08.09.16, 17:15

Medytacja transcendentalna to nic chrześcijańskiego!

"W 1978 roku Sąd Federalny Stanów Zjednoczonych wydał werdykt, że TM w istocie jest ze swojej natury religią i nie może być nauczana w szkołach publicznych . Ta decyzja bez wątpienia bardzo ograniczy wpływ TM, jednak medytacja ta będzie prawdopodobnie wciąż istniała jako jedna z wielu form praktyk duchowych, które wielu uważa za zgodne z chrześcijaństwem – jeden ze smutnych znaków naszych czasów." 

Fragment z książki: O. Seraphim Rose, Prawosławie a religia przyszłości

Praktyka wschodniej medytacji znana jako „medytacja transcendentalna” (w skrócie TM) w ciągu kilku lat osiągnęła wielką popularność, zwłaszcza w Ameryce. Jest ona propagowana w tak niezwykle oburzający, nonszalancki sposób, że bardzo wielu poważnych badaczy współczesnych prądów religijnych przede wszystkim będzie chciało ją zlekceważyć jako nadęty produkt amerykańskiej reklamy i show-biznesu. Ale byłby to błąd, ponieważ w swoich najważniejszych poglądach nie różni się ona znacznie od jogi czy zenu, a bliskie przyjrzenie się jej technikom pokaże, że jest może bardziej autentyczna i „wschodnia” niż takie nieco sztuczne synkretyzmy jak „chrześcijańska joga” czy „chrześcijański zen”.

Według typowego wydawnictwa tego ruchu (9) „medytacja transcendentalna” została przywieziona do Ameryki (gdzie odniosła swój największy sukces) przez raczej mało „ortodoksyjnego” hinduskiego jogina, Maharishi Mahesh Yogi, i zaczęła rosnąć w siłę około roku 1961. W 1967 roku rozpowszechniła się, kiedy to popularni piosenkarze znani jako „Beatlesi” przyjęli ją i porzucili narkotyki; jednak szybko opuścili ten ruch (mimo że wciąż medytowali), a Maharishi osiągnął swój najgorszy sezon rok później, kiedy jego podróż po Ameryce, razem z innym nawróconym zespołem nazywanym „Beach Boys”, zakończyła się finansową klapą. Jednak sam ruch wciąż się rozrastał, w roku 1971 było już około stu tysięcy praktykujących tę medytację przy pomocy dwóch tysięcy specjalnie wyszkolonych instruktorów, tworząc tym samym największy ruch „wschodniej duchowości” w Ameryce. W roku 1975 ruch ten osiągnął swoje apogeum z około czterdziestu tysiącami nowych praktykantów miesięcznie aż do sześciuset tysięcy wyznawców. Podczas tych lat medytacja ta była szeroko praktykowana w wojsku, szkołach publicznych, więzieniach, szpitalach, także przez grupy kościelne, włączając parafie Greckiej Archidiecezji Cerkwi Prawosławnej w Ameryce, jako rzekomo neutralna forma „terapii umysłowej”, która nie jest zależna od żadnego rodzaju wierzeń religijnych czy też praktyk. Kursy TM są wyjątkowo dobrze dopasowane do amerykańskiego stylu życia i były życzliwie nazywane „kursami w jaki sposób osiągnąć rozwój duchowy bez zbytniego przemęczania się” (str. 17); Maharishi sam określał tę praktykę jako „podobną do mycia zębów” (str. 104). Maharishi był mocno krytykowany przez innych hinduskich joginów za okropne trywializowanie starożytnej indyjskiej tradycji jogi przez udostępnianie tej ezoterycznej praktyki masom dla pieniędzy (opłata w 1975 roku za kurs wynosiła $125, ze zniżką dla studentów $65 i stopniowo coraz mniej dla licealistów, dla gimnazjalistów i dla małych dzieci).

W swoich zamierzeniach, założeniach i efektach TM nie różni się zbytnio od „chrześcijańskiej jogi” czy „chrześcijańskiego zenu”; różni się od nich głównie prostotą swojej praktyki i całej filozofii, łatwością osiągania efektów jej stosowania. Podobnie do nich „TM nie wymaga żadnej wiary, zrozumienia, zasad moralnych, a nawet zgody na jej pojęcia i filozofię” (str. 104); jest czystą i prostą czynnością, opartą „na naturalnej tendencji umysłu do poszukiwania coraz większego szczęścia i przyjemności... Podczas medytacji transcendentalnej umysł powinien podążać za czymś najbardziej naturalnym i najbardziej przyjemnym” (str. 13). „Medytacja transcendentalna jest najpierw praktyką, dopiero potem teorią. Jest niezbędne aby na początku adepci porzucili całkowicie myślenie intelektualne” (str. 22).

