Zakonnica, która ocaliła okręt podwodny  - zdjęcie
19.11.20, 21:40Fot. via: Pixabay - kalhh

Zakonnica, która ocaliła okręt podwodny

28

Powołana do wyjaśnienia wypadku specjalna komisja wojskowo-techniczna nie była w stanie wyjaśnić tego zdarzenia. Cud uratowania załogi został potwierdzony przez Kościół, a chorwacką zakonnicę beatyfikowano.

Cud na oceanie

Mało znany w naszym kraju cud, który ponad 30 lat temu wydarzył się na peruwiańskich wodach Oceanu Spokojnego pokazał, że łaska i moc Boża działają ponad granicami geograficznymi i różnicami narodowymi. Poznaj niesamowitą historię uratowania latynoamerykańskiego okrętu podwodnego „Pacocha”.

Wydarzenia z nocy z 26 na 27 sierpnia 1988 roku były z pewnością doświadczeniem, które załoga okrętu peruwiańskiej marynarki wojennej zapamiętała do końca życia. Płynący u wybrzeżu Pacyfiku okręt, który nie był głęboko zanurzony, zderzył się na wodach z japońskim statkiem rybackim.

Kolizje okrętów o dużych gabarytach, pomimo tego, że zdarzają się stosunkowo rzadko, są zazwyczaj dość niebezpieczne i mają dramatyczny przebieg. Siła zderzenia jednostek pływających na powierzchni mórz lub innych akwenów wodnych może łatwo spowodować szybkie ich zatonięcie. Zwłaszcza, gdy do brzegu jest daleko, a pomoc ratunkowa przybywa w takich przypadkach zazwyczaj dopiero po pewnym czasie.

Zderzenie statków

Ocalali marynarze wspominali później, że przebieg katastrofy był błyskawiczny. Był piątek wieczorem. Po ćwiczeniach wojskowych okręt „Pacocha“ wracał do bazy. Na jego pokładzie znajdowało się kilkudziesięciu marynarzy. Okręt miał już swoje lata, gdyż jeszcze podczas II wojny światowej był używany przez amerykańską marynarkę wojenną, a następnie odsprzedany Peru.

Nagle załoga usłyszała olbrzymi huk i w chwilę później nastąpił potężny wstrząs. Wciąż pracowały jeszcze silniki okrętu znajdujące się w jego tylnej części. Przyjęła ona na siebie uderzenie japońskiego statku.

Główny właz do okrętu był otwarty i do wnętrza zaczęła dostawać się woda, powodując szybkie tonięcie jednostki. Trzech członków załogi zginęło niemal od razu, kolejni znajdujący się na górnym pokładzie w momencie zderzenia zdołali założyć kamizelki pływackie i wyskoczyć za burtę.

Walka o życie

Dowodzący okrętem kapitan Daniel Nieva postanowił własnymi siłami zamknąć główny właz, wychodząc na grzbiet kadłuba. Po sporym wysiłku udało się go częściowo zamknąć. Po wykonaniu tej czynności kapitan – który, jak się później okazało, przyczynił się tym do uratowania marynarzy znajdujących się w dolnych częściach jednostki – najprawdopodobniej ześlizgnął się do oceanu, nie mogąc utrzymać się na tonącym kadłubie. Nie mając na sobie kamizelki, chwilę później utonął.

Zatrzaśnięcie włazu zatrzymało co prawda napływ dużej ilości wody do środka okrętu, ale jednocześnie, uszkodzony kolizją statek zaczął powoli zmierzać na dno. Brakowało coraz bardziej tlenu, a pompy powietrza zostały zalane wyciekającym z silnika płynem.

W tak uwięzionym statku znajdowało się 23 marynarzy. Zastępca kapitana, Roger Cotrina, który przejął wówczas dowództwo wspominał, że to, co wydarzyło się później odczuwał, jakby rozgrywało się w zwolnionym tempie.

Siostra Marija Petković

Przez nieszczelnie domknięty właz wciąż napływała woda, ciągnąc okręt dużym ciśnieniem w dół. Cotrina przyznał podczas zeznań przed komisją beatyfikacyjną, że w tym czasie przypomniał sobie o postaci chorwackiej zakonnicy siostry Mariji Petković. Była ona założycielką Zgromadzenia Córek Miłosierdzia, powstałego jeszcze przed II wojną światową w ówczesnej Jugosławii.

Działające według charyzmatu franciszkańskiego zgromadzenie zajmowało się głównie pracą charytatywną i katechezą ubogich dziewcząt i dzieci, a później – pomocą wykluczonym i bezdomnym.

