No cóż, kto by pomyślał, że w publicznym szpitalu da się stworzyć prywatną klinikę? Okazuje się, że da, i to całkiem sprawnie, jeśli tylko ma się odpowiednie znajomości. Warszawski Szpital Południowy, placówka pod skrzydłami miasta stołecznego, stał się areną dla dość osobliwego eksperymentu społecznego – testu na „dwie prędkości” w dostępie do świadczeń medycznych. Dla jednych, jak to w życiu, kolejka, cierpliwość i nadzieja. Dla drugich? Cóż, dla nich to była autostrada do zdrowia, wyłożona czerwonym dywanem i usłana wynikami badań. I to wszystko w miejscu, gdzie przecież wszyscy powinni być równi. Ale, bądź co bądź, kto by się przejmował takimi drobiazgami, gdy w grę wchodzi komfort i czas?
Dyrygent orkiestry VIP-ów: Dawid Kacprzyk
Głównym architektem tego, nazwijmy to delikatnie, „innowacyjnego” systemu, był Dawid Kacprzyk – koordynator SOR-u, a przy okazji były szef młodzieżówki Koalicji Obywatelskiej. Człowiek orkiestra, który, jak donosi Zero.pl, w 2025 roku zarobił 1,6 miliona złotych, pracując średnio 331 godzin miesięcznie. To, proszę państwa, daje statystycznie 11 godzin dziennie, dzień w dzień, przez cały rok. I to wszystko, dodajmy, w czterech placówkach medycznych. Kiedy ten człowiek śpi? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że potrafi zorganizować „salonik dla VIP-ów” – z kanapą, fotelami i telewizorem – w pomieszczeniu formalnie należącym do przyszpitalnego Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa. Ot, taka mała, szpitalna dygresja od reguł, która jednak robi sporą różnicę w komforcie oczekiwania. Pomyślmy tylko, co to oznacza w kontekście przeciętnego lekarza czy ratownika, który na co dzień mierzy się z realiami publicznej służby zdrowia, a tu nagle pojawia się ktoś, kto, oprócz bycia koordynatorem, zdaje się być także mistrzem w zarządzaniu czasem i finansami, pracując w czterech miejscach i jeszcze znajdując chwilę na politykę.
Kacprzyk zresztą to postać już znana z medialnych doniesień. Po wcześniejszych tekstach Zero.pl, które ujawniły, że podczas części dyżurów przebywał poza szpitalem – między innymi w siedzibie Telewizji Polskiej czy na sesji rady dzielnicy Ursus – zrezygnował z członkostwa w Koalicji Obywatelskiej. No cóż, kariera polityczna czasem wymaga poświęceń, nawet jeśli te poświęcenia to... rezygnacja z partyjnych barw, gdy robi się gorąco. Zawsze to jakiś gest, prawda?
Luksus w nagłym przypadku, czyli pakiet „all inclusive” na SOR-ze
Jak wyglądało to „specjalne traktowanie”? Błyskawicznie. Kiedy „zwykły” pacjent czekał 4–5 godzin na przyjęcie, polityczni VIP-owie mieli badania wykonywane już po 10 minutach od rejestracji. I nie byle jakie badania. Mówimy tu o pakietach kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu pozycji, których przeprowadzenie, jak zauważają medycy, „nie jest standardem w medycynie ratunkowej”. Ale przecież dla kogoś ważnego standardy można nagiąć, prawda? A na wyniki badań, zamiast w publicznej poczekalni, czekano sobie w zacisznym pokoju, formalnie należącym do Warszawskiego Centrum Chirurgii Kręgosłupa. Bo komfort to podstawa, nawet gdy reszta kraju czeka w kolejce, zastanawiając się, czy ich przypadek jest wystarczająco „nagły”, by w ogóle zostać zauważonym.
