Te, i wiele podobnych, pytań z pewnością zadawali sobie mieszkańcy Nowego Jorku, Madrytu czy Londynu. Choć fala podejrzliwości względem muzułmanów, jaką wywołały kolejno zamachy z 2001, 2004 i 2005 roku już nieco opadła, to wciąż wielu z nas podchodzi z, często uzasadnionym nie tylko moim zdaniem, dystansem, a czasem nawet nieufnością do coraz częściej mijanych na polskich ulicach imigrantów o ciemniejszym od naszego kolorze skóry.
James Bond dziennikarstwa
Czy te obawy są zawsze uzasadnione? Z pewnością zdaniem hiszpańskiego dziennikarza, Antonia Salasa nie. Kim jest autor głośnych książek, opisujących szczegóły infiltrowania takich środowisk, jak handlarze kobietami, bronią czy neonaziści? Niektórzy w ogóle wątpią w jego istnienie, inni uważają, że nawet jeśli istnieje, to z pewnością jest agentem wywiadu. Jeszcze inni, nie bez nutki sarkazmu, nazywają go Jamesem Bondem dziennikarstwa. Fakt, coś w tym może jest – Salasowi, niczym bohaterowi serii o brytyjskim agencie 007 wszystkie, nawet najbardziej niebezpieczne akcje uchodzą na sucho i choć nie dysponuje tyloma zabawkami, co filmowy bohater, to praktycznie z każdej opresji wychodzi bez szwanku. Salas tłumaczy to posiadaniem dobrego Anioła Stróża. Człowiek-zagadka, skrzętnie ukrywający swoje prawdziwe nazwisko. Jeśli znajdziemy jakieś jego zdjęcie, to z pewnością z zamazaną twarzą albo w kominiarce. Jeśli występuje w telewizji czy radiu, to tylko ze zniekształconym głosem. Tylko raz (jak do tej pory), opieszałość realizatora dźwięku, który nie zniekształcił głosu dziennikarza poskutkowała jego zdemaskowaniem przez człowieka zamieszanego w handel kobietami (podczas śledztwa w środowisku sutenerów). Salas, sam w sobie, jest postacią niewątpliwie fascynującą. Można oczywiście podchodzić z rezerwą do jego paranoicznej ostrożności (choć status świadka koronnego w procesie przeciw hiszpańskim neonazistom i wydany na niego wyrok śmierci mówią same za siebie), czy pojawiającego się co kilkanaście stron podkreślania swoich zasług, albo niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł, jednak Salasowi nie można odmówić tego, że jest dziennikarzem wybitnym, i to przez duże „d”, a jego książki czyta się nie jak literaturę faktu, suchy zapis efektów dziennikarskiego śledztwa, ale jak porywająca książkę przygodową. Infiltracja i dziennikarstwo śledcze zaczynają być ostatnio modne, a redaktorzy parający się taką pracą wyrastają jak grzyby po deszczu, ale dopiero Salas jest jednym z nielicznych, którzy z czystym sumieniem mogą o sobie powiedzieć „dziennikarz śledczy”.
„El Palestiono” (polski tytuł „Ja, terrorysta”) choć ma ponad 600 stron pochłonęłam z wypiekami na twarzy w kilkanaście dni. Właśnie kończę lekturę kolejnej (choć chronologicznie wcześniejszej) książki Salasa „Handlowałem kobietami” (obie ukazały się nakładem Wydawnictwa PWN), którą z pewnością także niebawem zrecenzuję na Fronda.pl. W „El Palestiono” zresztą Salas bardzo często odwołuje się do swoich poprzednich reportaży, zarówno o infiltrowaniu mafii handlujących kobietami, jak środowiska hiszpańskich neonazistów (bestsellerowy „Diaro de un skin” ukaże się w Polsce pod tytułem „Dziennik skina” już wiosną 2013 roku).
Narodziny Muhammada
Książka Salasa to pasjonujący zapis przenikania w środowisko międzynarodowych terrorystów. Na potrzeby śledztwa 11 marca 2004 roku do życia zostaje powołany Muhammad Ali Tovar Abd Allah, Abu Ajman. Al Filastini. Palestyńczyk. Tak też później będą zwracać się do niego kompani broni i kamraci z przestępczego światka. Urodził się w Egido, w stanie Merida, w „Wenezueli Saudyjskiej” Pereza. Wenezuelczyk, ale jego dziadkowie byli Palestyńczykami, którzy jak tysiące innych rodaków, uciekli przed okupacją kraju przez syjonistyczne siły zbrojne Izraela. W małym miasteczku nieopodal Dżaninu zostawili dom, ziemię i „gaje oliwne, przesiąknięte krwią męczenników”. Nie porzucili jednak pamięci o nich, dlatego ich wnuk, Muhammad dobrze zna historię przodków, a także posługuje się językiem Świętego Koranu i jest pobożnym wyznawcą islamu. Ojciec z kolei, będący za pan brat z wenezuelską guerillą, zaszczepił w nim idee marksistowskie. Wiele lat później, Palestyńczyk sam chwyci za broń, a jego los zwiąże się z latynoamerykańską partyzantką. Przynajmniej jeśli chodzi o fikcyjną przeszłość Muhammada, wykreowaną przez Salasa na potrzeby śledztwa.
