28.02.18, 15:20Fot. Pixabay, CC0

Czarnecki: Amerykańscy konserwatyści w natarciu

W dniu,w którym ten artykuł ukaże się w „Gazecie Polskiej Codziennie”, wrócę z Waszyngtonu. Jak co roku w stolicy Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej odbyła „Conservative Political Action Conference” (CPAC). Ta trzydniowa konferencja, organizowana przez American Conservative Union w końcu lutego jest czasem, w którym „odlicza” się republikańska prawica. Gdy Republikanie rządzą na CPAC zawsze przemawia prezydent i wiceprezydent ‒ tak było i tym razem. Gdy zaś partia symbolizowana przez słonia – w przeciwieństwie do osła, będącego logo Demokratów ‒ jest w opozycji, to na tej konwencji występują wszyscy kandydaci do nominacji prezydenckiej. Wyjątkiem była sytuacja, która miała miejsce w 2015 roku, gdy ‒ wydaje się to nieprawdopodobne z dzisiejszej perspektywy! ‒ nastroje wobec Donalda Johna Trumpa były wśród Republikanów tak złe, że przyszły 45. prezydent USA ostatecznie zrezygnował z zaplanowanego wystąpienia. Tak, nie chciał być wybuczany...

Akurat bowiem prawica na prawicy ‒ czyli konserwatyści ‒ Trumpa nie znosili. Za różne rzeczy: za romanse z Demokratami, za romanse sensu stricte, za to, że kiedyś był za aborcją, za to, iż finansowo wspierał przeciwników Republikanów, za to, że był ‒ paradoksalnie lub nieparadoksalnie ‒ uosobieniem znienawidzonych elit z Waszyngtonu, za to, że kłuł w oczy gigantycznym bogactwem. Byłem na tejże „Conservative Political Action Conference” przed trzema laty i świetnie pamiętam, iż bohaterami tych tysięcy Republikanów zgromadzonych w Gaylord National Resort & Convention Center, National Harbor byli Marco Rubio z Florydy i Ted Cruz z Teksasu. Ten drugi zresztą do końca dotrzymywał kroku Trumpowi w prawyborczym wyścigu, którego wynik bardzo długo nie był oczywisty, w przeciwieństwie do Demokratów, gdzie wiktoria Hillary Rodham-Clinton była oczywista, mimo niespodziewanych sukcesów w niektórych stanach skrajnie lewicowego, ideologicznego, ale też szczerze antyestablishmentowego Billa Sandersa. I jakoś twarda republikańska prawica wybaczała Cruzowi unikanie odpowiedzi na pytanie czy zdradził żonę ‒ za to samo (choć w spektakularnej skali...) chciano ukrzyżować Donalda Trumpa.

Konserwatyści w USA czyli modlitwa, flaga i hymn

Konferencja amerykańskich konserwatystów zaczyna się każdego dnia od modlitwy ‒ zarówno chrześcijańskiej, jak i judaistycznej. Nikogo to nie dziwi, a opozycja – Demokraci ‒ nawet nie ośmielają się tego skrytykować. Oni też zresztą nie zamykają drzwi przed Bogiem na swoich konwencjach. Potem następuje uroczyste odśpiewanie hymnu USA. Ma to rangę pewnego symbolu w czasie, gdy część amerykańskich sportowców, szczególnie murzyńskich odmawia odśpiewania „Star-Spangled Banner”. To dlatego tylu mówców na CPAC, łącznie z wiceprezydentem Michaelem Richardem Pence’m domagało się szacunku dla hymnu państwowego Stanów Zjednoczonych i barw narodowych. Ale nie jest to przecież problem spotykany tylko za „Wielką Wodą”. Choć jednak czym innym jest odmowa przyjęcia postawy zasadniczej przy odśpiewaniu hymnu, a czym innym wsadzanie polskiej flagi do psiej kupy. Nawet w liberalnych i wolnościowych Stanach panowie bez hamulców Kuba Wojewódzki i Marek Raczkowski mieliby poważne problemy z wymiarem sprawiedliwości.