Historie z życia wzięte – i z SOR-u też
Zero.pl ujawniło kilka bulwersujących przypadków, które doskonale ilustrują ten system. Weźmy chociażby wpływową polityk Koalicji Obywatelskiej, która 10 września 2025 roku zjawiła się na SOR-ze ze „złym samopoczuciem i zmęczeniem”. Co ciekawe, wybrała Szpital Południowy, choć miała po drodze trzy inne placówki. Po 14 minutach miała już zlecane badania. Kilkadziesiąt! Medyk ze szpitala, nie kryjąc ironii, skomentował: „Zajmowaliśmy się w trybie pilnym znajomą Dawida Kacprzyka, zamiast pacjentami naprawdę potrzebującymi pomocy. Jej przypadek w ogóle nie wymagał interwencji szpitalnej. W ostateczności powinna być przyjęta w ostatniej kolejności, a nie pierwszej”. Miesiąc później, 13 października 2025 roku, ta sama polityk, te same objawy, ten sam błyskawiczny serwis. Krótko mówiąc: „kolejne wizyty już powinny być w przychodni, a nie w szpitalu”. Ale po co czekać w przychodni, skoro można mieć prywatny SOR, prawda?
Inny przykład: ważny funkcjonariusz państwowy z KO, który 14 lutego 2026 roku z uszkodzonym kolanem również wybrał SOR zarządzany przez partyjnego kolegę, Dawida Kacprzyka, ignorując dwa inne szpitale po drodze. W ciągu godziny i siedmiu minut wykonano mu wszelkie potrzebne badania, których koszt w prywatnej placówce wyniósłby od 600 do 800 zł. Zapytany o szczegóły wizyty, polityk skwitował krótko: „Nie będę o tym z panem rozmawiał”. Dyskrecja to podstawa, zwłaszcza gdy chodzi o zdrowie publiczne, a w zasadzie – o jego prywatne wykorzystywanie.
A posłanka KO z gorączką, bólem głowy i ogólnym złym samopoczuciem jesienią 2025 roku? Od pojawienia się w szpitalu do zlecenia badań minęło zaledwie 16 minut. „Pani została potraktowana jak osoba z zagrożeniem życia, podczas gdy miała typową jesienną infekcję” – relacjonował pracownik Szpitala Południowego, który wtedy był na SOR-ze. Cóż, nie każdy ma to szczęście, by jego katar był traktowany jak zawał. Zwykły pacjent z takimi objawami musiałby czekać około 4–5 godzin.
Nawet rodziny polityków korzystały z dobrodziejstw tego systemu. Bliska osoba jednego z najbardziej znanych polityków KO w grudniu 2025 roku, z dolegliwościami przewodu pokarmowego oraz biegunką, otrzymała kolonoskopię, gastroskopię oraz TK jamy brzusznej w niespełna cztery godziny od przyjęcia. Badania nie wykazały niczego niepokojącego, a pacjent został odesłany do domu. Przeciętny pacjent? Na te same badania czeka tygodniami, a w niektórych przypadkach nawet miesiącami. Medycy z Południowego mówią wprost o „prywatnej przychodni Dawida Kacprzyka”. No właśnie. Prywatnej, ale na koszt podatnika.
Szpital pod kontrolą, czyli władza na dyżurze
Właściciel Szpitala Południowego to miasto stołeczne Warszawa, co czyni całą sprawę jeszcze bardziej... interesującą. W radzie nadzorczej zasiadają osobistości z Koalicji Obywatelskiej, takie jak Aldona Machnowska-Góra (wiceprezydent Warszawy) czy Robert Kempa (burmistrz Ursynowa). Dyrektorem szpitala jest Anna Łukasik, wiceminister zdrowia w 2015 roku w rządzie PO-PSL. Czy to przypadek? Czy może po prostu... dobrze zorganizowany system, gdzie „swoi” dbają o „swoich”? Pytanie retoryczne, rzecz jasna.
Zero.pl, choć nie ujawniło nazwisk polityków, którzy korzystali z usług SOR-u (ze względu na prawo do prywatności w zakresie stanu zdrowia), przekazało wszystkie zebrane dane Narodowemu Funduszowi Zdrowia. NFZ ma teraz szansę zweryfikować, czy w szpitalu faktycznie działał model „dwóch prędkości”, gdzie legitymacja partyjna otwierała drzwi do szybszego leczenia, większej liczby badań i lepszego traktowania. Czekamy z niecierpliwością na wyniki tej weryfikacji, choć doświadczenie uczy, by nie wstrzymywać oddechu.