Odgrywany przez hiszpańskiego dziennikarza aspirant do przestępczego światka nigdy nie poznał swojej matki, która zmarła podczas porodu. Wychował się w Hiszpanii (stąd jego akcent), gdzie rodzina osiadła po emigracji z Wenezueli. Jako dobry muzułmanin i komunista od najmłodszych lat czuł powołanie do służby. Już jako 18-latek zaangażował się w działania różnych organizacji humanitarnych, zamujących się międzynarodową współpracą w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Jako wolontariusz w Dżaninie poznał swoją żonę, Dalal Madżahad S. Kobieta 9 marca 2004 roku zginęła od „zabłąkanej żydowskiej kuli”, która zakończyła życie również ich pierworodnego syna. Traumatyczne doświadczenie sprawia, że Muhammad porzuca akcje humanitarne na rzecz szkoleń paramilitarnych, bo tylko tak można ochronić „niewinnych przed kulami imperialistów”.
Tak narodził się Muhammad, Palestyńczyk, który miał przeniknąć do środowiska najgroźniejszych terrorystów świata. I już samo kreowanie fikcyjnej postaci krytykom Salasa wydaje się mało wiarygodne. Faktycznie, w dobie internetu (który przecież z powodzeniem wykorzystują do komunikacji międzynarodowi terroryści) może wydawać się, że wykreowanie wiarygodnej tożsamości (zwłaszcza jeśli wcześniej ukazało się parę artykułów ze zdjęciami infiltrującego neonazistów Tigera88) przyszło Salasowi podejrzanie łatwo. Na jego korzyść przemawia jednak tysiące artykułów opublikowanych pod nazwiskiem Muhammada i gruby plik zdjęć z ważnymi w muzułmańskim świecie postaciami. Motywy, dla których chwyta za broń, mogą wydawać się banalne, ale przecież z drugiej strony nic tak nie popycha ludzi do drastycznych kroków jak desperacja…
Mudżahid Salas
Pojawiły się także zarzuty, jakoby Salas przekroczył granice dziennikarstwa, zrobił o jeden krok za daleko, wcielając się w rolę islamskiego mudżahida. Sam zainteresowany nie ma z tym jednak problemu. W wywiadzie dla Menstream.pl stwierdził: „Myślę, że nie mógłbym przeprowadzić swojego śledztwa w żaden inny sposób niż wchodząc w to środowisko, będąc uzbrojonym jedynie w ukrytą kamerę. Spędziłem wiele lat uprawiając taki rodzaj dziennikarstwa. Z mojego doświadczenia wynika, że to jedyna forma działania, która może pomóc zrozumieć i ujawnić prawdę”.
Czytając zapis śledztwa Salasa ostatnią rzeczą, jaką mogłaby mi przyjść do głowy, byłby zarzut, że jego działania były sprzeczne z etyką dziennikarską. Hiszpański reportażysta wiele razy stanowczo podkreśla, że nigdy nie przekroczył granicy, jaką stanowi popełnienie przestępstwa (choć nadarzało się ku temu wiele okazji) – inaczej nigdy nie otrzymałby statusu świadka koronnego i nie mógłby zeznawać w procesach przeciwko tym, których infiltrował. Co więcej, zarówno w książce, jak i na jego stronie internetowej (www.antoniosalas.org) znajdziemy całą masę skrupulatnie prezentowanych przez niego dowodów ze śledztw (zdjęcia, dokumenty, nawet nagrania video), które potwierdzają jego wiarygodność i uczciwość.
