Jedną z najczęstszych była ta, która odnosiła się do latynoamerykańskiego doświadczenia Roberta Prevosta. Oto człowiek, który z jednej strony doskonale zna bogaty Zachód, bo urodził się, wychował i uczył w USA; z drugiej zna też rzeczywistość globalnego Południa dzięki swojej długoletniej posłudze w Peru. To mogło być jedną z przyczyn, dla których wybrano właśnie jego. Wszystko wskazuje jednak na to, że zasadniczy powód był zupełnie inny: wiodące środowiska kardynalskie doszły do przekonania, że właśnie ten człowiek będzie w stanie zagwarantować naprawdę skuteczną kontynuację reformy papieża Franciszka.
„Naprawdę skuteczna” – to kluczowe sformułowanie. Można wymyślić dowolną agendę, ale później nie być w stanie jej zrealizować. Ot, pomyślmy tylko o „100 konkretach Tuska”. Pięknie brzmi na papieże, ale zrobić się tego nie dało – i po ponad dwóch latach rządów zostało z tego niewiele. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, niż wyborcze obietnice.
W przypadku Kościoła jest oczywiście trochę inaczej, analogia z polityką jest zawsze trochę ułomna. Trzeba jednak przyznać, że Franciszek nie wykonał misji, której od niego oczekiwano. W marcu 2013 roku progresywni kardynałowie, którzy stali za jego kandydaturą, chcieli tylko jednej rzeczy: realizacji zasadniczych postulatów posoborowego ruchu reformistycznego. Jorge Mario Bergoglio miał w sobie duży dynamizm i był całkowicie przekonany do tych postulatów, stąd wydawało się, że „dowiezie”. Okazało się jednak inaczej. Owszem, papież „odhaczył” wiele punktów z reformistycznej agendy, ale koszty okazały się niesamowicie wysokie. Poprzez swoje radykalne wystąpienia i ekscentryczne zachowania, poprzez ignorowanie tradycyjnych obyczajów i zwykłego, rzymskiego sposobu załatwiania spraw, wreszcie poprzez często bardzo brutalny język oraz impulsywne decyzje… po prostu zraził do siebie znaczną część Kościoła katolickiego. Wielu kardynałów, biskupów, księży, duchownych i zwykłych wiernych uznało, że to, co robi Franciszek, to po prostu wielki skandal. Progresiści są tymczasem w większości racjonalnymi ludźmi: chcą, żeby ich reforma została naprawdę wdrożona w życie. Tymczasem poziom napięć wywołanych przez działania Franciszka stwarzał groźbę, że cały projekt się po prostu rozsypie: zaczną się lokalne bunty, może nawet jakaś schizma. To nikomu niepotrzebne. Progresiści nie są barbarzyńskimi rewolucjonistami: wolą osiągnąć mniej i wolniej, ale w sposób pewny i nieodwracalny.
Uznali, że człowiekiem, który im to zapewni, jest właśnie kardynał Robert Prevost. Z jednej strony będzie konsekwentnie realizował postępową agendę, kontynuując dzieło papieża Franciszka. Z drugiej – zrobi to w sposób bardzo inteligentny i ostrożny, tak, by zminimalizować ryzyko podziału i pozyskać dla współpracy ze sobą także znaczną część konserwatystów. Będą konieczne kompromisy, ale to lepsze niż dalsza „młócka” w stylu Bergoglia.
Kilka dni temu zupełnie wprost powiedział o tym kardynał Timothy Radcliffe, były generał Zakonu Dominikanów, dość wyrazisty progresista. W rozmowie z brytyjskim dziennikiem „The Telegraph” stwierdził, że właśnie dlatego wybrano Leona XIV: żeby pchnął dalej reformę Franciszka, biorąc jednak na pokład tych, którzy wcześniej czuli się zmarginalizowani i odsunęli się od Ojca Świętego.
Trzeba przyznać, że jak dotąd – minęło już przecież osiem miesięcy – papież Leon XIV wzorowo wykonuje to zadanie. Podjął decyzję o kontynuacji procesu synodalnego. Powołał do życia nowe komisje synodalne. Autoryzował wydanie dokumentu, który ograniczył pobożność Maryjną. Zaangażował się w wydarzenia klimatyczne. Wychwalał II Sobór Watykański i rozpoczął cykl katechez na jego temat. Wygłaszał przemówienia zgodne z progresywnym paradygmatem dialogu międzyreligijnego. Wyraźnie popierał Demokratów w USA. Spotykał się ze środowiskami LGBT. Pozwolił na „tęczową” pielgrzymkę w Rzymie. Mówiąc krótko: zrobił wiele rzeczy, na których progresistom bardzo zależy.
Z drugiej strony, zdołał znacząco uspokoić sytuację. Przywrócił wiele zarzuconych przez Franciszka zwyczajów. Unormował strój papieski. Wrócił do rozsądnego, opartego na Ojcach Kościoła stylów wypowiedzi. Zaprezentował dobry tekst o małżeństwie. Wysyłał sygnały otwartości w sprawie liturgii tradycyjnej. Mówiąc krótko, skutecznie doprowadził do zmiany sytuacji: biskup Rzymu przestał być obiektem wielkiej niechęci środowisk konserwatywnych i tradycyjnych; z figury wręcz nielubianej, by nie rzecz znienawidzonej, przekształcił go w figurę akceptowaną i szanowaną.
Agenda progresywna idzie tymczasem naprzód. Spokojnie, powoli, bez wywoływania oporów – ale konsekwentnie.
Progresiści, jak pisałem, są racjonalnymi ludźmi. Wiedzą, że ich cele nie zostaną zrealizowane szybko, może wcale tego nie dożyją. Myślą jednak w długiej perspektywie – dziesięcioleci, wieków. Dlatego wybrali Roberta Prevosta.
To wszystko nie oznacza – chcę to mocno podkreślić – by papież Leon XIV był cynicznym człowiekiem, który chce szkodzić Kościołowi. Nie – jak wszystko na to wskazuje, to człowiek szczerego serca, dużej osobistej pobożności, głęboko przekonany do tego, że umiarkowana agenda postępowa jest po prostu słuszna. Choć sam nie uczestniczył w Vaticanum II, został uformowany przez tych, którzy sobór ukształtowali. Uważa, że tak właśnie trzeba robić. Czy pozwoli to na faktyczną odnowę życia katolickiego? Zobaczymy po latach, ale dziś można zasadnie wątpić w strategię „więcej tego samego”, jeżeli dotąd widać raczej mizerne rezultaty.
Tak czy inaczej, czy nam się to podoba czy nie, kardynałowie zadekretowali:
Niech posoborowa reforma Kościoła trwa dalej w tym samym duchu – tylko spokojniej!, a papież Leon XIV, najwyraźniej z głębokim wewnętrznym przekonaniem, postanowił to zadanie faktycznie zrealizować.
Oby wyszło to wszystko Kościołowi na dobre.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
