03.08.18, 18:00fot. Kremlin.ru vi aWikipedia

Czy Węgry rozsadzą Trójmorze?

Ostatnie miesiące to szereg wydarzeń przyczyniających się do zaostrzenia wzajemnych relacji między Kijowem a Budapesztem. Wydarzeń nad którymi nikt tak do końca nie panuje. Stąd słuszne wydają się przypuszczenia, że postawa Węgier bardziej niż z „geopolitycznych planów” wynika z politycznego zagubienia.

AUTONOMIA DLA ZAKARPACIA

W październiku 2017 r. w Budapeszcie miał miejsce protest środowisk zakarpackich, czy też podających się za takie, żądających autonomii nie tylko dla tamtejszych Węgrów, ale i innych grup etnicznych i narodowościowych żyjących na zachodniej Ukrainie. Protesty te były odpowiedzią na przyjęte w wrześniu nowe ukraińskie prawo o edukacji. Pomimo że za protestami nie stała partia rządząca, wedle Dmytro Tuzhanskyi, ukraińskiego analityka, organizatorem ich był Jobbik, Kijów potraktował je jako przejaw antyukraińskiej polityki Budapesztu. Już wtedy służby ukraińskie wskazywały na działalność podejrzanych aktywistów (czy nawet zorganizowanych grup) przyczyniających się do wzrostu napięć etnicznych na Zakarpaciu.

Już wtedy kwestia nowego ustawodawstwa ukraińskiego, które w zakresie edukacji szkolnej przyczynia się do ograniczenia obecności innych niż ukraiński języków w ukraińskim szkolnictwie (poza elementarnym), stała się powodem zadrażnień między oboma rządami. Péter Szijjártó, węgierski minister spraw zagranicznych począł oskarżać rząd w Kijowie o łamanie praw ludności węgierskiej, wzywał już w grudniu 2017 r. do zainstalowania na Zakarpaciu specjalnej misji OBWE. Szijjártó jako przykład antywęgierskich działań przywoływał demonstracje ukraińskich grup nacjonalistycznych.

Sprawa z misją OBWE ciągnie się zresztą do dziś. Niedawno prasa powiązana z Fideszem ogłosiła, że decyzja o zainstalowaniu takiej misji już została faktycznie podjęta. Informacji tej na razie nie potwierdził ani rząd w Kijowie ani w Budapeszcie.

Wzajemne oskarżenia o nacjonalizm mają jednak przełożenie na realną politykę. To przede wszystkim kilkakrotne próby blokowania przez Węgry rozmów na linii Kijów-NATO i Kijów-Unia Europejska. Czasem działania dyplomacji węgierskiej są zresztą skuteczne: sekretarz NATO Jens Stoltenberg (który domaga się od Ukrainy wypełnienia zaleceń Komisji Weneckiej w zakresie edukacji) czy amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo poruszali z ukraińskimi władzami sprawę „praw mniejszości”. Węgry zablokowały planowane spotkanie przedstawicieli Ukrainy i NATO w grudniu 2017 r. Jednak jak donosi prasa sprzed kilku dni, pomimo oporu ze strony Węgier, dojdzie do rozmów Ukrainy z NATO na szczycie 11-12 lipca.

Reakcją na to ze strony ukraińskiej jest także wzrost podejrzeń, niewiara w czystość węgierskich intencji. Pojawiają się pytania o wzrost, potencjalnie niebezpieczny, węgierskich wpływów na Zakarpaciu i możliwość ich wykorzystywania do destabilizacji Ukrainy. W tym miesiącu asumpt do kolejnych spekulacji w tym duchu szczególnie w ukraińskiej prasie nacjonalistycznej dał Zakarpacki Uniwersytet Letni (początek lipca), gdzie w miejscowości Synewirska Polana/Felsoszinever na zachodniej Ukrainie, spotkali się działacze lokalnych węgierskich organizacji, dziennikarze, naukowcy z przedstawicielami władz w Budapeszcie. Zsolt Nemeth – szef węgierskiej parlamentanej komisji ds. międzynarodowych, podczas spotkania określił dzisiejszą sytuację na Ukrainie, w kontekście przesunięć politycznych w kierunku „ukrainizacji”, że ta wkracza na „nieznane terytorium”.