Tuż przed wybuchem wojny, po założeniu domów zakonnych na terenie Chorwacji i Wojwodiny, s. Marija wyjechała do pracy misyjnej w Argentynie. Wówczas mieszkała w tym kraju dość duża diaspora chorwacka. Zgromadzenie Córek Miłosierdzia szybko zresztą zdobyło popularność w całej Ameryce Łacińskiej, prowadząc szpitale i domy pomocy.

Według jednej z wersji to właśnie przebywający w jednym z takich szpitali oficer marynarki wojennej Peru Roger Cotrina zapoznał się z postacią s. Mariji, która zmarła w 1966 roku w Rzymie w opinii świętości.

W trakcie kilkudniowego leczenia miał okazję przeczytać kilka broszur na jej temat. Niektóre źródła chorwackie twierdzą z kolei, iż Cotrina miał chorwackie korzenie i postać zakonnicy była mu znana poprzez kręgi rodzinne.

Wbrew prawom fizyki

Niezależnie od tego, jak było w tej szczegółowej kwestii, faktem pozostaje, iż marynarz oświadczył, iż w chwili kolizji okrętów zaczął modlić się do Ukrzyżowanego Chrystusa i jednocześnie myśleć intensywnie o postaci s. Mariji.

Wszystko rozgrywało się w ciągu dosłownych kilku minut. Cotrina wspominał, że po tej modlitwie poczuł w sobie ogromną energię i jednocześnie – jak sam to określił – duchowy nakaz, aby uratować załogę i siebie. „Dla mnie był to jeden z pierwszych znaków tego, że Bóg był wtedy z nami i że zostaniemy wybawieni“ – wspominał.

W niewyjaśniony sposób oficer dał radę ponownie znaleźć się przy włazie, podnieść jego pokrywę i obrócić koło z zatrzaskami, które tym razem zamknęło się w sposób całkowicie szczelny. Okręt przestał tonąć, a nawet został nieco wyparty w górę. Na statku działał wciąż aparat Morse’a, na którym marynarze nadali sygnał SOS.

Dotarł on do znajdującego się w pobliżu amerykańskiego okrętu wojennego. Już po północy rozpoczął on akcję ratunkową i po kilku godzinach wyłowił znajdujący się pod wodą uszkodzony statek, ratując życie wszystkich w nim uwięzionych.

Kolejnym cudem było to, że w tym czasie marynarze mogli w miarę swobodnie oddychać dzięki niewielkim ilościom powietrza wytwarzanym przez działający jeszcze ostatkiem mocy niewielki generator sprzężonego powietrza.

Potwierdzony cud i beatyfikacja

Powołana do wyjaśnienia wypadku specjalna komisja wojskowo-techniczna po szczegółowych badaniach potwierdziła, iż w chwili szczelnego zamknięcia włazu przez Cotrinę tonący okręt znajdował się na głębokości 10-20 metrów pod wodą. Na takiej głębokości ciśnienie hydrostatyczne na pokrywie włazu wytwarza nacisk o sile pomiędzy 3800 i 6400 kilogramów!

Przy działaniu takich sił w warunkach podwodnych nie jest możliwe, aby nawet najsilniejszy atleta dokonał zamknięcia włazu samodzielnie, a dodatkowo jeszcze, równo dopasował do siebie zatrzaski oraz śruby na jego pokrywie.

Gdy na wodach terytorialnych Peru wydarzyła się katastrofa okrętu „Pacocha“, w Rzymie od dwóch lat trwało wstępne postępowanie w procesie beatyfikacyjnym s. Mariji Petković. Cud uratowania załogi został potwierdzony przez Kościół, a chorwacką zakonnicę beatyfikowano latem 2003 roku w Dubrowniku w czasie ostatniej wizyty papieża Jana Pawła II w Chorwacji.

aleteia.pl Źródła: elcomercio.pe, ika.hkm.hr, bitno.net

Komentarze (28):