Milczenie jest złotem, czyli reakcje na skandal
Szpital Południowy, zapytany przez Zero.pl o te rewelacje, nie odpowiedział właściwie na żadne z pytań. Zamiast tego, zasłaniając się ochroną danych pacjentów, ostrzegł jedynie, że „nieuprawnione pozyskiwanie, ujawnianie lub rozpowszechnianie informacji dotyczących zdrowia lub korzystania ze świadczeń zdrowotnych stanowi naruszenie powszechnie obowiązujących przepisów prawa”. Klasyka gatunku. Zamiast wyjaśnień – groźby. I słusznie, bo przecież prawda bywa niewygodna, zwłaszcza gdy dotyczy uprzywilejowanych.
Na szczęście, po poprzednich publikacjach Zero.pl, w Szpitalu Południowym trwają już kontrole Urzędu m.st. Warszawy oraz Narodowego Funduszu Zdrowia. Może to w końcu przyniesie jakieś efekty, poza rezygnacją Kacprzyka z partyjnych struktur. Choć, tak naprawdę, trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko gaszenie pożaru, a nie systemowa zmiana.
Głos ludu, czyli co na to internet
Skandal wywołał falę komentarzy w internecie, co zresztą było do przewidzenia. Ludzie, jak to ludzie, mają swoje zdanie. I często jest ono dość... dosadne. Na Kanale Zero pod filmem „AFERA SZPITALOWA, VIPY I SKANDAL. RZĄDZĄCY NIE CHCĄ ROZMAWIAĆ” pojawiły się setki wpisów, które doskonale oddają nastroje społeczne. To taka dygresja, ale jakże ważna – przecież to właśnie obywatele są beneficjentami (albo raczej ofiarami) tego systemu.
„Nagle wszyscy straszliwie zapracowani, co za przypadek...” – zauważył jeden z komentujących. Inny dorzucił: „Mordy pełne obietnic, a po wyborach hipokryzja do nieskończoności”. No cóż, trudno się nie zgodzić z tą gorzką konstatacją. Wszak obietnice wyborcze mają to do siebie, że szybko się ulatniają, gdy tylko zasiądzie się na wygodnym fotelu.
Pojawiły się też bardziej obrazowe porównania: „Ten nierząd nie ma żadnej MIARY bezczelności, hipokryzji i pazerności. Tu dachu nie ma” – pisał @marekkrzysztof9432. A @johnnysorbi, z typową dla internetu swadą, życzył politykom: „Wszyscy biegają nagle jakby biegunki dostali, ale i tak się zesrają metr od kibla. Czego Im życzę z całego serca!” – co, choć dosadne, doskonale oddaje poziom frustracji i bezsilności „zwykłych” Polaków.
Nie brakowało też ironii, tej subtelnej, ale celnej. „Ten salonik w szpitalu im się po prostu należy” – skwitował @marek2848, trafiając w sedno. I jak tu się nie uśmiechnąć gorzko, słysząc o luksusach w publicznej placówce? „Wyślę to mojej babci, umrze ze śmiechu w kolejce do lekarza” – napisał @kaem5110. Smutna prawda, prawda? To chyba najlepsza puenta tej całej sytuacji.
Komentarze pokazały jasno, że obywatele są zmęczeni podwójnymi standardami. „Uśmiechnięci widocznie nie chorują” – ironizowała @Emiliaaa87, nawiązując do hasła partii. Inni wprost mówili o panice wśród polityków, którzy nagle zamilkli: „Przykra sprawa. Koryciarze nie mają nic do powiedzenia, bo czkają na ustalenie wspólnej wersji” (@MegaWolen), a nawet „Widać jeszcze nie ustalili narracji :)” (@sangsangovic7580). No właśnie. Kiedy politycy milczą, to znaczy, że albo nie mają nic do powiedzenia, albo... mają zbyt wiele do ukrycia. I to jest, proszę państwa, sedno sprawy.
Więc jeśli następnym razem poczujecie się źle i będziecie musieli czekać na SOR-ze godzinami, pamiętajcie: to nie system jest zepsuty, to wy po prostu nie macie legitymacji partyjnej. I to jest, proszę państwa, cała filozofia.
Andrzej Ługin