WĘGRZY ZAKARPACCY CZUJĄ SIĘ PRZEŚLADOWANI

Szczególny wzrost napięcia miał miejsce po lutowych atakach na siedzibę zakarpackiego Węgierskiego Stowarzyszenia Kulturalnego (KMKSZ), mających znamiona ataków terrorystycznego (jak utrzymują władze Ukrainy zamieszanych w nie było 3 Polaków powiązanych z pro-rosyjską Falangą). Co istotne władze KMKSZ początkowo utrzymywały, że za atakami nie stali obywatele Ukrainy, a atak miał charakter rosyjskiej prowokacji, szef tej organizacji Laszlo Brenzovics wyraził nawet wdzięczność władzom w Kijowie za sprawne działanie. Tym czasem reakcja Budapesztu była całkiem inna, tamtejsze władze winą za atak obciążyły Kijów.

Samo KMKSZ z czasem zmieniło w tej sprawie zdanie; w wydanym przez siebie w kwietniu br. raporcie na temat ataków antywęgierskich na Ukrainie, Anti-Hungarian Attacks in Ukraine 2014-2018, przyjęło optykę odpowiedzialności władz w Kijowie za narastanie wrogości do Węgrów.

Wspomniany raport odnotowuje, na przełomie lat 2014 – 2018, 182 incydenty, określane jako anty-węgierskie, z tendencją wzrostową. Jako przejawy postaw i działań wymierzonych w lokalną ludność węgierską wymienia często drobne sprawy jak zniszczenia pomników czy zamazywanie napisów. Do tego dochodzą protesty „ukraińskich nacjonalistów”. Wszystkie te incydenty wedle autorów raportu mają jednak świadczyć o zamiarach władz ukraińskich dążących, wedle nich wyraźnie, do przymusowej „asymilacji lokalnych Węgrów”. Odpowiedzialne za te działania mają być szeroko pojęte władze Ukrainy (lokalne i państwowe), media, partie polityczne oraz organizacje nacjonalistyczne. Wedle raportu przeciw Węgrom prowadzone są “kampanie propagandowe”, które polegać mają na portretowaniu ukraińskich Węgrów jako mniejszości o nastawieniu separatystycznym, anty-państwowym.

Większość wymienionych incydentów dokonana była, jak sam raport to określa, przez “nieznanych sprawców”. Od 2016 r. zintensyfikowała się działalność organizacji nacjonalistycznych (Karpacka Sicz, Prawy Sektor, “Azow”), które czy to podczas manifestacji czy pikiet przed ambasadą Węgier miały prezentować anty-węgierskie i skrajnie narodowe hasła. W 2017 r. media ukraińskie maiły – wedle organizacji lokalnych bezzasadnie, oskarżać Węgrów z Zakarpacia o separatyzm, próbę oderwania regionu od Ukrainy lub oddanie go pod kontrolę Węgier.

Wedle KMKSZ pojawiały się również materiały fałszywie przypisywane tej organizacji wspieranie lokalnego separatyzm. 27 lutego siedziba KMKSZ została wysadzona w powietrze. Przy tym organizacja obwinia za to, nie bezpośrednio, ukraiński rząd. Organizacja ta uważa również, że przeciwko mniejszościom narodowym na Ukrainie w ciągu ostatnich lat podjęto wiele kroków prawnych, szczególnie podkreśla się tutaj sprawę ustawodawstwa z 2017 r.

We wspomnianym raporcie ani razu nie padają słowa „Rosja” czy „rosyjska agresja”. Stąd jego czytelnik nie dowie się nic o dzisiejszej międzynarodowej sytuacji Ukrainy, która jednak w istotny sposób może warunkować zachowania Kijowa. Porównując jego treść z wcześniejszymi wypowiedziami członków KMKSZ nie trudno dostrzec ewolucję jego stanowiska i przyjęcie jako obowiązującej interpretacji wydarzeń proponowanej przez Budapeszt: odpowiedzialny za pogarszanie się sytuacji zakarpackich Węgrów jest ukraiński nacjonalizm.

Z drugiej strony władze samej Ukrainy również wypowiadają się w sposób niekiedy zbyt ostry i prowokują Węgry. Jest tak w przypadku decyzji o ponownym otworzeniu bazy wojskowej w Beregowie (kwiecień br.), nie daleko granicy z Węgrami. Decyzję tę da się wytłumaczyć jako następstwo ciągu wzajemnych oskarżeń Kijowa i Budapesztu, co owocuje podejmowaniem często kontrowersyjnych działań. Możliwe jednak, że władze ukraińskie faktycznie obawiają się możliwości wybuchu niepokojów etnicznych za zachodzie. Otwarcia „zachodniego frontu”. Nie ważne czy jako prowokacji moskiewskiej czy nie. Oznacza to jednak, że władze w Kijowie zaczynają wierzyć, że coś takiego jak „węgierski separatyzm” istnieje naprawdę. Rzeczniczka ukraińskiego MSZ otwarcie przyznała, że z perspektywy Ukrainy aktywność lokalnych środowisk węgierskich może być problemem.