Praktyka wymyślona przez Maharishi’ego jest ta sama we wszystkich ośrodkach TM na całym świecie – po dwóch wykładach wstępnych i po uiszczeniu opłaty przychodzi się na „inicjację” zabierając ze sobą dziwny zbiór przedmiotów, zawsze tych samych: trzy kawałki słodkich owoców, przynajmniej sześć świeżych kwiatów oraz czystą chustkę do nosa (str. 39). Są one umieszczone w koszu i zabrane do małego „pokoju inicjacji”, gdzie kładzie się je na stole przed obrazkiem guru Maharishi’ego, u którego otrzymał on swoją inicjację hinduistyczną; na tym samym stole pali się świeca i kadzidełko. Uczeń jest w pokoju sam ze swoim nauczycielem, który powinien być przeszkolony osobiście przez Maharishi’ego. Ceremonia przed obrazkiem trwa pół godziny i składa się z cichego śpiewu w sanskrycie (z którego uczeń nie rozumie ani słowa) oraz recytowania imion wcześniejszych „mistrzów” jogi; pod koniec ceremonii uczeń otrzymuje „mantrę”, tajemne słowo z sanskrytu, które ma powtarzać nieustannie podczas medytacji, i którego nikt nie może usłyszeć, oprócz nauczyciela (str. 42). Uczniom nigdy nie pokazuje się angielskiego przekładu tekstu tej ceremonii; jest dostępny tylko dla samych nauczycieli i udzielających inicjacji. Jest on zamieszczony w niepublikowanej książce pod tytułem „Święta Tradycja”; tekst ten został wydrukowany jako osobna broszurka przez „Spiritual Counterfeits Project”(10) w Berkeley.

Okazuje się, że ceremonia ta jest niczym innym jak tradycyjną hinduską ceremonią oddawania czci bogom (puja), do których dołączony jest również ubóstwiony guru (Shri Guru Dev) oraz cała linia „mistrzów”, poprzez których on sam otrzymał inicjację. Ceremonia kończy się serią dwudziestu dwu „ofiar” dla guru Maharishi’ego, każda kończąca się słowami „kłaniam się nisko przed Shri Guru Dev”. Pod koniec udzielający inicjacji sam kłania się przed obrazkiem Shri Guru Dev i zaprasza ucznia do tego samego; tylko wtedy ten drugi odbędzie inicjację (pokłon ucznia nie jest absolutnie konieczny, ale ofiary jak najbardziej).

W ten sposób współcześni agnostycy, zazwyczaj całkiem nieświadomie, są wprowadzani w świat praktyk hinduizmu; w ten prosty sposób zmusza się ich do zrobienia czegoś, czego ich chrześcijańscy przodkowie nigdy by nie zrobili, a być może woleliby pójść na tortury i ponieść okrutną śmierć niż złożyć ofiary pogańskim bożkom. Na poziomie duchowym może raczej ten grzech, niż sam psychiczny trening, tłumaczy w głównej mierze spektakularny sukces TM.

Po swojej inicjacji uczeń TM medytuje dwa razy dziennie po dwadzieścia minut (dokładnie tyle samo poleca autor Chrześcijańskiej jogi), pozwalając umysłowi swobodnie błądzić, powtarzając mantrę tak często, jak tylko pomyśli o tym; często jego praktykę nadzoruje nauczyciel. Całkiem szybko, może już podczas pierwszej próby, uczeń wkracza w nowy poziom świadomości, który nie jest ani stanem snu, ani stanem świadomości – jest to stan „medytacji transcendentalnej”. „Medytacja transcendentalna wywołuje stan świadomości niepodobny do niczego, co znaliśmy do tej pory, najbliżej tego stanu, który osiąga się przez wieloletnią, intensywną praktykę zenu (str. 115). „W przeciwieństwie do lat praktyki, które trzeba było poświęcić na opanowanie innych religii czy jogi, które oferują takie same efekty jak TM, nauczyciele twierdzą, że nauka TM to kwestia minut” (str. 110-111). Niektórzy adepci, którzy doświadczyli tego stanu opisywali swoje wrażenia jako „stan spełnienia” podobny do stanów po pewnych narkotykach (str. 85), ale sam Maharishi opisuje go w tradycyjnych terminach hinduistycznych: „Stan ten leży ponad wszelkim obrazem, dźwiękiem, dotykiem, zapachem czy smakiem – ponad wszelkim odczuwaniem i myśleniem. Ten stan niedostrzegalnej, absolutnej, czystej świadomości Bytu jest najwyższą formą życia” (str. 23). „Kiedy ktoś rozwinął zdolność do sprowadzania tego głębokiego stanu na trwale do poziomu świadomości, mówi mu się, że osiągnął kosmiczną świadomość, cel wszystkich medytujących” (str. 25). W zaawansowanych etapach TM naucza się podstawowych pozycji jogi, ale nie są one konieczne do robienia postępów w podstawowej praktyce; nie jest również potrzebne żadne przygotowanie ascetyczne. Kiedy już ktoś osiągnie „transcendentny stan istnienia”, wszystko co jest mu potrzebne to dwa razy dziennie po dwadzieścia minut medytacji, ponieważ ta forma medytacji nie wymaga osobnego sposobu życia, tak jak w Indiach, ale jest raczej praktyką dla prowadzących życie aktywne. Odrębność nauki Maharishi’ego polega na tym, że daje on ten stan świadomości każdemu, a nie tylko wybrańcom.

