13 maja, w dniu wspomnienia objawień Matki Bożej w Fatimie, prefekt Dykasterii Nauki Wiary kard. Victor Manuel Fernández ogłosił: jeżeli tradycjonalistyczne Bractwo Kapłańskie św. Piusa X wyświęci 1 lipca biskupów bez zgody papieża, tak jak zapowiada, to zostanie ekskomunikowane. Według kardynała Fernándeza decyzja Bractwa będzie oznaczać „akt schizmatycki”, a to wiąże się z automatycznym wyłączeniem z Kościoła wszystkich, którzy „formalnie przynależą do schizmy”. Innymi słowy, Watykan ekskomunikuje biskupów Bractwa – zarówno starych jak i nowych – jak i księży, którzy są w strukturach tego zgromadzenia. Będzie to oznaczać bardzo ostre odcięcie się od wspólnoty, która – jak deklaruje – chce wyznawać pełnię katolickiej ortodoksji.
Z Bractwem można się zgadzać albo nie. Ja sam żywię do jego działalności dość krytyczny stosunek. Wprawdzie cenię dbałość o piękno i porządek liturgiczny oraz zaangażowanie na rzecz przekazywania wiernym tradycyjnej nauki Kościoła. Trudno jednak zaakceptować modus operandi, który polega na tworzeniu struktury niezależnej od Stolicy Apostolskiej, bo tym ostatecznie jest wyświęcanie biskupów bez zgody papieża i funkcjonowanie w diecezjach bez aprobaty biskupa miejsca. Duży sprzeciw budzi też bardzo ostra, zjadliwa retoryka Bractwa wobec nowej Mszy świętej. Jest powszechnie wiadome, że Novus Ordo Missae stanowi poważne zerwanie w tradycji liturgicznej Kościoła, niemniej jednak jest obrzędem zatwierdzonym przez następców św. Piotra i może być celebrowany z pełną godnością. Setki milionów katolików na całym świecie żyją nową Mszą świętą i w ten sposób postępują na drodze chrześcijańskiej, do czego mają przecież wszelkie uprawnienie. W kręgach Bractwa nazywa się tymczasem nową Mszę świętą „lucyferyczną”, „z istoty złą” albo „niegodziwą”, co wprost obraża sensus fidei większości dobrych, wierzących katolików.
Nie da się jednak zaprzeczyć, że surowość, z jaką Stolica Apostolska podchodzi do Bractwa, nie znajduje swojej adekwatności w traktowaniu modernistycznych heretyków, którzy głoszą treści otwarcie sprzeczne z odwieczną Tradycją Kościoła. W tym przypadku Rzym po prostu milczy; więcej, niekiedy instytucjonalnie wspiera ich działalność. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest produkt oficjalnej synodalnej Komisji Studyjnej nr 9, o którym pisałem na portalu „Fronda.pl” w poprzednim felietonie. Przypomnę: synodalna komisja Watykanu opublikowała zestaw tekstów, które sugerują pełną akceptację aktywności homoseksualnej i domagają się zmiany katolickiego nauczania w tym zakresie. Homoseksualizm miałby stać się moralnie akceptowany. Co ciekawe, na jaw wyszło, kto jest właściwym autorem tych tekstów. Według pracujących w Rzymie watykanistów, główną rolę intelektualną odegrał ks. Maurizio Chiodi, 71-letni teolog moralny, który od lat głosi moralną akceptowalność antykoncepcji oraz aktów homoseksualnych. Ujawniono też, kim są dwaj homoseksualiści, których synodalna komisja Watykanu poprosiła o „świadectwa”, załączone później jako oficjalny aneks w dokumentach. Obaj mężczyźni okazali się być… znajomymi amerykańskiego jezuity, Jamesa Martina, autora wielu publikacji promujących „dialog z LGBT” i nową ocenę homoseksualizmu. Mówiąc krótko, globalny proces synodalny był przedstawiany przez Franciszka i jego zaplecze jako czas „wysłuchiwania wszystkich”, ale w praktyce okazało się, że wysłuchuje się tylko jednej strony – skrajnie liberalnych progejowskich rewolucjonistów. Inaczej niż Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, te środowiska nie muszą obawiać się żadnych kar. Cóż, to prawda, nie próbują wyświęcać własnych biskupów i zakładać niezależnych struktur. Nie muszą, funkcjonują aż nadto sprawnie w ramach oficjalnych struktur watykańskich!…
Kryzys Kościoła katolickiego rozpoczął się dawno temu, w zasadzie wraz z rewolucją francuską. Wówczas do myślenia wielu katolików zaczęły przenikać kompletnie niekatolickie idee. Powoli ukształtowały masę krytyczną, sprawiając, że dziś trzon hierarchii albo milczy w obliczu jawnych herezji, albo po prostu im sprzyja. Ta sytuacja domaga się naprawy i to radykalnymi metodami. Tragedią naszych czasów jest to, że dobrych metod nie widać, bo te, które proponuje Bractwo, choć na pozór skuteczne, same zawierają zarzewie innego problemu w postaci zlekceważenia jednej z istotnych prerogatyw papieskich, jaką jest nominowanie biskupów czy ogłaszanie obowiązujących rytów liturgicznych.
Pozostaje spojrzeć do historii Kościoła. W tym nieprzebranym skarbcu znajdziemy nadzieję na to, że Jezus Chrystus wyprowadzi katolików z tej matni. Tak było przecież już wielokrotnie, a odnowa zawsze dokonywała się w sposób zaskakujący i niespodziewany. Nikt nie liczył się przecież z tym, że to włoski mnich Benedykt przechowa dzięki swojej cichej pracy istotę zachodniej kultury. Nikt nie widział w św. Franciszku tego, który będzie w stanie ożywić chrześcijaństwo nową siłą i rozpocząć wielki proces moralnej odnowy. Jak to dokona się tym razem, nie wiem – gdybym wiedział, byłbym prorokiem. Pewna jest jedna rzecz, a mianowicie droga, którą należy w tej sytuacji obrać. To wierność wobec niezmiennej Tradycji Kościoła, z pamięcią, że elementem tej Tradycji jest pozostawanie w niezachwianej jedności z następca św. Piotra. Nawet jeżeli sposób, w jaki prowadzi Kościół, jest godny pożałowania – i gorliwej modlitwy.
Paweł Chmielewski
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
