Jurasz: O scenariuszach, które cieszą (Moskwę) - zdjęcie
02.09.15, 20:32

Jurasz: O scenariuszach, które cieszą (Moskwę)

1

Były dyplomata na Białorusi, a obecnie jeden z szefów Fundacji Wolność i Demokracja i zarazem redaktor naczelny portalu kresy24.pl udzielił wywiadu portalowi prawy.pl. Sam portal jest, nazwijmy to – specyficzny. To, komu p. Bućko udziela wywiadów jest jego sprawą. Interesujące jest jednak to, czego dowiadujemy się z wypowiedzi p. Bućko. Oto bowiem okazuje się, że na Ukrainie szaleje „etniczna nienawiść” do Polaków, za mówienie na ulicy po polsku można zostać pobitym, a atmosfera odmalowana przez p. Bućko sugeruje, że mamy do czynienia z czymś, co jest chyba preludium do kolejnej rzezi wołyńskiej. Obraz sytuacji na Ukrainie, który wyłania się z wypowiedzi prominentnego działacza Fundacji Wolność i Demokracja jest obrazem dotąd znanym ze stron naszej rodzimej komuno - endecji. Pan Bućko wyraża również oburzenie faktem złożenia przez Konsula Generalnego Ukrainy w Lublinie kurtuazyjnej wizyty na policji w Przemyślu. O ile pamiętam to p. Bućko w swej pracy na Białorusi nie ograniczał się li tylko do budynku ambasady, ale jak rozumiem to, co nam na wschodzie wolno, to im u nas już nie. Pan Marek Bućko ma, z tego co pamiętam, zakaz wjazdu na Białoruś. Teraz jak widać stara się o zakaz wjazdu na Ukrainę. Czy to dobra rekomendacja dla specjalisty od wschodu?

Pan Marek Bućko jest człowiekiem prywatnie uczciwym i zaangażowanym w pomoc ludziom prześladowanym ze względów politycznych. Tego nie zamierzam podważać i prosiłbym o to, by moją zdecydowaną krytykę tego, co mówi odbierać w tym również kontekście. Marek Bućko nie jest cynikiem. Jest raczej idealistą. Tyle, że idealistą fanatycznym. Pan Marek Bućko od mniej więcej 10 lat ogłasza, mniej więcej raz na kilka miesięcy, że "reżim Łukaszenki" upadnie. To zaiste genialne - można tak wieszczyć jeszcze 10 albo 20 kolejnych lat - kiedyś się pewnie trafi i będzie się wówczas prorokiem.

Nie jest moim celem atak na p. Bućko, bo prywatnie go szanuję. Widzę znacznie poważniejszy problem. Jeśli bowiem z Fundacji Wolność i Demokracja (która może stać sie kuźnią kadr polskiej polityki wschodniej) oraz - szerzej - z prawej strony naszej sceny politycznej co i rusz dobiegają sygnały świadczące o tym, iż naszymi przeciwnikami za wschodnią granicą są Litwa, Białoruś i Ukraina to ja widzę w tym zasadniczy kłopot. Z punktu widzenia Rosji jest bowiem całkowicie obojętne, czy Warszawa skłóci się ze wszystkimi sąsiadami z powodu PR'u (jak do tej pory), czy z powodu walenia pięścią w stół (jak to zapewne będzie). Szampana w Moskwie otworzą i w tej i w tej opcji.

Liczę, że rozsądni politycy dokonają sanacji i przywołają działaczy, aktywistów oraz beneficjentów różnego rodzaju programów do pionu.

Nie twierdzę, że nie mamy prawa mieć zastrzeżeń do Wilna, Mińska czy też Kijowa.

W odniesieniu do Mińska warto byśmy sobie powiedzieli jasno i otwarcie czy chodzi nam o kwestię nauczania języka polskiego i generalnie edukację naszej mniejszości na wschodzie, czy też o to, żeby członkowie mniejszości polskiej mieli prawa polityczne, których nie mają Białorusini białoruskiego pochodzenia. Bo jeśli o to chodzi, to mamy do czynienia nie z dbałością o mniejszość polską, ale z awanturnictwem i działaniem wbrew interesom RP. Jak rozumiem my mamy jednak walnąć pięścią w stół - i nic to, że wskutek tego za kilka lat kolejne pokolenie polskich dzieci po prostu nie będzie się uczyć polskiego.

