W centrum sporu znalazły się tzw. nadwykonania, czyli świadczenia realizowane ponad limit określony w kontraktach z NFZ. Z dostępnych informacji wynika, że Fundusz rozważa finansowanie ich jedynie na poziomie około 40 proc. stawki. Mechanizm ten już funkcjonuje w przypadku części badań diagnostycznych, takich jak tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny, a teraz może zostać rozszerzony na kolejne obszary, w tym wizyty specjalistyczne.
Środowisko lekarskie nie kryje niepokoju. „Dojdzie do sytuacji, w której pacjenci nie będą przyjmowani” – alarmują przedstawiciele medyków, wskazując, że przy tak niskim poziomie refundacji placówki nie będą w stanie pokrywać kosztów świadczeń wykonywanych ponad limit.
Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski podkreśla, że proponowane rozwiązanie oznacza dla szpitali i poradni realne straty finansowe. „Finansowanie na poziomie 40 proc. oznacza, że placówki będą dokładać do leczenia” – wskazuje. W jego ocenie konsekwencją będzie ograniczenie liczby przyjmowanych pacjentów, odwoływanie wizyt oraz wydłużanie kolejek.
Zmiany budzą także kontrowersje w kontekście wypowiedzi przedstawicieli rządu. Minister Maciej Berek argumentował, że pełne finansowanie nadwykonań może być nieuzasadnione, a obniżenie stawek ma ograniczyć ich skalę. Lekarze odpowiadają jednak jednoznacznie: „To podejście całkowicie pomija realia systemu”.
Kosikowski zwraca uwagę, że nadwykonania nie są efektem nadużyć, lecz niedoszacowania potrzeb zdrowotnych społeczeństwa. „To nie jest wyłudzanie świadczeń, tylko leczenie osób, które rzeczywiście tego wymagają” – podkreśla. Dodaje przy tym, że koszty takich świadczeń są wysokie, a ich rozliczenie często następuje dopiero po wielu miesiącach.
W opinii ekspertów skutki proponowanych zmian mogą być długofalowe. Ograniczenie dostępu do diagnostyki i leczenia może prowadzić do opóźnionych diagnoz, pogorszenia stanu zdrowia pacjentów oraz wzrostu kosztów systemu w przyszłości. „Możemy ograniczyć wydatki, ale stanie się to kosztem pacjentów” – ostrzega rzecznik NIL.
W praktyce oznacza to, że wielu chorych stanie przed trudnym wyborem: czekać miesiącami na świadczenie w systemie publicznym albo skorzystać z leczenia prywatnego. Jak zauważają lekarze, w obu przypadkach „zapłacą wszyscy” – czy to zdrowiem, czy własnymi pieniędzmi.
