Na wystawie przedstawiono postacie wszystkich niewolników Waszyngtona, z których tylko niektórzy znani byli z pełnego nazwiska, tacy jak Christopher Sheets, Joel Richardson i Oney Judge, a część przeszła do historii jedynie z imienia – byli to Austin, Giles, Hercules, Mol, Paris i Richmond. Ekspozycję przed domem rodziny Waszyngtonów otwarto w 2010 roku i stała się ona stałym elementem ekspozycji. Donald Trump, pytany o demontaż ekspozycji, ogłosił, że „W całej Ameryce należy zetrzeć ślady »niewłaściwej ideologii« i narracji »wprowadzającej podziały«”. W opinii Trumpa tego typu styl opowiadania o historii skupia się na tym, „jak rzekomo okropny jest nasz kraj”. Działania służb parków narodowych oparte są na wydanym w marcu br. specjalnym dekrecie prezydenckim, który nosi nazwę „przywracanie prawdy i rozsądku w historii Ameryki”.
Jak wskazują członkowie służb prasowych Białego Domu, poprzednia administracja Joe Bidena sponsorowała na terenie zespołu muzealnego miejsca podpisania Deklaracji Niepodległości w 1776 roku szkolenia prowadzone przez organizacje ludności kolorowej. W swoich dokumentach programowych opowiadały się one za demontażem „zachodnich fundamentów myślenia o historii USA” oraz „badaniem instytucjonalnego rasizmu w dziejach Stanów Zjednoczonych”. W opinii tych organizacji sposób opowiadania o historii odwiedzającym Amerykanom powinien być zróżnicowany ze względu na przynależność rasową zwiedzających.
Czy działania Trumpa – jak chce „Gazeta Wyborcza” – są wybielaniem historii USA? Można wskazać, że Jerzy Waszyngton nie był ani ideologiem rasizmu, ani jakimś wyróżniającym się propagatorem niewolnictwa. Należał do wyższej klasy średniej kolonialnych elit w brytyjskich posiadłościach w Ameryce Północnej i fakt posiadania przez niego niewolników był w tym czasie dosyć powszechny. Jeżeli Ameryka uczciła go specjalnym memoriałem, to nie dlatego, że niewolników posiadał, tylko dlatego, że stał się przywódcą wojny o niepodległość. Nietrudno więc zrozumieć, dlaczego Trump był przeciwnikiem specjalnej ekspozycji witającej widzów na zewnątrz budynku i będącej pierwszym elementem zapoznania się widza z postacią militarnego przywódcy USA. Warto dodać, że organizacja, która doprowadziła w 2010 roku do powstania ekspozycji, nosiła znamienną nazwę Avenging the Ancestors Coalition, czyli koalicja na rzecz pomszczenia przodków. Jej przywódca, czarnoskóry Michael Coard, jako ważny argument na rzecz ekspozycji wskazywał, że nikt go w szkole nie uczył o tym, że Waszyngton był posiadaczem niewolników. Jak zaznaczył Coard, wiedza na ten temat dotarła do niego dopiero, kiedy rozpoczął studia prawnicze. „To miejsce istnieje po to, aby dzieci za 5, 10, 20 lat nie miały takich luk w historii jak ja z powodu braków tej wiedzy”.
Odnosząc się do tych słów, można by w podobny sposób zapytać, dlaczego liczne amerykańskie muzea poświęcone pamięci Martina Luthera Kinga, pastora i przywódcy ruchu emancypacyjnego ludności murzyńskiej, nie informują o stwierdzonym fakcie, że King korzystał ze swej popularności i mimo że był żonaty, miał liczne kochanki. O tym też nie uczą w amerykańskich szkołach.
