Marszałek Sejmu, mówiąc o konieczności „wyzwolenia się z historii” i ostrzegając przed „żerowaniem na grobach ofiar sprzed 80 lat”, de facto podważa sens domagania się przez Polskę reparacji wojennych. Tego rodzaju narracja nie jest neutralna. W dyplomacji słowa ważą więcej niż deklaracje, a ten konkretny język brzmi jak sygnał gotowości do zamknięcia tematu bez realnych rozliczeń za niemieckie zbrodnie podczas II wojny światowej.
Równolegle premier Donald Tusk sugeruje, że kwestie zadośćuczynień dla ofiar II wojny światowej mogą zostać rozwiązane „wewnętrznie”, nawet z udziałem polskich środków publicznych. To wyraźne przesunięcie ciężaru odpowiedzialności – z państwa sprawcy na państwo ofiar. W praktyce oznacza to rezygnację z nacisku na Berlin i zgodę na polityczne wygaszenie sprawy.
Problemem nie są same rozmowy ani chęć dialogu. Problemem jest język ustępstw, który pojawia się zanim padną jakiekolwiek konkretne zobowiązania po drugiej stronie. Partnerstwo nie polega na unikach, eufemizmach i przenoszeniu dyskusji z faktów na ogólniki o „przyszłości”. Partnerstwo wymaga asertywności, cierpliwości i konsekwencji – także wobec silniejszych gospodarczo państw.
Historia pokazuje, że Polska nie zyskuje szacunku, gdy rezygnuje z własnych roszczeń w imię „dobrego klimatu”. Zyskuje go wtedy, gdy potrafi jasno formułować swoje oczekiwania i egzekwować je bez agresji, ale i bez kompleksów. Dzisiejsza linia polityczna koalicji skupionej wokół Donalda Tuska wobec Niemiec wygląda raczej na politykę uniku albo chowania głowy w piasek niż dojrzałą dyplomację.
Jeśli ta tendencja się utrwali, „nowe otwarcie” w relacjach z Berlinem może okazać się jedynie nową odsłoną starego błędu: ustępstw bez wzajemności i milczenia tam, gdzie potrzebny jest stanowczy głos państwa.
