Parlamentarzysta zginął w ub. czwartek w wypadku drogowym. Jechał rowerem drogą łączącą Dąbrowę Górniczą i Sosnowiec. Jadący równoległym pasem kierowca samochodu osobowego stracił panowanie nad kierownicą i z dużą siłą uderzył w rowerzystę. Życia 36-letniego polityka i działacza społecznego nie udało się uratować.
Śmierć Łukasza Litewki wstrząsnęła całą Polską, tak też na jego pogrzebie zebrały się tłumy. Niewielu z zebranych niosło jednak kwiaty. Rodzina zmarłego prosiła, by zamiast wiązanki, z okazji tej uroczystości wykonać „dowolny gest dobroci”, do czego swoim życiem zachęcał tragicznie zmarły parlamentarzysta.
Uroczystość miała charakter państwowy. Wzięli w niej udział m.in. para prezydencka, premier Donald Tusk, członkowie rządu, marszałek Sejmu, wicemarszałek Senatu i liczna reprezentacja parlamentarzystów. Prezydent Karol Nawrocki odznaczył pośmiertnie Łukasza Litewkę Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
W czasie Mszy św. pogrzebowej homilię wygłosił ordynariusz diecezji sosnowieckiej.
- „Są takie chwile, kiedy słowa wydają się nawet zdradą, a przynajmniej są zbyt nieporadne, by odważyć się dotknąć otwartej rany. Stajemy w tej ciszy, która boli, ale która jest też najbardziej uczciwym miejscem spotkania. W obliczu takiej straty milczenie wydaje się bowiem najlepszą modlitwą. A jednak. Jednak próbujemy. Z drżeniem, ale i z ufnością odnaleźć puls nadziei”
- mówił bp Artur Ważny.
- „Przyszliśmy pożegnać człowieka, który pokazał nam wszystkim, że autentyczne dobro nie potrzebuje legitymacji, wielkich haseł ani określonych barw, aby czynić świat jaśniejszym. Bóg jest światłością i nie ma w niej żadnej ciemności”
- dodał.
Duchowny zwrócił uwagę, że „w przestrzeni publicznej, w której pan Łukasz spalał się z taką pasją, często spotykamy cienie: zgiełk, niedomówienia i tę chłodną, czasem wręcz lodowatą niechęć”.
- „On działał w tym świecie jak pryzmat. Brał to trudne, połamane, często szare światło ludzkich losów i rozszczepiał je na barwy czystej empatii i życzliwości”
- stwierdził.
Przyznał, że tragiczna śmierć Łukasza Litewki w wielu ludziach budzi bunt i pytanie o to, gdzie był Bóg.
- „Odpowiadamy na to pytanie z pokorą, ale szeptem pełnym nadziei: Bóg był i pozostaje w tym samym świetle, które Łukasz zapalił w tak wielu ludzkich oczach. To światło nie zna zachodu. Bóg nie jest reżyserem mroku, który nas tutaj dzisiaj zgromadził. On jest pierwszym, który płacze tutaj z nami nad tą stratą”
- podkreślał.
- „W świetle Ewangelii śmierć nie jest murem, o który rozbija się nasze życie, lecz progiem domu. Za tym progiem czeka Ktoś, Kto zna nas po imieniu. Każdą naszą łzę zamienia w perłę. To właśnie tam, w czułych ramionach Ojca, ziarno rzucone przez Łukasza w glebę ludzkich serc, przestaje być tylko wspomnieniem. Staje się życiem, które już nigdy nie więdnie”
- dodał kaznodzieja.
