Jakiś czas temu pisałam na portalu Fronda.pl o najnowszej książce Salasa, „Ja, terrorysta”. Hiszpański dziennikarz na potrzeby swojego śledztwa wcielił się w rolę Muhammada Ali Tovar Abd Allaha, Palestyńczyka zaangażowanego w walkę zbrojną z kapitalistami i „izraelskimi terrorystami”. Zanim jednak narodził się muzułmański fanatyk, Salas z równie wielkim zaangażowaniem odgrywał rolę... sutenera, alfonsa, handlarza kobietami i narkotykami w jednym. Owocem jego dziennikarskiej kreacji była wydana w pierwszym kwartale ubiegłego roku przez Wydawnictwo Naukowe PWN książka „Handlowałem kobietami” - „reportaż ze świata, w którym człowiek jest towarem”.
Dziennikarskie śledztwo Salasa zaczyna się w momencie spotkania z liderem ultraprawicowej partii politycznej Espana 2000, Jose Luisem Robertem Navarro. Prócz politycznej działalności Navarro jest bowiem jednocześnie – co nikogo nie dziwi (sic!) - prezesem stowarzyszenia właścicieli agencji towarzyskich ANELA. W wielkim skrócie, ta pionierska w świecie prostytucji organizacja, zrzesza właścicieli burdeli z całego świata. Działacze ANELA kreują się na „szacownych przedsiębiorców, którzy działają uczciwie i nieskazitelnie w sektorze usług hotelarskich i im podobnych”. Organizacja przyznaje również, zrzeszonym w niej burdelach, swoistego rodzaju „certyfikaty jakości”, które gwarantują, że kobiety świadczące erotyczne usługi w danym miejscu przebywają tam legalnie, nie są do niczego zmuszane, a wszystko odbywa się w miłych, kulturalnych warunkach. Drastyczna prawda jest jednak taka, że warunki w burdelach zrzeszonych przez ANELA niewiele odbiegają od tych, które takiego certyfikatu nie posiadają. A „szacownym przedsiębiorcom” chodzi tylko o jedno – zbić jak największą kabzę na prostytuujących się (nierzadko nie z własnej woli) kobietach, w dużej mierze cudzoziemkach, które przebywają na terenie danego kraju nielegalnie.
Od samego początku swojego śledztwa Salas ryzykuje życiem, bo jak się okazuje – Navarro jest jednocześnie, jak wspomniałam, liderem Espana 2000, a w jego firmie ochroniarskiej pracują... skinheadzi, których w poprzednim śledztwie infiltrował! Grozi mu wielkie niebezpieczeństwo, gdyż w tym samym czasie, kiedy łysi neonaziści manifestują pod szyldem Espana 2000 w Walencji, lokalna gazeta publikuje zdjęcie ...Tigera88, który okazał się znienawidzonym infiltratorem a na którego łysi bandyci wydali wyrok śmierci. Zresztą, Salas nie raz ryzykuje własnym życiem podczas swoich infiltracji Jednak, jak przekonuje w udzielanych wywiadach, nie ma w tym żadnego heroizmu. “To moja praca. Poza tym ciągle dostaję tysiące e-maili i listów od gości, którzy porzucili ruch neonazistów po przeczytaniu mojej książki, dziewczyn, które porzuciły prostytucję po lekturze „Handlowałem kobietami”, czy muzułmanów, którzy wyrzekli się dżihadu dzięki „Palestyńczykowi”. Jestem przekonany, że każdy, kto przeczytałby tę korespondencję, zrozumiałby, dlaczego robię to, co robię. Dla dziennikarza to wspaniałe uczucie, że jego praca jest pożyteczna, pomaga zmieniać pewne złe rzeczy. I dlatego warto zapłacić strachem, nieszczęściem, osamotnieniem, jakie niesie za sobą ten rodzaj dziennikarstwa. Warto” - mówił w rozmowie z Jakubem Stachowiakiem.