Gregor2020.11.20 14:59
Opis wydarzenia nie jest bardzo dokładny. Przebieg wydarzenia wg artykułu z "Plus Minus" ("RZECZPOSPOLITEJ"): "Kapitan zdołał zamknąć od zewnątrz otwarty właz prowadzący na mostek, ale sam utonął. Dowodzenie okrętem przejął Roger Luis Cotrina Alvarado, Chorwat. Nakazał ewakuację przez właz dziobowy. Jednak okręt gwałtownie się przechylił i statek zaczął tonąć. Klapa włazu, która była już ok. dwóch metrów pod wodą, mimo jej naporu nie zamknęła się. Jak stwierdzili później eksperci w momencie ewakuacji jeden z marynarzy zaczepił nogą o sprężynę włazu, co spowodowało wysunięcie rygli z zamka. Do wnętrza okrętu dostawała się woda, grożąc 22 marynarzom utonięciem. Kapitan zaczął przyzywać pomocy chorwackiej zakonnicy Marii Petković (1892 – 1966), założycielki Zgromadzenia Córek Miłosierdzia. Jak wspominał, w tym momencie poczuł w sobie „siłę fizyczną i duchową potrzebną do działania dla ocalenia siebie i wszystkich towarzyszy”. Pokonując strumienie lejącej się pod dużym ciśnieniem wody, spróbował podnieść klapę włazu, by odblokować rygle, ale nie dał rady. Znów wezwał pomocy Marii Petković. Tym razem „podniósł klapę, przekręcił pokrętło uruchamiające rygle i pokrywa z łatwością się zamknęła. W końcu woda przestała się wlewać” – napisał inż. Fabio Barberini w ekspertyzie dla Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Po kilkunastu godzinach załoga opuściła okręt. Konsulta techniczna kongregacji jednogłośnie orzekła: „Okręt znajdował się wtedy na głębokości między 12 a 20 metrów (...). Na tych głębokościach nacisk wody napierającej na pokrywę wynosi 3890 kg na głębokości 12 metrów i 6485 kg na głębokości 20 metrów. W takich warunkach jednej osobie nie mogło się udać podnieść pokrywę, przekręcić pokrętło, by cofnąć rygle i zamknąć pokrywę. Ten manewr, wykonany przez porucznika Cotrinę w bardzo krótkim czasie jest racjonalnie, naukowo i technicznie niewytłumaczalny”. https://www.rp.pl/artykul/856188-Najwieksze--cuda--XX-wieku.html Na youtube jest można obejrzeć film na ten temat "The Miracle of the Pacocha" : https://www.youtube.com/watch?v=rll-MimzHBw
cam2020.11.20 15:42
Ja jednak polecam lekturę raportu. Nie ma tam słowa o cudownym ręcznym podnoszeniu włazu dociskanego z siłą od 3,9 do 6,4 tony.
Albert2020.11.20 16:17
Być może taka siła tam występowała. Tyle tylko, że magicy od niewytłumaczalności tego zjawiska zapomnieli o tym, że po drugiej stronie włazu nie było próżni. Ale nie wymagajmy zbyt wiele od katoprawaków.
MaxFiend2020.11.20 13:17
A gdzie ten "wbrew" prawom fizyki? :-D
nlhua2020.11.20 13:56
No cóż trzeba czytać ze zrozumieniem do skutku ... inteligencie...
MaxFiend2020.11.23 12:39
Nie da się "wyczytać" czegoś, czego nie ma, no chyba tylko wtedy, gdy ktoś ma urojenia :-D
MaxFiend2020.11.23 12:50
Aha, faktycznie to byłby cud gdyby na okręcie podwodnym włazy miały ponad 6m średnicy "inteligencie" :-D
cam2020.11.20 12:07
A to link do oryginalnego raportu. https://apps.dtic.mil/dtic/tr/fulltext/u2/b132723.pdf Napisano tam, że porucznik uznał za cud to, że udało mu się zamknąć właz tonącego okrętu. Cała reszta "cudu" to bajania.
cam2020.11.20 12:18
W raporcie na stronie 23 opisane jest, że porucznik uwolnił marynarza z bocznego włazu ratunkowego, ale napływ wody nie pozwolił mu go zamknąć, więc PRZEDMUCHAŁ pomieszczenie zwiększonym ciśnieniem powietrza wypychając wodę, a 40 stopniowy przechył okrętu zamknął właz. No cud po prostu.
Jest Fronda? Jest piąteczek? Jest "cud Słońca"2020.11.20 11:46
j.w.
Co to za obrazek na początku?2020.11.20 11:45
Jakiś podwodny demon?
Natalja Siwiec2020.11.20 11:22
