Ponoć budził odrazę i pogardę wśród innych oficerów SS, a swoją posadę utrzymywał jedynie dzięki Gottlobowi Bergerowi, Obergruppenführerowi SS. Jego oddział, Sturmbrigade Dirlewanger, charakteryzował się wyjątkowo niską wartością bojową, ale osiągnął „mistrzostwo” w pacyfikacji, gwałtach oraz zbrodniach na bezbronnych cywilach, w znacznej mierze pochodzenia polskiego i białoruskiego.
Przestępca Oficerem?
We wrześniu w bawarskim Würzburgu urodził się człowiek, który zapisał się na kartach historii jako jeden z najokrutniejszych zbrodniarzy II wojny światowej – Oskar Anton Paul Dirlewanger.
W trakcie I wojny światowej służył w Armii Cesarstwa Niemieckiego, gdzie wykazał się odwagą, co zostało uhonorowane licznymi odznaczeniami. Już wtedy miał wyraźne faszystowskie poglądy, a po zakończeniu przegranej wojny wstąpił do szeregów freikorps – organizacji, która zasługuje na osobny artykuł. Walczył również w III powstaniu śląskim.
Już wtedy przejawiał dewiacyjne, zdegenerowane skłonności do przemocy, zwłaszcza seksualnej.
Został skazany za gwałt na 14-latce. Po zwolnieniu z obozu koncentracyjnego, w którym został osadzony ze względu na natrętne skargi, z prośbą o zwolnienie z więzienia wstąpił do Legionu Condor. Wraz z wybuchem wojny wstąpił do szeregów SS. Na polecenie Himmlera miał utworzyć oddział karny, który nazwano jego imieniem – SS Dirlewanger.
Kłusownicy, mordercy i gwałciciele
W oddziale służyli nie tylko „odpowiedni rasowo” niemieccy i austriaccy SS-mani. W szeregach Dirlewangerowców znaleźli się także rosyjscy, białoruscy i ukraińscy ochotnicy, gotowi do mordowania cywilów oraz wspierania nazistowskiego wysiłku wojennego.
Oddział ten rozpoczął swój szlak bojowy na terenach dzisiejszej Białorusi, gdzie zwalczał sowiecką partyzantkę. Wcześniej stacjonował na Lubelszczyźnie, a jego działania koncentrowały się na służbie w obozach pracy. Na Białorusi SS Dirlewanger zyskał złą sławę z powodu pacyfikacji dziesiątek wsi, które podejrzewano o udzielanie pomocy lub nawet o jakiekolwiek kontakty z radzieckimi partyzantami. Dirlewangerowcy zasłynęli z okrucieństwa, paląc ludzi w stodołach, gwałcąc oraz dopuszczając się innych zbrodni.
Podczas Powstania Warszawskiego pod dowództwo Dirlewangera trafili także żołnierze z 111. Pułku Azerbejdżańskiego.
To właśnie tego tragicznego dusznego sierpnia 1944 roku Dirlewanger i jego żołnierze dopuścili się najgorszych zbrodni. SS-Dirlewanger był głównym wykonawcą największej zbrodni popełnionej podczas II wojny światowej, Rzezi Warszawskiej Woli, w której wymordowano między 20 a 60 tys. mieszkańców tej starej warszawskiej dzielnicy. Oprócz przerażającej skali tych wydarzeń, SS-mani wykazali się niewyobrażalnym okrucieństwem, zabijając w sposób, który miał na celu maksymalne cierpienie ich ofiar. Morderstwom towarzyszyły masowe gwałty, często wielokrotne, dokonywane na oczach rodzin. Hitlerowcy nie oszczędzali pacjentów szpitali, osób starszych ani nawet małych dzieci. Ponoć niektórzy żołnierze Wehrmachtu, przydzieleni do jednostki Dirlewangera, błagali oficerów o przeniesienie do innych oddziałów, gdyż skala okrucieństwa była dla nich nie do zniesienia.
W końcowych fazach II wojny światowej Dirlewangerowcy walczyli na Słowacji, gdzie tłumili kolejne powstanie oraz na Węgrzech, gdzie ich szeregi zostały zdziesiątkowane przez Armię Czerwoną. Warto podkreślić, że jednostka ta charakteryzowała się niską skutecznością w starciach z regularnymi oddziałami oraz z warszawskimi Powstańcami.
Sprawiedliwości stało się zadość
Niedługo po zakończeniu wojny Dirlewangwer został schwytany przez Francuzów i osadzony w Althausen. Nie jest jasne, czy to przypadek, czy nie, ale jego strażnikami zostali polscy żołnierze. Prawdopodobnie SS-man przeżywał gehennę przez kilka nocy, podczas których wymierzano mu sprawiedliwość, a polscy strażnicy doświadczali swoistego katharsis. Niemieckiego degenerata znaleziono martwego w celi 7 czerwca.
W oficjalnym akcie zgonu zapisano, iż zmarł z przyczyn naturalnych. Jednak przez wiele lat krążyły plotki o ucieczce Dirlewangera do Egiptu. Teorie te zostały zdementowane po jego eksmuacji w 1960 roku, potwierdzającej, że poniósł on śmierć w wyniku brutalnego i długotrwałego pobicia.
Tradycja wciąż żywa
Jak widać, metody stosowane przez przywódców III Rzeszy wciąż mają swoje odzwierciedlenie w dzisiejszych czasach. Rosja pod rządami Putina wykorzystuje podobny mechanizm, angażując więźniów, w tym najgroźniejszych morderców i gwałcicieli, jako żołnierzy gotowych do popełniania zbrodni bez skrupułów. Miejmy nadzieję, że ich los będzie podobny do losu ich poprzedników.
Mikołaj Hutorowicz
