Powiedzieć, że Elżbieta Jaworowicz jest legendą TVP to tak jak by nic nie powiedzieć. Jej styl mówienia, wyrazista osobowość, czy autorytarny ton za pomocą którego rządzi w swoim programie były już parodiowane przez rozmaitych artystów kabaretowych. Widzów najbardziej zafascynowała swoim przedziwnym sposobem siedzenia, który eksponował jej zgrabne nogi. Jak pisał tygodnik „Polityka” w tekście opisującym fenomen dziennikarki: „Niezmieniona od lat fryzura i długie wyciągnięte w nienaturalnej pozycji nogi to charakterystyczne cechy Elżbiety Jaworowicz”. Korytarzowa anegdota krążąca na Woronicza głosiła, że jeden z widzów, który w ramach wycieczki zwiedzał budynek TVP w czasie dni otwartych domagał się, żeby mu pokazali sztuczne nogi Jaworowicz. Poinformowany, że publicystka pokazuje własne, prawdziwe nogi nie chciał w to uwierzyć argumentując, że przecież „nikt normalny nie usiedzi tak tyle czasu”.

To określenie „tyle czasu” ma o tyle uzasadnienie, że przeciętne nagranie programu Jaworowicz trwa aż do czterech godzin, choć potem z programu wycina się tylko 38 minut. Kariera młodej dziennikarki urodzonej w Nisku, która dzieciństwo i wiek nastoletni spędziła w Stalowej Woli zaczęła się w latach 70-tych kiedy studiowała na wydziale zaocznym realizacji telewizyjnych programów dziennikarskich w łódzkiej filmówce. Do telewizji trafiła jeszcze na studiach. Jej pierwszym sukcesem było prowadzenie programu o modzie. Ale prawdziwym spełnieniem okazał się dla niej na długie lata program „Sprawa dla reportera” w TVP1 który swą pierwszą emisję miał w styczniu 1983 roku. Dziś jej krytycy twierdzą, że program został wymyślony dokładnie pod dyrektywy propagandy stanu wojennego. „Sprawa dla reportera” miała być wentylem bezpieczeństwa dla nagromadzonych emocji związanych z frustracją społeczeństwa w wyniku wprowadzenia stanu wojennego. W ówczesnych dziennikach TVP pojawiła się w tym okresie specjalna seria reportaży, w których dziennikarze dostali zgodę na szarpanie i przypieranie do muru kierowników średniego szczebla zarządzania. Dokładnie w tym samym kierunku szły programy Jaworowicz w latach 80-tych. Autorka programu otrzymywała listy od oburzonych czytelników, którzy wskazywali na rozmaite nieprawidłowości, jechała z kamerą, sprawdzała czy fakty mają oparcie w rzeczywistości i rozpoczynało się „grillowanie” lokalnego urzędnika, co potem komentowali w studio specjalnie zaproszeni goście. Jaworowicz była na tyle inteligentna aby nigdy specjalnie nie manifestować swojej lojalności dla ekipy Jaruzelskiego, więc upadek PRL nie by dla niej jakąś totalną katastrofą. A wśród widzów program zyskał ogromna popularność gdyż dobrze odpowiadał na stereotyp, w którym dziennikarz z Warszawy przybywa jak karzący anioł z płonącym mieczem w ręku i potrafi nagłośnić krzywdę szarego obywatela.