Wątki z poprzedniego śledztwa Salasa często powracają w książce „ Handlowałem kobietami”, kiedy dziennikarz odkrywa szerokie powiązania pomiędzy hiszpańskimi neonazistami a sutenerami. Zresztą, nie kryje swojej ogromnej dezaprobaty dla tych pierwszych. „Przypomniałem sobie swoich dawnych kolegów skinheadów, wśród których spędziłem kilka miesięcy i wielokrotnie dyskutowałem na temat problemu imigracji. Słyszałem wtedy peany na cześć ultraprawicowych liderów politycznych, którzy zachęcali do walki z cudzoziemską inwazją. Ciekawe, co by pomyśleli, dowiedziawszy się, że ich uwielbiani przywódcy, których wspierają swoimi głosami, są nie tylko niekonsekwentni w poglądach politycznych, serwowanych młodym neonazistowskim wilczkom, ale też bogacą się, co prawda nie bezpośrednio, dzięki „czarnym”, „brudnym Arabkom”, „dzikuskom z Ameryki Południowej” czy „Żydówkom”, których tak bardzo nienawidzą. Jak już pisałem w Dzienniku skina i będę powtarzał do znudzenia, neonaziole to tylko zwykłe stado baranów manipulowanych przez wytrawnych politycznych graczy” - pisze Salas. W innym miejscu dodaje: „W gruncie rzeczy neonaziści są tylko stadem naiwniaków, którzy maszynką do strzyżenia ogolili sobie nie tylko głowy, ale i mózgi. Może dziewczyny skinów, które tak zawzięcie domagają się wydalenia imigrantek, odbierającym miejsca pracy „prawdziwym” białym Hiszpankom, powinny zastąpić je w burdelach ANELA. Właściwi ludzie na właściwych miejscach”. W jeszcze innym grzmi: „Może skingirls, które uczestniczą w demonstracjach, krzyczą, że imigranci zabierają stanowiska pracy należne rodowitym Hiszpanom, powinny zatrudnić się w burdelach ANELA po to tylko, by konsekwentnie dotrzymać swoich rasistowskich haseł. Być może gdyby były gwałcone, ujeżdżane, krępowane i upokarzane przez tylu szacownych białych obywateli Hiszpanii co cudzoziemki, przeciwko którym protestują, odrzuciłby rasistowską ideologię”.
Prawda jest taka, że – jak szacuje Salas – 90 proc. prostytutek to imigrantki. Nie chcę nawet myśleć, ile z nich przybywa do krajów „cywilizowanej” Europy nie z własnej woli, ale przymuszonych, zwiedzionych wizją raju, w którym można się dorobić, albo zastraszonych przez lokalnych wataszków, którzy zbijają na nich kasę, grożąc, że jeśli będą nieposłuszne zabiją ich rodziny...
Co więcej, nad dziewczynami odprawiają obrzędy wudu, tym samym, całkowicie pozbawiając je własnej woli. Bo przecież „w Afryce każdy kapłan wudu ma taką władzę jak papież. Dlatego słowa szamana mają taką moc jak słowa papieża. Ma być tak, jak mówi czarownik (...). Jeśli mówi ci, że rzucono na ciebie klątwę i umrzesz, to umierasz, bo ślepo w to wierzysz. A jeśli mówi ci, że wyleczy cię dotykiem, to wyzdrowiejesz”. Perfidni, a jednocześnie jakże przebiegli, są imigranci z krajów Afryki, którzy całkiem uzależniają w ten sposób dziewczyny od siebie i własnego widzi-mi-się. Robią im laleczki wudu z wyrwanych im włosów łonowych czy krwi menstruacyjnej, a których samo wspomnienie wprowadza kobiety w przerażenie. Od momentu wykonania na nich straszliwego obrzędu juju dziewczyny, nawet choćby miały taką możliwość, nie uciekną od swojego „pana i władcy” - sutenera. Nawet gdyby je regularnie bił i poniżał. Głęboko wierzą w to, że odprawione nad nimi szamańskie obrzędy mają moc wyrządzenia straszliwej krzywdy im, albo całym ich rodzinom.
Wielka naiwność – czasem zawiniona, czasem nie – kobiet, które parają się prostytucją przewija się w powieści Salasa wielokrotnie. Dziennikarz wspomina na przykład, że imigrantki sprowadzone do jakiegoś nieznanego sobie hiszpańskiego miasta, które ni w ząb nie znają języka, są regularnie oszukiwane przez pojawiających się w burdelach komiwojażerach. Naciągacze sprzedają im buty, ciuchy i kosmetyki, które są niezbędne w ich profesji, za kilkakrotnie wyższą cenę, żerując na ich niewiedzy. I tak, nawet jeśli z niewielkiego odsetka kasy, jaką dostają za swoją pracę od sutenerów, uda im się cokolwiek odłożyć, znaczna część pieniędzy rozpływa się właśnie w kieszeniach oszustów.
Dla nikogo nie będzie nowością stwierdzenie, że dziewczyny są oszukiwane przez sutenerów, którzy zagrabiają znaczną część zarobionych przez nich pieniędzy. Ale już czytając o tym, że luksusowe prostytutki także są ograbiane przez burdelmamy, przecierałam oczy ze zdumienia. Kobiety, które przynoszą swoim „właścicielom” pieniądze rzędu kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy euro (sic!) tak naprawdę nie dostają do kieszeni nawet połowy...