Pojawia się jednak pytanie, czy wcielając się w jakąś rolę przez ponad sześć lat (dokładnie tyle trwał „żywot” Muhammada), żyjąc przez tyle czasu w skórze kogoś innego, jego własna osobowość, tożsamość nie zostają naznaczone, czy nawet skażone tożsamością udawanej osoby. Salas odpowiada na to w rozmowie z Jakubem Stachowiakiem: „Mojej ostatniej książce, „Palestyńczykowi”, poświęciłem 6 lat życia. W czasie tego śledztwa nauczyłem się arabskiego, przeszedłem na islam, żyłem w międzynarodowej grupie terrorystycznej w 13 krajach na 4 kontynentach. Wcześniej na oczy nie widziałem bomby czy pistoletu maszynowego. Znałem to tylko z filmów. Dziś potrafię rozłożyć i złożyć kałasznikowa czy M-16 z zamkniętymi oczami. To jest naprawdę trudne – nauczyć się spać z bronią pod poduszką, a nie pozwolić jej sobą zawładnąć, ocalić swoją psychikę. Jako infiltrator zdobyłem wiedzę i umiejętności, o jakich nie śniło mi się, kiedy byłem zwykłym dziennikarzem. Ale tę wiedzę zdobywałem, żyjąc otoczony przemocą przez długi czas. A to zostawia ślad. To taki dysonans uczuciowy – brzydzę się przemocą, jakąkolwiek jej formą, ale jednocześnie wiem, że jeśli w mojej pracy wśród kryminalistów zostanę zdemaskowany, znajdą moją ukrytą kamerę, jedyna rzecz, jaka będzie w stanie mnie ocalić, to właśnie przemoc”.
Allahu Akbar
I tu pojawia się pewien problem, bowiem z kolejnymi przeczytanymi stronami „Ja, terrorysta” miałam wrażenie, że Salas coraz bardziej staje się… Muhammadem. Przyznam szczerze, że mocno irytowały mnie jego wtrącenia typu „dzięki Allahowi”, „po raz kolejny Allah nade mną czuwał”, czy nawet „Allahu Akbar”. To już nie było podszywanie się pod muzułmanina. „Ja, terrorysta” to zapis stawania się prawdziwym wyznawcą islamu. Salas nie tylko zewnętrznie upodabnia się do pobożnego wyznawcy Allaha (zapuszcza długą brodę, stosuje samoopalacze, a nawet poddaje się obrzezaniu), ale także rzuca palenie i alkohol, modli się pięć razy dziennie, pobożnie czyta Koran. Dziennikarz zresztą otwarcie przyznaje, że się nawrócił. „Jednym z głównych elementów mojego śledztwa było przejście na islam. Jestem teraz muzułmaninem (…). Islam to nie tylko religia – to filozofia życia. Pracując nad „Handlowałem kobietami” zadawałem się z ludźmi, którzy dużo pili i palili – ja też musiałem. Byłem więc w okropnym stanie fizycznym. Po latach bycia muzułmaninem w pracy stwierdziłem, że zostaję przy tym. Wiara to teraz część mnie – wyznał w rozmowie z „Polityką” (25 kwietnia 2012). Tu pojawiła się moja wątpliwość, czy można rzeczywiście podchodzić obiektywnie do problemu czy danego środowiska, jeśli staje się jego realną częścią. O ile takiego problemu nie mam przy lekturze „Handlowałem kobietami” (Salas tylko odgrywał rolę sutenera, nie „nawrócił się” na stręczycielstwo), o tyle tutaj, takie deklaracje sprawiają, że dziennikarz traci nieco na obiektywności.
I faktycznie, gdyby chcieć uprościć przekaz ponad 600-stronicowej książki, trzeba by napisać mniej więcej tyle, że Al Kaida i Osama bin Laden to amerykańscy agenci, sojusznicy USA, a dokonywane przez nich zamachy były inspirowane przez amerykański rząd, aby dać pretekst do inwazji na Irak. Z kolei, Iran jest całkowicie pokojowo nastawiony, a jedynego źródła nieuprawnionej przemocy i terroryzmu należy upatrywać w… Izraelu. Na myśl przychodzi mi w tej chwili kapitalny film z Nicolasem Cage’m „Pan życia i śmierci”. Jego reżyser Andrew Niccol postawił tezę, że największym na świecie importerem broni są Stany Zjednoczone, gdyż wojna po prostu im się opłaca. Jednak, nawet jeśli jest się przeciwnym prowadzonej przez Waszyngton polityce względem krajów Bliskiego Wschodu, nie sposób nie odnieść wrażenia, że uproszczenia Salasa są zbyt daleko idące. Być może one, jak i nachalne czasem wybielanie muzułmanów, są efektem, właściwej neofitom, gorliwości.
Chrześcijanie w Hezbollahu i islamiści ramię w ramię z neonazistami
Oczywiście, nie każdy wyznawca islamu to przestępca, który tylko czeka, żeby odpalić lont. Faktem jest także to, że wszelkie zbrodnicze organizacje przestępcze, jak Al Kaida najbardziej tak naprawdę szkodzą pobożnym muzułmanom, którzy są prześladowani tylko ze względu na wiarę. Salas stara się dowieść, że związki pomiędzy islamem a walką zbrojną są analogiczne do relacji na przykład pomiędzy chrześcijaństwem a terroryzmem (ETA). Wielokrotnie podkreśla on, że w szeregach Hezbollahu czy Brygady Męczenników al-Aksy są nie tylko pobożni muzułmanie, ale także chrześcijanie, a nawet Żydzi oraz lewicujący ateiści. Salas zwraca zresztą uwagę na tak niewiarygodne fakty, jak na przykład ten, że nienawiść do Izraela jest nawet w stanie zjednoczyć zwalczających się na co dzień neonazistów i islamskich integrystów (opisuje kongres rewizjonistyczny zorganizowany wspólnie przez dwa skrajne środowiska).
