Sejmu, a więc kiedy PiS było w opozycji, odnosiliśmy czasami wrażenie, że rząd świadomie i celowo przyzwala na ten proceder.

A może problemem jest to, na jakiej zasadzie funkcjonuje podatek VAT? Przynosi on straty również w Unii Europejskiej. Rocznie wynoszą one 300 mld euro

Straty w Unii Europejskiej też są duże, oszustwa na podatku VAT i unikanie innych podatków to problem europejski. Ja uważam, że tę formę trzeba zmienić, podatek VAT jest bowiem wadliwą konstrukcją. Dlaczego? Podatek jest naliczany i na pośrednich etapach jest zwracany aż do ostatecznego konsumenta. Idea byłą słuszna, chodziło o nieobciążanie kosztów podatkiem do momentu aż dotrze do ostatecznego nabywcy – konsumenta. Trzeba urwać ten ciąg. Myślę, że podatek VAT powinno się przeformułować, pozostawiając jego podstawową ideę. W tej podstawowej formule VAT powinien działać tylko na etapie produkcji. Producent kupuje surowce, półprodukty, różnego rodzaju narzędzia, płaci z VAT-em i podatek naliczony za te surowce i półprodukty powinien być zwracany. Gdy produkt ostateczny wychodzi z fabryki do pierwszego nabywcy – hurtownika albo innego pośrednika, to właśnie po wyjściu produktu z fabryki, na kolejnych etapach pośrednictwa podatek powinien tracić swą formułę VAT-owską i stać się normalnym podatkiem od sprzedaży podobnym do amerykańskiego sales tax, na poziomie powiedzmy do 10% - i nie zwracany: płaciłby go każdy nabywca aż do ostatecznego konsumenta. Oczywiście nie opłacało by się wtedy tworzyć żadnych łańcuszków kolejnego pośrednictwa, bo podatek by się kumulował. W obecnej formule produkt po wyjściu od producenta może wielokrotnie cyrkulować, naliczało się VAT, potem go zwracało i nagle... podatnik znikał. W takiej nowej formule wszystko mogłoby funkcjonować znakomicie, zniknęłoby olbrzymie pole do nadużyć. Ale, oczywiście, wadą takiego rozwiązania byłoby to, że VAT zostawałby w kraju producenta. Pierwszy nabywca, hurtownik, nabywający produkt prosto z fabryki płaci cenę z VAT, odprowadzanym przez sprzedawcę, producenta, a ten hurtownik potem może produkt odsprzedawać, każdy kolejny nabywca płaciłby kilkuprocentowy podatek od sprzedaży – płacony w cenie i odprowadzany przez sprzedawcę. To, czy straciłyby kraje, w których odbywa się ten wtórny obrót, zależałoby od ilości etapów pośrednictwa i od wysokości podatku. Pewne kategorie produktów mogłyby być zwolnione z podatku ze względu na ich szczególną rolę (podstawowe środki utrzymania, artykuły dla dzieci, książki itp.).

Zgadzam się z prof. Modzelewskim, że obecne rozwiązanie tzw. „odwróconego VAT-u” jest wadliwe, bo oznacza po prostu zerową stawkę na etapach pośrednich. W proponowanej przeze mnie formule nie byłoby podstaw do „kombinowania”, różnych karuzeli VAT-owskich. Ale przecież trzeba pamiętać, że zawsze łatwo jest wprowadzić rozwiązania wadliwe, jednak ich naprawa to bardzo trudny proces, bo każdego najbardziej wadliwego rozwiązania dostosowuje się struktura kosztów, płac, cen - i później bardzo trudno jest naprawić system bez zakłóceń w procesach ekonomicznych.

Bardzo dziękuję za rozmowę