OD PARTNERÓW DO…

Premier Orban kilkakrotnie podnosił sprawę autonomii dla zakarpackich Węgrów, którzy jednak stanowią około 12% populacji regionu Zakarpacia. Nigdy władze w Budapeszcie nie sprecyzowały czy chodzi tu o jakąś autonomię regionalną czy „kulturalną” przypisaną konkretnej grupie etnicznej. Oczywiście wiele wypowiedzi z ostatniego roku należy złożyć na karb kampanii wyborczej. Nie oznacza to koniecznie, że Budapeszt wspiera „federalizację” Ukrainy, co jest jednym z zabiegów propagandowych Moskwy. Oficjalnie zakarpaccy Węgrzy, zajmujący czasami polityczne stanowiska w swoim regionie, utrzymują, że zakarpacki separatyzm to zjawisko nieistniejące, wymysł rosyjskiej propagandy.

Na relacjach węgiersko-ukraińskich sprawa Zakarpacia zaciążyła już na początku lat. 90. Oczekiwania co do przyznania Zakarpaciu jakiejś formy autonomii wyraził już premier Josef Antall podczas wizyty ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Anatolija Zlenki w Budapeszcie w sierpniu 1990 r. Traktat o dobrym sąsiedztwie z 91’ gwarantuje z jednej strony nienaruszalność granic, z drugiej zobowiązuje państwa do wzajemnego poszanowania praw mniejszości narodowych (co oczywiście dotyczy głównie Ukrainy).

Traktat spotkał się z krytyka na Węgrzech, część posłów była przeciw niemu. Ich krytyka miała dotyczyć także kwestii mniejszości węgierskiej na Ukrainie. Na Ukrainie odnotowano również te głosy, które oczekiwały, że temat ewentualnych zmian terytorialnych powinien być otwarty.

Pomimo istnienia spornych punktów wydawało się wtedy, że relacje obu krajów powinny rozwijać się pomyślnie. Węgry jako jeden z pierwszych krajów uznał władze w Kijowie, jako pierwszy nawiązał z nimi oficjalne stosunki na poziomie ambasad. Również szybko wynegocjowano i podpisano wspomniany traktat.

Podobne problemy, oraz żądania, spotykały Ukrainę ze strony zakarpackich oraz bukowińskich Rumunów oraz żyjących także w tym pierwszym regionie Rusinów. Miało wpływ na to tak rodzenie się nowej postkomunistycznej świadomości narodowej w Europie Środkowo-Wschodniej, często przybierającej postać szowinizmu, jak również specyfika czasu, gdy wydawało się, że po upadku sowieckiego porządku będzie możliwa zmiana granic.

Ukrainie udało się jednak zażegnać konflikty tak z lokalną ludnością jak i sąsiednimi krajami (w tym Polską). Pomimo że co jakiś czas pojawiają się nowe zatargi. Fakt że nie udało się tak w przypadku ludności rosyjskiej na wschodzie oraz węgierskiej na zachodzie wynika bardziej z oddziaływania czynnika zewnętrznego – polityki Moskwy i Budapesztu, niż złożoności wewnętrznych relacji. Dla Rosji i Węgier wykorzystywanie mniejszości stało się częścią ich własnej polityki, choć dla Węgier to raczej nie składowa imperialnych marzeń, co chęć utrzymania znaczenia kraju, odsunięcie obawa marginalizacji.

Po objęciu na Węgrzech władzy w latach 90. przez centroprawicę, ponownie odżyła kwestia Węgrów żyjących na sąsiednich terenach. Ponownie powrócono do sprawy Węgrów zakarpackich, czyniąc ją jak oceniali niektórzy głównym tematem we wzajemnych stosunkach. Już w 2000 r. podczas wystąpienia w Berehowie premier Orban ukazywał się jako protektor interesów lokalnych Węgrów, także w ich relacjach z Kijowem. Podkreślał jednak również jak ważne są wzajemne relacja, i jak istotne są one dla budowania szerszej kooperacji w tej części Europy. Czasy rządów Orbana to akcent na solidarność Węgrów żyjących po obu stronach granicy, zaowocowało to tym, że temat ten zaczął pojawiać się w debacie ogólnoukraińskiej. Odżyła sprawa języków mniejszościowych.