W stosunkach z Litwą jak rozumiem mamy na litewskie resentymenty (a czasem również i nacjonalizm) odpowiedzieć ostrą linią polityczną i równie ostrą retoryką, a nie twardym w treści, ale miękkim w formie dialogiem. Odpowiedzieć nie jak dojrzały naród, który grę oblicza na dziesięciolecia, ale jak ktoś, kto musi szybko udowodnić, że coś może.

W relacjach z Kijowem nie budować na tym, co się udało, ale zażądać, by Ukraińcy w pewien piękny wieczór po prostu uznali, że my mamy racje i koniec kropka. Dla jasności dodam, że również oburza mnie kult Bandery, ale zarazem wiem, że narody do refleksji dojrzewają latami i że wojna z Rosją taką refleksję zasadniczo utrudnia. Oburzają mnie pomniki Szuchewycza, ale uważam za najzwyczajniejszą brednię mówienie o masowości kultu banderowców, w sytuacji, w której partie nacjonalistyczne zebrały ledwie kilka procent głosów w wyborach. Oburzają mnie ukraińscy studenci, którzy pozują z flagami UPA w Przemyślu, ale oburzają mnie też nasi kibice, którzy skandują w Kijowie - proszę wybaczyć cytat, ale warto by Państwo znali te okrzyki: "Jebać Ukrainę", albo w Wilnie "Wilno nasze".

Z obawą patrzę na to, iż na naszej prawicy zaczyna wygrywać narracja, która każe szukać wroga nie w rosyjskim neoimperializmie i próbie podważania euroatlantyckiej architektury bezpieczeństwa, ale w naszych sąsiadach. Być może historia potoczy się tak, że przyjdzie nam pogodzić się z nowym podziałem kontynentu. Gdyby alternatywą miało być powstanie czegoś na kształt koncertu mocarstw to byłaby to skądinąd lepsza dla nas opcja (o ile oczywiście doszłoby do wyraźnego potwierdzenia, że jesteśmy częścią Zachodu, czyli np. dyslokacji sił naszych partnerów z NATO na naszym terytorium). Nawet jednak, gdyby doszło do takiego podziału to byłby to – jak każde ustalenie w dyplomacji – tylko czasowy kompromis. Wraz ze słabnięciem Rosji za kilkanaście zapewne lat doszłoby do kolejnej rundy tej rozgrywki. Niewykluczone ponadto, iż same narody na wschodzie – tak ukraiński, jak i białoruski nie zaakceptowałyby nowego podziału Europy. Który z tych scenariuszy się ziści – nie wiem, ale wiem, że jaki by nie wygrał to awantura i konflikt polsko – litewski, polsko – białoruski i polsko – ukraiński są sprzeczne z interesem narodowym RP.

Podejrzewam, że Polska nie będzie miała innej opcji, jak nadal "płynąć w głównym nurcie". Liczę, że nowe władze będą ambitniej niż dotychczasowe starały się wpływać na kierunek tego nurtu (zawsze to lepiej płynąć w nurcie, na który mamy wpływ, niż bez słowa akceptować ten, który jest). Naiwnością jest sądzenie, iż zdołamy jednak nurt odwrócić. W znacznej cześci elektoratu jest jednak i takie - zupełnie nierealistyczne - oczekiwanie. Mam powody sądzić, że niektórzy uznali, iż doskonałym alibi przed takimi oczekiwaniami byłby konflikt z sąsiadami.
Rozumiem, że w polityce trzeba dawać ludziom i chleb i igrzyska. Chciałbym tylko, aby igrzyska nie dotyczyły polityki zagranicznej.

 Mam wrażenie, że czas już dojrzał do pewnej fundamentalnej refleksji.

wywiad z p. Bućko: http://prawy.pl/z-zagranicy2/10377-byly-dyplomata-ujawnia-polacy-na-ukrainie-nie-sa-bezpieczni

Witold Jurasz

Źródło: http://mojeszyfrogramy.salon24.pl

Komentarze (1):

anonim2015.09.3 21:57
Z kim jest mamy większe prawdopodobieństwo zatargów: z bezpośrednim sasiadem, który graniczy z nami "przez miedzę", czy z kimś, kto mieszka dalej, z drugiej strony tego sąsiada?