Piątkowy lolcontent na miarę odrastającej nogi. Fronda nie zawodzi.
Albert2020.11.20 10:52
Nie dość, że stek bredni, to jeszcze ewidentnie autor nie ma kompletnie pojęcia o temacie. Na głębokości 20 metrów panuje ciśnienie około 3 atmosfer (3,3 dokładnie). Jakoś nurków nie zgniata. Poza tym w kadłubie okrętu także panuje ciśnienie powietrza, mniej więcej 1,5 atmosfery. O tym geniusze z Frondy zapomnieli. A właz, jaki miał zamykać Cortina to boczna pokrywa włazu ucieczkowego na okrętach typu Balao DOMYKANA AUTOMATYCZNIE SIŁOWNIKIEM HYDRAULICZNYM, żeby ostatni uciekający z okrętu marynarz nie musiał go ręcznie zamykać. Naprawdę, jak się czyta takie brednie, to trudno traktować katolików inaczej, jak zwykłą bandę upośledzonych genetycznie debili i półgłówków.
Anonim2020.11.20 10:27
Siostra Torpedyna z 4. Diecezji Podwodnej.
Prawak i Katol2020.11.20 10:36
Gdy brak argumentów, gdy fakty są niewygodne, gdy jest działanie nadprzyrodzone, to pozostaje jeszcze stara sztuczka talmudyczna - wykpić, wyszydzić. Nihil novi.
Albert2020.11.20 10:54
Kretynów, którzy wierzą w te bajeczki można tylko wyśmiać. Na nic innego nie zasługują.
Jerry2020.11.20 17:02
"Alberciku"- Lech Keller ! Tak, po tobie tylko można się tego spodziewać! Na nic innego cie nie stać, talmudczyku....!
Realista2020.11.20 11:43
Gdy nie wiadomo co się stało, to pozostaje stara sztuczka - nazwać to działaniem nadprzyrodzonym. Potem zarabiać na relikwiach i medalikach. Nihil novi
Anonimimus2020.11.20 10:12
Przeczytać coś, co jest poniżej nawet poziomu frondy - bezcenne.
cam2020.11.20 9:54
HAHAHAHAHAHAHA.... przestańcie proszę, HAHAHAHAHAHAHA..... zaraz dostanę zajadów z śmiechu.... HAHAHAHAHAHA..... już brzuch mnie rozbolał, proszę przestańcie.... HAHAHAHAHA.....
Aleks.2020.11.20 17:05
"cam" ! Smiejesz się...? Aj, waj...! A po czym poznać głupiego...? ...PO ŚMIECHU JEGO...? ROZUMIESZ TERAZ, ŻE SIE OŚMIESZASZ NA WŁASNĄ PROŚBĘ...!
Natalja Siwiec2020.11.20 8:37
"generator sprzężonego powietrza" XD
KONRAD2020.11.20 0:26
Miło czytać tak wspaniałe Cuda! Tu widać potwierdzenie przez Komisję, powołaną do zbadania tego wydarzenia.... Potwierdziła, że na głębokości statku ok.20 metrów ciśnienie hydrostatyczne wytwarza nacisk o sile od 3800-6400 kg. Niemożliwe więc, aby normalny człowiek dał sobie z rady z takim cieżarem. Chwała Panu! "... DLA BOGA BOWIEM, NIE MA RZECZY NIEMOZLIWYCH..."!
Albert2020.11.20 11:03
Pozostaje tylko ubolewać nad stanem intelektu kogoś, kto uwierzył w te bujdy. Albo nie ubolewać - po prostu nim gardzić, bo na nic innego nie zasługuje.
P.K.2020.11.20 17:14
" Albercie" - czyli Lechu Kellerze! / wiem że to jeden z twoich nicków..."durny geju..." ! Dobrze radzisz! Tobą można tylko pogardzać, bo sam się przecież nienawidzisz, wyzywasz siebie już nie raz w różnyc nickach ! Myślisz duraku, że ich nie znamy? Przecież sam o tym informujesz, pisząc jaki to z ciebie.... sk......n! Pewnie wtedy jesteś po prochać i nie pamiętasz! Ale my wiemy kim jesteś i co robiłeś z dziecmi...? Teraz chyba zmieniłeś profesję i chyba jesteś " ciotą"! Tak???? Przyznaj się!???
Albert2020.11.20 19:18
Ten komentarz to kolejny dowód na to, że katoćwoki nie powinny wychodzić poza tematykę wafli z trupa i ogłoszeń parafialnych.
Kol.2020.11.22 1:04
"Alberciku" -- to jest nastepny twój nick, Lechu Kellerze, już "niedumny gejku" !To dowód, że jednak jesteś ...." starą ciotą"! Przebranżowiłeś się z geja, boś stary i chory, pisałeś o tym kiedyś! Każdy z nas wie,, że sam sobie tu odpidujesz w różnych nickach! Więc się nire wysilaj!
Albert2020.11.22 9:28
Dalej się pogrążasz fanatyku wafli z trupa?