Swoją drogą, Salas uchyla także rąbka tajemnicy, jak wygląda świat luksusowej prostytucji, które ukrywają się pod szyldami hoteli, agencji nieruchomości czy agencji modelek. Do takiego domu publicznego nie może wejść byle kto, pierwszy lepszy klient z ulicy. Z wyjątkowej usługi może skorzystać tylko ktoś polecony przez stałego, sprawdzonego klienta. Ktoś, kto już na pierwszy rzut oka wygląda jak bogacz – stąd markowy garnitur Salasa, spinki do koszuli i breloczek z logo mercedesa, którego dziennikarz, rzecz jasna, nigdy nie miał. Udający milionera Salas nie wierzy własnym oczom, kiedy w specjalnych katalogach podtykanych mu pod nos przez burdelmamy znajduje prezenterki telewizyjne, sławne modelki, gwiazdy estrady. Dlatego tak trudno jest skorzystać z ich luksusowych usług, bo paniom, podobnie jak i ich klientom prócz rozkoszy, za którą płaci się sumy rzędu kilkudziesięciu tysięcy euro, najbardziej zależy na dyskrecji. Salas opisuje zresztą kilka potężnych afer, kiedy na jaw wyszło, że ta czy tamta celebrytka po godzinach para się prostytucją.
Na pierwszy rzut oka bardziej ludzka, cywilizowana wersja prostytucji w luksusowych burdelach okazuje się tak samo brutalna i dramatyczna, jak los dziewczyn, które stoją na ulicach. Wprawdzie te drugie zarabiają na jednym kliencie nie więcej niż 30 euro i mogą skończyć poćwiartowane na hiszpańskim śmietniku, czym zupełnie nikt się nie przejmie, to do wachlarza usług tych pierwszych trzeba dorzucić to wszystko, czego zażyczy sobie klient, płacący jej kilkadziesiąt tysięcy euro. Czyli to wszystko, na co nigdy nie zgodzi się „zwykła” prostytutka od stosunków analnych, poprzez sado-maso i oddawanie kału na partnerkę, aż po najgorsze praktyki, jakie rodzą się w umysłach majętnych zboczeńców, którzy na co dzień udają szanowanych przedsiębiorców, zabierają wypielęgnowane żony na romantyczne kolacje do restauracji a dzieci na spacery.
Tym, co najbardziej wybrzmiewa w książce Salasa, jest niezwykła gorycz, jaką dziennikarz odczuwa w stosunku do mężczyzn. Mężczyzn, którzy za dnia prowadzą przykładne życie, grają kochających mężów i tatusiów, a w nocy zamieniają się w perwersyjnych seksoholików, dla których kobieta jest niczym więcej, aniżeli pojemnikiem na spermę. Jego zdaniem, całą winę za istnienie przemysłu płatnego seksu, ponoszą klienci, z czym oczywiście się z nim zgadzam. „My mężczyźni jesteśmy ostatnim ogniwem łańcucha i ponosimy odpowiedzialność za popyt, który nakręca podaż. Bez nas nie byłoby mafii handlującej kobietami ani poważnych stowarzyszeń ANELA. I chociaż jesteśmy w pewien sposób wspólnikami, winowajcami bądź inicjatorami przestępstwa, nigdy nie zostaniemy osądzeni. Mimo to pragnę wierzyć, że pewnego dnia osądzi nas i skaże własne sumienie. A wyrok będzie tylko jeden: winni” - pisze Salas, wielokrotnie podkreślając w książce, jak bardzo jest mu wstyd za mężczyzn i jak wielka rodzi się w nim nienawiść względem facetów.
To zastanawiające, że całą winą obarcza się jednak kobiety. To one są nazywane „k*****i”, „szmatami”, „zdzirami”. Nie znaczą nic. A mężczyźni, którym świadczą usługi?! Dlaczego o nich nie mówi się “k***y” czy „dziwkarze”?! Nie chcę oczywiście powiedzieć, że usprawiedliwiam prostytutki. Trzeba jednak mieć na uwadze fakt, że bardzo często sprzedają one swoje ciała nie z własnej woli, ale dlatego, że po prostu nie mają innego wyjścia.
Lektura „Handlowałem kobietami” napawa ogromnym smutkiem. I niesamowicie przytłacza. Bo całkowicie pozbawia złudzeń, jakie moglibyśmy żywić względem naszego „wspaniałego”, „cywilizowanego” świata. Poczucie wstrętu osiąga punkt kulminacyjny, kiedy wcielający się w rolę sutenera Salas pertraktuję cenę sześciu dziesięcioletnich dziewic (sic!) do jego fikcyjnych burdeli... Jasne, mógłby ktoś powiedzieć, że prostytucja istniała od zawsze, wszak to ponoć najstarsza profesja świata. Ale przed lekturą „Handlowałem...” nigdy w życiu nie pomyślałabym, że proceder ten osiąga taką niebotyczną skalę – Salas pisze nawet o milionie stosunków odbywanych z prostytutkami każdego dnia w samej tylko Hiszpanii! Przyjaciółka dziennikarza powiedziała mu: „Trzeba było wybrać niebieską pastylkę. Chciałeś poznać prawdziwy świat i proszę, teraz musisz znosić konsekwencje. Reszta z nas woli żyć w matriksie”. Czy naprawdę lepiej przymykać na to wszystko oko i udawać, że o niczym się nie wie?
Marta Brzezińska
