Bartnik nawiązał do głośnej sprawy z 11 listopada 2011 roku, gdy do Warszawy przybyła grupa niemieckich środowisk skrajnie lewicowych. Wówczas media informowały o zatrzymaniach osób posiadających niebezpieczne przedmioty, a sprawa odbiła się szerokim echem w polskiej debacie publicznej.

Publicysta podkreśla, że zestawienie tamtych wydarzeń z sytuacją w Berlinie pokazuje – czytamy – podwójne standardy stosowane wobec Polaków.

„Nie ma żadnego podobieństwa między tymi sytuacjami” – napisał Bartnik, po czym wyliczał kolejne argumenty, utrzymane w charakterystycznej dla siebie formie satyry politycznej.

Autor szczególnie ostro odniósł się do działań niemieckiej policji wobec uczestników uroczystości patriotycznej. Kpiąc z oficjalnych uzasadnień interwencji, pisał o „niebezpiecznych narzędziach”, jakimi miały być „kwiaty, różańce i krzyż”.

„Gdyby te przedmioty nie były niebezpieczne, to przecież niemiecka policja nie wyrywałaby ich tak bohatersko z rąk polskich faszystów” – ironizował.

W swoim wpisie Bartnik zarzucił także części polskich mediów oraz środowisk politycznych przychylność wobec działań niemieckich służb. Według niego reakcje części komentatorów pokazały głęboki kryzys pamięci historycznej i narodowej solidarności.

Szczególnie mocno wybrzmiewa fragment, w którym autor stwierdza:

„Po 37 latach cywilizowania przez ‘Gazetę Wyborczą’, po 27 latach wychowywania przez TVN, niemiecki Onet i niemiecki ‘Newsweek Polska’ prawie wszyscy nad Wisłą rozumieją i akceptują to, że ‘co wolno Niemcowi, to nie przedstawicielowi gorszej rasy’”.

Sprawa ma również wymiar polityczny. Część polskich polityków domaga się wyjaśnień od strony niemieckiej, podczas gdy przedstawiciele polskiego rządu wskazują, że uczestnicy zgromadzenia mieli naruszyć lokalne przepisy obowiązujące w Niemczech.