Wcześniej za stronę, która dążyła do zburzenia ustalonego porządku uchodziła Rosja. Jednak Moskwa zawsze znajdowała się na peryferii zachodniego systemu gospodarczego.
Dopóki rdzeń pozostawał nietknięty wojna we wschodniej Europie uchodziła za lokalny problem.
Nowa administracja w Waszyngtonie zdecydowała jednak przyspieszyć bieg historii i zrobić to co po cichu było dyskutowane w USA od dawna - odejść od roli światowego policjanta. Nie tylko deklaratywnie ale i faktycznie. I nie tylko odejść od tej roli ale i samodzielnie złamać swój własny dotychczasowy porządek. Amerykanie zabrali się za pracę jak wielki stalowy buldożer. Szarpanina z Kanadą, zamęt wokół Grenlandii, grożenie cłami swoim wczorajszym sojusznikom, wprowadzenie tych cel, ich obniżenie czy podniesienie, później po chwili wycofanie. W tym wypadku ważne jest nawet nie to, że podobna szarpanina bije we wzajemne zaufanie stron, lecz to, że nikt nie może przewidzieć co się wydarzy jutro i wobec tego nie może planować na przykład ... stosunków handlowych z USA.
Deklaracje i przemówienia poszczególnych przywódców w Davos dobrze odzwierciedlają, jak chaotyczne stały się stosunki międzynarodowe. Premier Kanady głosi przemówienie wzywając kraje średnie do szukania porozumienia dla przeciwdziałania "mocarstwom". Prezydent Ukrainy wzywa Europę do porzucenia nadziei, że ktoś inny ich obroni i zgłasza potrzebę utworzenia sił europejskich zdolnych do obrony kontynentu bez USA. Prezydent Finlandii na przykładzie własnego kraju próbuje pokazać, jak można się obronić bez bezpośredniego udziału USA w walce.
W tym samym czasie amerykański prezydent zgłasza kolejne pretensje do NATO, które miało wyciągać tylko przez kolejne dekady zasoby z USA niewiele - według Trumpa - dając w zamian.
Państwo, które od pierwszego dnia istnienia sojuszu było jego architektem i fundamentem coraz częściej w deklaracjach swoich polityków oddziela siebie od NATO prezentując sojusz jako coś obcego, jako obciążenie nie dające im już korzyści.
Do czego ten chaos nas prowadzi?
Wiele osób myśli, że jest on związany wyłącznie z osobowością donalda Trumpa i że to on jest źródłem takiej polityki. W rzeczywistości istnieją dwie płaszczyzny, na których polityka amerykańska jest budowana. Z jednej strony rzeczywiście ekscentryczny styl prowadzenia polityki przez Trumpa, jego ostre ruchy i ciągłe zmiany w podejściu do tej czy innej kwestii potęgują ten chaos. Jest jedna czy druga płaszczyzna, która polega po prostu na tym, że utrzymanie światowego przywództwa w tym kształcie, w jakim miało to miejsce wcześniej, USA po prostu już się nie opłaca i grozi to przegraną w starciu z Chinami.
Na tym głębszym strategicznym poziomie Stany Zjednoczone robią zwrot, który jest już nie do odwrócenia. I nawet jeżeli jutro wybory w USA wygra ktoś z partii demokratycznej deklarujący oddanie USA sojuszom i demokratycznym wartościom, to zasadniczo na tym głębszym poziomie polityka USA pozostanie bez zmian. Zmienić się może tylko retoryka i styl zachowania dyplomatów.
W ten sposób dla Europy Donald Trump być może jest lepszą opcją. On jest szczery i pokazuje politykę USA w jej prawdziwej formie. Nie próbuje maskować tylko stawia cię przed faktem i zmusza do reagowania. Swoim konfrontacyjnym stylem zachowania przekonuje, iż lata polegania na USA w sprawach fundamentalnych, takich jak bezpieczeństwo... się zakończyły.
Co Europa z tę wiedzą zrobi to już inne pytanie, na które odpowiedź poznamy zapewne w najbliższych latach. Albo będzie ona w stanie wewnętrznie się porozumieć i zbudować własny potencjał (a to jest możliwe tylko w oparciu o współpracę wewnętrzną Unii jako krajów partnerskich, a nie jakiegoś europejskiego scentralizowanego imperium) albo zostanie podzielona i rozszarpana przez różne mocarstwa walczące o nią jak o łup w obecnej rozgrywce.
Mikołaj Susujew