Pomimo trudności, ocenia się, że relacje między krajami układały się stosunkowo dobrze; Ukraina w przeciwieństwie do Rumunii czy Słowacji nie reagowała bardzo negatywnie na węgierskie ustawodawstwo dotyczące mniejszości węgierskiej poza granicami ich kraju. We własnym ustawodawstwie (Prawo o mniejszościach) uznawała istnienie prawa do specjalnych relacji między mniejszościami etnicznymi i narodowymi a państwami zamieszkiwanymi przez ich pobratymców, tak na poziomie rządowym, jak organizacji społecznych.

Dziś sprawy wyglądają gorzej. To efekt lat zaniedbań. W ciągu kilku ostatnich miesięcy atmosfera uległa więc zagęszczeniu – w lutym i w marcu zakarpaccy Węgrzy i Ukraińcy wspólnie twierdzą, że padają ofiarami zewnętrznych prowokacji, pod koniec kwietnia już wzajemnie się oskarżają. Węgrzy mówią o narastającym nacjonalizmie na Ukrainie, Kijów o węgierskiej megalomanii, wspieranej przez Moskwę.

Dziś już nie tylko ukraińscy nacjonaliści z podejrzliwością oceniają realizowaną przez lata politykę wsparcia dla zakarpackich Węgrów przez rząd w Budapeszcie – od nadawania obywatelstwa, przez granty, wsparcie finansowe, W marcu br. wiceminister ds. zagranicznych ukraińskiego rządu, Olena Zerkal, w wywiadzie dla Prjamyj TV, zasugerowała, że za polityką Węgier stoją „imperialne ambicje”, a nie zwykła troska o pobratymców na Wschodzie.

PRZYCZYNY

Postawa Węgier domaga się wytłumaczenia. Dwie skrajne interpretacje mówią, że albo władze węgierskie (narodowo-konserwatywne) kierując się narodowym sentymentem, odwołują się do szowinistycznej retoryki, chcąc tą drogą utwierdzić swoją pozycję wśród wyborów, albo też należy mówić o daleko idącej, antyukraińskiej współpracy Budapesztu i Moskwy mającej jakieś swoje ukryte cele.

Pierwsza interpretacja dominuje, pozwala ona wytłumaczyć „nieracjonalność” działań Węgrów i ich agresywność. Kwestia mniejszości jest dla Węgrów faktycznie istotna, poza granicami kraju, w Rumunii, Serbii, na Ukrainie czy na Słowacji żyje łącznie przeszło 2 mln Węgrów, naród liczy około 14, z czego 2/3 żyją w ojczyźnie. Na Ukrainie, w porównaniu z pozostałymi wymienionymi krajami, Węgrów jest jednak stosunkowo mało.

Analitycy stosunków międzynarodowych, także oczywiście węgierscy, postrzegali jako rzecz oczywistą, że w interesie Węgier jest, aby wszystkie kraje, z którymi te graniczą, należały do tej samej wspólnoty gospodarczej, politycznej i wojskowej. Paradygmat ten dzieliły one z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej.

Węgry dalej zapewniają, że niepodległa i niepodzielna Ukraina jest jednym z ważnych punktów ich polityki. Cel jakim jest budowa szerszej geopolitycznej wspólnoty jest jednak łatwo negowany przez narodowy egotyzm. 12 lipca miały miejsce rozmowy Ukrainy i Gruzji z NATO, dziesięć lat po szczycie w Bukareszcie, gdzie rysowano przez oboma krajami perspektywę uczestnictwa w sojuszu.

Po dekadzie pełnej niespodziewanych i trudnych dla obu państw wydarzeń mogą jednak liczyć na nowe otwarcie. Nadzieje powściąga jednak fakt, że Zachód musi uporać się z własnymi problemami. Tak czy inaczej wydaje się, że Zachód i Ukraina ponownie wkroczą na ścieżkę integracji, co oczywiście zajmie wiele, długich lat. Ukraina nie ma wyboru, za rządów Janukowycza miała ona pozostawać poza politycznymi sojuszami, lecz „neutralność” w jej położeniu oznacza zgodę na dominację Kremla. Węgry, które na początku lat 90. uchodziły za jednego z głównych partnerów Kijowa, są dziś w sytuacji, w której ich głos w sprawie Ukrainy, głos protestu, i jej integracji z Zachodem może być pominięty. A nawet musi.