Charakterystyczne, że na konferencji odbywającej się na granicy Dystryktu Federalnego i Marylandu (ale już na terytorium tego drugiego) szczególnie fetowano tych mówców, którzy - mimo ostatniej tragedii w Parkland na Florydzie opowiadali się za swobodnym dostępem do broni. Aktywiści republikańscy okazali się nieczuli na wielotysięczne demonstracje przeciwników posiadania broni, traktując prawo do jej używania jako jedną z podstawowych amerykańskich wolności.

USA liderem „Świata Wolności”

Lista obecności republikańskich polityków, dziennikarzy i osób publicznych na co lutowym konwentyklu sprawia wrażenie, że dla amerykańskiej prawicy jest sprawą honoru i prestiżu pokazać się w tym tradycyjnym, konserwatywnym gronie. Nie tylko zresztą dla prawicy. Stąd na przykład w pierwszym panelu poświęconym romansowi (w tytule napisano wręcz o „pójściu do łóżka”) radykalnej lewicy i mainstreamowych mediów brała udział Kim Strassel z „Wall Street Journal”. Jasne, że przeważali prawicowi dziennikarze z „Fox News”, „Washington Times” czy portalu „Daily Beast” i innych.

Z naszego punktu widzenia ważny był panel z udziałem byłego ambasadora USA przy ONZ Johna Boltona, a także przedstawicielki Instytutu Hoovera Erieel Davidson, Zuhdi Jassera z Amerykańsko-Muzułmańskiego Forum na Rzecz Demokracji oraz Raheema Kassama (Breitbart London). Zastanawiano się, jakie jest w tej chwili największe zagrożenie dla USA? We wstępie do dyskusji wymieniono ich cztery: 1) Chiny, 2) Rosja, 3) „państwa zbójeckie”, 4) wszystkie te niebezpieczeństwa naraz. Większość dyskutantów wydawała się skłaniać do tej ostatniej tezy.

Szczególnie interesujące dla mnie - po ostatnich doświadczeniach ewidentnej cenzury personalnej i ideologicznej na szeregu polskich uczelni i, mimo prawicowych rządów, panoszącej się tam lewicowo-liberalnej „politycznej poprawności” - panel, którego tytuł mówił sam za siebie „Kim Jong Un–iversity: jak uniwersyteckie kampusy skręciły w kierunku obozów reedukacyjnych” (sic!). Nie przypadkiem panel ten został poprzedzony rozmową z sekretarzem edukacji Betsy DeVos, która przeprowadziła Kay Coles James, prezes „Heritage Fundation”. Paneliści reprezentujący zarówno media, jak i różnego rodzaju organizacje i fundacje amerykańskiej młodzieży przedstawili skrajnie negatywną ocenę uczelni w USA, które stały się membraną liberalnych dogmatów i lewicowych antywartości. Padły ostre sformułowania porównujące wykładowców akademickich do... skunksów.

Pointą konferencji były wystąpienia Numer 1 i Numer 2 w Białym Domu czyli Donalda Trumpa (piątek) i Mike Pence'a (czwartek). Wiceprezydent USA w większym stopniu skupił się na polityce zagranicznej, a jego szef na wewnętrznej. Trump wyśmiewał fake newsy na swój temat i kpił z atakujących go mediów , ale dostał owacje, gdy już na poważnie podkreślił, że USA uznały Jerozolimę za stolicę Izraela. Dla nas to, co najważniejsze powiedział jego wiceprezydent: Stany Zjednoczone AP będą dalej liderem „Świata Wolności” (nie przypadkiem powrót do pojęcia z czasów „zimnej wojny” ze Związkiem Sowieckim). Podkreślił tez, że wydatki na obronność są za administracji Trumpa są największe w historii USA od czasów Ronalda Reagana. Lepszych wiadomości dla Polski nie mogło być. Ale dla Rosji oraz pacyfistów różnej maści i amerykańskich oraz europejskich lewicowo-liberalnych elit chcących powtórzyć reset z Moskwą (jak za Obamy) – to był fatalny przekaz....

Ryszard Czarnecki

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (26.02.2018)

dam