Istnieje wiele budujących przykładów stosowania TM, według których medytacja ta prawie zawsze przynosi pozytywne efekty: pomaga w przezwyciężeniu narkomanii, łączy podzielone rodziny, przywraca zdrowie i szczęście; nauczyciele TM są bez przerwy uśmiechnięci, wprost tryskający szczęściem. Zasadniczo TM nie zastępuje żadnej religii, za to wzmacnia każdą z nich; „chrześcijanie” zarówno protestanci jak i katolicy odkrywają, że medytacja pogłębia ich wiarę i praktykę.

Łatwy i szybki sukces TM, przy jednoczesnym coraz mniejszym wpływie chrześcijaństwa na współczesnego człowieka, doprowadził też do szybkiego jej upadku. Może bardziej niż jakikolwiek inny ruch „wschodniej duchowości” miał on charakter „chwilowej mody”; a ogłoszone przez Maharishi’ego jego dążenie do „inicjacji” całej ludzkości było raczej od początku skazane na niepowodzenie. Po apogeum w 1975 roku zainteresowanie kursami TM stopniowo spadło, tak bardzo, że w roku 1977 organizacja ogłosiła rozpoczęcie zupełnie nowej serii kursów „zaawansowanych”, wymyślonych oczywiście po to, by odzyskać przemijające zainteresowanie i entuzjazm społeczeństwa. Kursy te miały doprowadzić adeptów po inicjacji do „nadprzyrodzonych mocy” hinduizmu (siddhi) – przechodzenia przez ściany, stawania się niewidzialnym, unoszenia się i latania w powietrzu i tym podobne. Kursy zasadniczo spotykały się ze sceptycyzmem, mimo że w broszurach TM zamieszczano fotografie „lewitujących” uczniów (patrz magazyn Time 8 sierpnia, 1977 rok, str. 75). Chociaż kursy (koszt wynosił do $3000) przynosiły spodziewane efekty, zbliżone do „cudów” tradycyjnych indyjskich „fakirów”, sama TM stała się tylko przemijającą częścią okultystycznych zainteresowań ludzkości w drugiej połowie XX wieku. Ukazało się już wiele opisów nauczycieli i uczniów TM, którzy zostali dotknięci typowymi chorobami ludzi parających się okultyzmem: chorobami umysłowymi, samobójstwami, usiłowaniami zabójstw, demonicznym opętaniem.

W 1978 roku Sąd Federalny Stanów Zjednoczonych wydał werdykt, że TM w istocie jest ze swojej natury religią i nie może być nauczana w szkołach publicznych (11) . Ta decyzja bez wątpienia bardzo ograniczy wpływ TM, jednak medytacja ta będzie prawdopodobnie wciąż istniała jako jedna z wielu form praktyk duchowych, które wielu uważa za zgodne z chrześcijaństwem – jeden ze smutnych znaków naszych czasów.

 

Przypisy:

 

9 Wszystkie cytaty w tej części pochodzą z książki Jhana Robbinsa i Davida Fishera Tranquility Without Pills – All about Transcendental Meditation (Spokój bez prochów – wszystko na temat medytacji transcendentalnej), Peter H. Wyden, Inc., Nowy Jork, 1972 rok.

10 „Tropiciela duchowych fałszerstw” (przyp. tłum.).

11 Patrz TM in Court (TM przed sądem): kompletny tekst opinii Sądu Federalnego w sprawie Malnak kontra Maharishi Mahesh Yogi; Spiritual Counterfeits Project, P. O. Box 4308, Berkeley, Kalifornia.

 

http://www.monasterujkowice.pl/books.php?b=012&c=print