W ostatnim czasie w Polsce zaktywizowała się dyskusja na temat możliwości posiadania własnej broni atomowej albo zbudowania jakiejś innej formy odstraszania atomowego. Dyskusja ta jednak przybiera dziwne kształty i tradycyjny polski podział polityczny również mocno na nią rzutuje. Z jednej strony przedstawiciele rządu mówią, że rozmowy te są nieodpowiedzialne i że Polska nie podejmie żadnych działań sprzecznych z prawem międzynarodowym. Co zresztą nie odrzuca tych from odstraszania nuklearnego, które z tym prawem sprzecznie nie są... na przykład słynnego amerykańskiego „nuclear sharing”. Prezydent z drugiej strony podkreślił, że Polska musi rozważyć możliwość rozwoju własnego potencjału jądrowego. Z innych wypowiedzi można też wywnioskować, że będzie to robić we współpracy i w oparciu o zaufanych partnerów. Przede wszystkim, jak mocno podkreśla za każdym razem prezydent – ze Stanami Zjednoczonymi. 

W tym samym czasie przedstawiciele administracji Donalda Trumpa już wprost deklarują, że USA będą się sprzeciwiać jakimkolwiek formom budowania własnych zdolności nuklearnych przez państwa europejskie, w tym Polskę. We Francji prezydent Macron deklaruje zmianę doktryny nuklearnej Francji, która uwzględniać ma rozszerzenie arsenału nuklearnego jak również i rozciągniecie francuskiego parasolu nuklearnego na inne państwa kontynentu, w tym swój własny program „nuclear sharing” z takimi państwami jak Niemcy czy Polska. 

Oczywiście, jak to zawsze w Polsce
jest, stosunek różnych środowisk do tego zagadnienia różni się w zależności od tego, do jakiego obozu politycznego się odnosi. Prezydent i przedstawiciele prawego skrzydła naszego spektrum politycznego krytykują Francję i traktują tę inicjatywę jako próbę wypchnięcia Amerykanów z Europy i obwiniają Francję o próbę wciągnięcie Polski w tę antyamerykańska inicjatywę. Z drugiej strony spektrum pojawiają się głosy o wspólnym europejskim odstraszaniu nuklearnym bez USA. 

Moim zdaniem sam pomysł, że Francja czy Stany Zjednoczone realnie zaryzykują istnieniem Paryża czy Waszyngtonu z tego powodu, że czołgi rosyjskie wejdą do Suwałk czy Wilna, jest dość irracjonalny. Z tego też powodu ten tzw. parasol nuklearny w postaci znajdowania się w jednym sojuszu z państwem nuklearnym jest bardzo umowny. Bo zasadniczo to odstraszenie polega tylko na tym, że potencjalny przeciwnik ma się obawiać wciągnięcia się w wojnę z państwem nuklearnym i w razie eskalacji tego konfliktu – wymiany uderzeniami bronią jądrową. Co jest z tego powodu umowne, że takie odstraszanie mocno jest uzależnione po pierwsze od determinacji naszego sojusznika, by wejść do takiej wojny na całość, a po drugie gotowości tego sojusznika eskalować do tego stopnia konflikt. 

Jednocześnie tzw. „nuclear sharing” w teorii daje odstraszanie nuklearne w tym sensie, że na twoim terytorium znajdują się broń jądrowa i środki jej przenoszenia, co potencjalny przeciwnik ma teoretycznie uwzględniać w swoich kalkulacjach i ma to utrudniać mu plany możliwej inwazji. Tak to wygląda w teorii. W praktyce zaś należy się zastanowić, na ile się opłaca takie odstraszanie i na ile ono jest realne. Każdy kto proponuje tego typu rozwiązania natychmiast oczywiście będzie deklarował, że broń jądrowa mimo, że fizycznie się znajduje na terytorium sojusznika, pozostaje pod każdym względem pod pełną i wyłączną kontrolą jej właściciela. „Nuclear sharing” rzeczywiście może komplikować rosyjskie kalkulacje, jednak nie zmienia on zasadniczo bilansu interesów stron. W razie sprzeczności tych interesów, broń ta w odpowiednim momencie może zostać z naszego kraju wycofana. Z drugiej strony ten, kto w ten sposób udostępnia nam broń jądrową, zyskuje spory wpływ na nasze decyzje i pewną przewagę w bilateralnych stosunkach jako ten dawca bezpieczeństwa. Z pewnością będziemy ponosić koszty tego „odstraszania”. Prawdopodobnie będzie też to sposób na zablokowanie własnych polskich ambicji w zakresie posiadania własnych zdolności nuklearnych. No bo przecież Polska niby w takiej sytuacji już będzie posiadać „odstraszanie nuklearne”. Więc w jakimś sensie jest to swoisty kaganiec na tego, kto ma własne ambicje nuklearne i sposób na ich opanowanie i kontrolowanie przez państwa, które mogą się tych ambicji obawiać. 

W ramach tej logiki, żadne z państw nuklearnych nie będzie chciało w obecnej sytuacji dopuścić Polski do możliwości uzyskania własnej broni i będzie próbować kontrolować te procesy. Prezydent Nawrocki ma bez wątpienia rację, że Francuzom przede wszystkim chodzi o swoją koncepcję autonomii strategicznej Europy i podnoszenie znaczenia francuskiej republiki w ramach tej suwerennej Europy. Problem jednak polega na tym, że USA jeszcze bardziej od Francuzów są zainteresowani pełną kontrolą nad zdolnościami militarnymi, które posiadamy. Po to by żadna eskalacja bez ich zgody w naszym regionie nie była możliwa. Polska broń jądrowa stoi w ostrej sprzeczności z tę amerykańską polityką. 

Czy są państwa, które mogą być zainteresowane by Polska posiadała własny potencjał nuklearny? Są. Ale podobnie jak i w wypadku konwencjonalnego odstraszania, są to państwa, których położenie na szachownicy politycznej jest podobne do polskiego i które dzielą z nami wspólne zagrożenia. Tym państwom może po prostu się opłacać sytuacja, w której Rosja w swoich kalkulacjach jest zmuszona uwzględniać możliwość konfliktu z takim państwem jądrowym w razie ataku na jego sąsiada. Po prostu dlatego, że taki atak na sąsiada Polski uderza w nasze żywotne interesy. Wspólnota interesów więc moim zdaniem jest niezmiernie ważniejsza od traktatów i zobowiązań, które istnieją teoretycznie na papierze. Te zobowiązania mogą być tylko złudzeniem, które uspokaja nas i daje tym papierowym dawcą bezpieczeństwa profity. Natomiast kraje, które dzielą wspólne zagrożenie – one po prostu są skazane na współpracę, bo przetrwanie jednego wpływa na możliwość przetrwania drugiego. To jest prawdziwa podstawa dla budowania realnej funkcjonalnej współpracy w dziedzinie militarnej. I mimo, że temat broni jądrowej jest niezmiernie bardziej złożony niż dyskusja o odstraszaniu konwencjonalnym, ogólne zasady gry są
tutaj takie same.