Ten model programu zawsze był budowany na jakiejś dozie populizmu. Poza tym wymagał w stosunkowo wczesnej fazie realizacji dramaturgii programu ustalania, kto jest ten dobry a kto jest zły. Czasami Jaworowicz wyciągała takie wnioski nie poznając wszystkich okoliczności sprawy a potem już brnęła w zaparte nie chcąc przyznać się do błędu. Siła rażenia jej programu była na przełomie lat 80-tych i 90-tych, które uznawane są za złoty okres programu, zdumiewająco duża. Pod wrażeniem jej filmów ministrowie zlecali nadzwyczajne rewizje decyzji administracyjnych a miejscowi wszechwładni wcześniej wydawałoby się kacykowie ze skruchą proponowali ugody tym, których skrzywdzili. Programu by nie było gdyby nie absolutny talent medialny samej Jaworowicz. Jak opisywał na łamach „Polityki” reportażysta związany wiele lat z TVP: „W »Sprawie dla reportera« najważniejsi nie są ludzie, którzy szukają pomocy, ale prowadząca. To ona jest w centrum, ona przydziela głos, wywołuje do odpowiedzi. I zdarzają jej się rzeczy, dzisiaj już niedopuszczalne. Sam słyszałem, jak w jakimś programie (...) zwróciła się do swojej gościni: »A teraz pani prokurator, blondynka«”.

W najlepszych latach jej program miał aż osiem milionów widzów. Wbrew obawom niektórych jej współpracowników, że koniec epoki PRL zmiecie ją z anteny  Jaworowicz doskonale wkomponowała się w początek lat 90-tych. Stała się wtedy specjalistką od pokazywania fabryk prywatyzowanych za psie pieniądze, od lewych uwłaszczeń i przekrętów, za którymi stali przebrani biznesmeni, którzy jeszcze parę lat wcześniej byli zwykłymi cinkciarzami. I znów jakiś przedziwny szósty zmysł pozwolił Jaworowicz wyjść obronną ręką z kolejnych zmian ekip u władzy. Postkomuniści cenili ją za to, że jej program był jednym z niewielu w ówczesnej TVP, który pokazywał, jak brutalna była transformacja dla zwykłych ludzi. Ten rys solidarności z najsłabszymi przyciągał do Jaworowicz także część polityków z prawej strony, takich jak np. Jacek Kurski czy Janusz Szewczak. Dlatego Jaworowicz potrafiła przetrzymać zarówno epokę konserwatysty Wiesława Walendziaka, potem ludowca prezesa Ryszarda Miazka, wreszcie postkomunisty Roberta Kwiatkowskiego. Jaworowicz zawsze dbała, żeby do swych programów zaprosić kogoś z prawej strony i z lewej. I potem gdy groziła jej likwidacja programu skwapliwie przypominała, że nie zapomniała nigdy o nikim. Na tej zasadzie doskonałą inwestycją w przyszłość było dla Elżbiety Jaworowicz wieloletnie zapraszanie do programu Jacka Kurskiego, który potem zostanie prezesem TVP. Ta zasada Jaworowicz, że nigdy nie wycofuje się po wstępnej kwalifikacji kto jest w danym sporze dobry a kto zły, wyszła przy okazji materiału dotyczącego hotelu przy ul. Szerokiej w Krakowie. Opisując spór między właścicielem wyremontowanej kamienicy, w której urządzono hotel a urzędnikami miejskimi sprawa została przedstawiona jako złośliwa szykana układu urzędniczo-prokuratorskiego. Dopiero gdy program Jaworowicz nagłośnił sprawę lokalni dziennikarze upomnieli że właściciel dokonał samowoli Budowlanej niszcząc charakter zabytku znajdującego się na liście UNESCO. Powstał nawet Stowarzyszenie „Stop nierzetelni”, które wspierało osoby mające poczucie że program Jaworowicz je zniesławił. Niekiedy niektórzy bohaterowie programu „Sprawa dla reportera” wygrywali w sądzie. Tak było z jednym z negatywnych bohaterów, który uzyskał w sądzie werdykt, że Jaworowicz wchodząc z kamerami na teren jego posesji naruszyła jego „cześć, wizerunek oraz mir domowy”.

Dziś najlepsze lata programu  już dawno minęły. Program ogląda obecnie ok. 1,3 mln widzów, co na tle niegdysiejszych legendarnych 8 mln może jawić się skromnie. Ale i tak jest to na tyle dużo, by program trwał w ramówce. A status złotej legendy TVP w końcu też coś znaczy.