Z pewnością książka Salasa otwiera oczy, poszerza światopoglądowe horyzonty i jest całkowiecie niepoprawna politycznie – a to wielki plus. Choć w wielu momentach można się z nim nie zgadzać, to Hiszpanowi trzeba oddać, że po lekturze „Ja, terrorysta” możemy poczuć się jak w filmowym matriksie, w którym cały terrorystyczny światek i jego groźni przywódcy, niczym pożyteczni idioci, zostali wykreowani na potrzeby kogoś, kto czerpie z tego niewyobrażalne zyski.
Kim dla Salasa, po tym sześcioletnim śledztwie są terroryści? Z pewnością daleko mu do opinii Tiziano Terzaniego, który demonizował islamistów, czy Oriany Fallaci, która uważała ich za niebezpiecznych i agresywnych, których trzeba zwalczać każdym możliwym sposobem. „Myślę, że wszyscy, ja, ty, czytelnicy, robimy rzeczy, które robimy, bo myślimy, że są właściwe w danym momencie. W zależności od okoliczności. Poznałem wielu członków organizacji terrorystycznych z całego świata: z Izraela, Palestyny, Libanu, Europy, Maroka, Syrii, Wenezueli, Kolumbii. Oczywiście oni sami siebie nie określają mianem terrorysty. To logiczne. Nazywają się wyzwolicielami, ruchem oporu lub rewolucjonistami. Terrorystami, natomiast, nazywają Stany Zjednoczone, Europę, Izrael i Hiszpanię” – stwierdził w rozmowie z Menstream.pl. Po lekturze „Ja, terrorysta” z przykrością muszę stwierdzić, że przesłanie Salasa niewiele odbiega od formułowanych przez terrorystów teorii…
Świadek koronny z Aniołem Stróżem na ramieniu
Do autora mam jeszcze jeden zarzut – mianowicie urywa on swoją opowieść w jednym z najciekawszych momentów, pozostawiając czytelnika z całym mnóstwem pytań. Salas zdradza jedynie, że ma wciąć udział jako świadek w procesie przeciwko neonazistom i… urywa swoją pasjonującą opowieść. Przez dziesiątki stron z ogromną precyzją wtajemniczał on czytelnika w to, jak powstawał Muhammad, by nagle urwać opowieść jednym zdaniem. A mnie równie mocno, jak to, jak przenika się do środowiska terrorystów, interesuje to, jak się z niego wychodzi. Przecież po sześciu latach i tylu zawartych znajomościach (a raczej uwikłaniu się w tyle niebezpiecznych relacji) chyba nie można ot, tak sobie zwinąć kramiku i pomachać na pożegnanie białą chusteczką najgroźniejszym terrorystom na świecie. No chyba, że Salas tak zrobił, więc chapeau bas.
Rąbka tajemnicy dziennikarz uchyla w udzielanych prasie wywiadach. „Otrzymuję groźby śmierci, zniewagi. Niedawno były wybory w Wenezueli, które znów wygrał Hugo Chavez. W tym czasie związany z organizacją Tupamaros terrorysta Chino Carrias chodził po różnych latynoamerykańskich mediach i udzielał wywiadów, w których informował, że jego organizacja skazuje mnie na śmierć. Właśnie za śledztwo, które przeprowadzałem wśród terrorystów w Wenezueli” – wyznał.
Salas naraził się handlarzom kobietami i sutenerom, wyrok wydali na niego neonaziści i wenezuelscy terroryści, teraz prowadzi kolejną infiltrację, podczas której znowu przenika do środowiska zorganizowanej prostytucji i narkobiznesu. Jak twierdzi, Anioł Stróż wciąż nad nim czuwa, choć prędzej czy później, pewnie się zbuntuje. „Każdy sukces w takim dziennikarstwie okupiony jest nowymi wrogami, których nienawiść rośnie. Dlatego przypuszczam, że któregoś dnia nie będę miał wystarczająco dużo szczęścia albo mój Anioł Stróż złoży rezygnację” – stwierdził.
Osobiście, choć z wieloma tezami stawianymi przez Salasa można by długo polemizować, a dla równowagi po „Ja, terrorysta” sięgnęłam do książek Fallaci, życzę mu, by jego Anioł Stróż jak najdłużej trzymał wartę. Jego książki to potężny kawałek porywającej literatury, dla której bez żalu zarywa się niejedną noc.
Marta Brzezińska
A. Salas, "Ja, terrorysta", PWN 2012, s. 648