Wejście Ukrainy (w dalszej perspektywie Białorusi) do NATO to dla całej Europy Środkowo-Wschodniej sprawa kluczowa. Oznaczać to będzie scalenie regionu w obrębie tej samej wspólnoty politycznej – czyli zanik dzielących go granic. Oznaczać to będzie również geopolityczne usamodzielnienie się Europy Środkowo-Wschodniej – wyrażonego choćby w inicjatywie Trójmorza. W perspektywie osiągnięcia tego koniecznego dla jej rozwoju celu postawa Węgier, ujawniana przez ostatnie lata, może być odczytywana wyłącznie jako niezrozumiała lub mająca znamiona sabotażu.

Czy prawdą jest aby obecnie rząd Orbana porzucił ten dogmat? Czy w jakikolwiek sposób Ukraina pozostająca poza NATO i UE może być w interesie Budapesztu? Tłumaczenie, że mamy do czynienia wyłącznie z przejawami narodowego szowinizmu ze strony rządu Obrana wydają się najbardziej zasadne, lecz niekompletne.

Padają pytania o związki z Moskwą. „Prorosyjskie” posunięcia Budapesztu to bardziej efekt napięć w relacjach z zachodnimi partnerami (np. ostra krytyka Węgier w momencie największego natężenia fali migracyjnej) lub też kwestia wspólnych interesów (np. kontrakt z 2014 r. na budowę reaktora nuklearnego). Zbyt daleko posunięta wydaje się teza o „współpracy” Budapesztu i Moskwy w sprawie Ukrainy, nawet tam przecież, gdzie Moskwa i Budapeszt są „naturalnymi sojusznikami” – jako „obrońcy praw mniejszości narodowych”, to Budapeszt stara się raczej naciskać na Kijów poprzez zachodnioeuropejskie kanały dyplomatyczne. Węgry są może i rosyjskim partner, ale jeszcze nie sojusznikiem.

Pozostaje kwestią otwartą czy Budapeszt nie stara się jednak wypracować nowego rozumienia swojego geopolitycznego położenia. Stare dogmaty – o wspieraniu integracji sąsiadów ze strukturami zachodnimi, ewidentnie osłabły, a Węgry budują swoją pozycję międzynarodową dziś także poprzez konflikt, raczej jako kraj „sprawiający problemy”.

Ataki na państwo węgierskie, jego politykę, reformy ostatnich lat, wybory Węgrów i na samego Orbana często dokonywane są w zachodnich mediach „via Putin”. Bywa że to jemu przypisuje się wręcz fakt, że Orban jest dziś premierem. Wykorzystywanie nacjonalistycznego przesunięcia na Węgrzech i trudnych relacji z Zachodem jakie dziś ma Budapeszt przez Moskwę to rzecz oczywista, nie można jednak na tej podstawie wnioskować o aksjologii węgierskiej polityki zagranicznej. Tak też „nieliberalna”, ale „narodowa” demokracja Węgier, jaką chce Orban budować, to nie powtórzenie „Putinowskiego modelu”.

Również czasem bardzo bliskie relacje biznesowe między Węgrami doby Orbana a Rosja wynikały z uwarunkowań jakie Orban zastał przejmując władzę w 2010 r. Z głośnych spraw były mi.in. negocjacje w sprawie wykupu udziałów rosyjskiego Surgutneftegazu w państwowym przedsiębiorstwie energetycznym „Mol”. Podobnie polityczne podłoże miały negocjacje w sprawie zwiększenia zakupu gazu z Zachodu (tańszego) kosztem tego, kupowanego od Gazpromu. W obu tych przypadkach Moskwa przedłożyła cele polityczne nad biznesowe.

We wznoszeniu węgierskiej „narodowej demokracji” pozostaje Orban i sympatyzujący z nim Węgrzy osamotnieni, pomimo że odwoływanie się do narodowych i chrześcijańskich korzeni nie jest już dziś rzadkością. Wydaje się jednak, że rząd w Budapeszcie przyjął, że to „osamotnienie” jest ceną za niezależność. Niekoniecznie więc bycie „agentem Moskwy” może pchać Węgry do posunięć destrukcyjnych, lecz przedkładanie nad wszystko swobody ruchu w relacjach z innymi państwami.

Łazarz Grajczyński

Jagiellonia.org